Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Forum

Dodaj temat

Związek

walczyć o małżeństwo, czy nie?

Rozpoczęte przez ~Loo, 02 lis 2012
  • ~Karola
    ~Karola
    Napisane 25 grudnia 2018 - 19:33
    Witam na forum, poczytalam sobie Wasze perypetie i dziękuję ze jesteście. Pisze tu z pozycji tej "drugiej". Moja relacja trwa od ponad roku, rozbujala sie spontanicznie z mojej strony zaangazowanie pojawilo sie kiedy on stwierdził ze "jeszcze" z nia jest. To nie byl uklad kochanek - kochanka, spotkania 7 razy w tygodniu, Messenger caly dzien i po nocach. Stalismy sie nierolaczni. Zakochana jestem i wiem ze wpadlam jak sliwka w kompot. Uwierzylam ze jestesmy dla siebie stworzeni, tak malowalismy sobie swoj obraz i obiecywalismy nie wypuszczac szczescia z rak. W gre wchodza dzieci ponizej 10 roku zycia i koligacje rodzinne, finansowe etc. Czy Waszym zdaniem milosc jest w stanie przwyciezyc wszystko i pokonac utrudnienia - dac niwy szczesliwy zwiazek... czy moze zwyczajowo i zdroworozsadkowo odplatywanie calego zycia ( a mamy tu do czynienia z okresem 20 lat w tym 12 małżeństwo) pochlonie juz tyle energi i zada tyle bolu ze nie ma to wszystko finalnie znaczenia... bo nowy zwiazek zbudowany w ten sposob bedzie jalowy?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Rafał35
    ~Rafał35
    Napisane 11 stycznia 2019 - 13:18
    Witajcie. Czy ktoś z Was był w sytuacji, w której to Wy byliście stroną, która przestała kochać? Żeniąc się byłem innym człowiekiem, pokaleczonym po poprzednim, toksycznym związku i w trudnej relacji z własną mamą. Żona na początkowym etapie związku (jeszcze przed ślubem) tak naprawdę zastąpiła mi tą mamę - wyręczała mnie we wszystkich obowiązkach domowych, gotowała obiadki, robiła fantazyjne kanapeczki do pracy, prasowała koszule itd. Byłem jak pączek w maśle, skrajny egoista, który wykorzystywał jej dobroć. Seks był kiepski, ale wtedy (tak mi się przynajmniej wydawało) nie był dla mnie priorytetem, bo w końcu miałem swoją "idealną mamę" (oczywiście wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że moja psychika tak ją odbiera). Zmieniło się to wszystko (bo też musiało) po ślubie i narodzeniu się naszej córki - podzieliśmy się obowiązkami mniej więcej po równo (także jeśli chodzi o zajmowanie się dzieckiem), a ja poszedłem w odstawkę - żona skupiła się wyłącznie na dziecku. Źle to odebrałem, z tego i kilku innych powodów nie mających związku z żoną wpadłem w nerwicę lękową, ostatecznie trafiłem na terapię, która po jakimś czasie postawiła mnie na nogi i pozwoliła mi w końcu zrozumieć swój problem i dorosnąć. Teraz jednak nie mogę się odnaleźć w nowej sytuacji. Pomimo tego, że mamy podobny pogląd na wychowanie dziecka i na pieniądze (z tego co widzę najczęstsze dwa powody do kłótni w związkach), a także bardzo się nawzajem szanujemy patrzę na żonę i czuję pustkę. Jakby coś we mnie zgasło. Seks jaki był taki jest, tyle, że rzadziej i tylko z mojej inicjatywy, bo dla żony coś co nie jest "obowiązkiem" mogłoby nie istnieć (tak była wychowywana, miała dużo trudniejsze dzieciństwo niż ja). Trzymam ją za rękę i czuję się jakbym był w innym miejscu, gdzieś daleko. Nie mogę w nocy spać, męczę się przeokropnie. Wiem, że żona dalej mnie kocha (chociaż po ślubie jest nadzwyczaj skromna w okazywaniu uczuć), to dobry człowiek, bardzo obowiązkowy i podchodzący zadaniowo do życia - mało jednak spontaniczny, pozbawiony poczucia humoru, zainteresowań i nie myślący o przyjemnościach. Jest poza tym córka, która lubi spędzać czas z naszą dwójką i nie wyobrażam sobie, żebym mógł się z nią na co dzień nie widywać. Strasznie to dla mnie trudna sytuacja, bo z jednej strony czuję, że uczucie wygasło i nie potrafię się do niego zmusić, a z drugiej nie chcę ranić tego człowieka, który przecież nigdy nie zrobił mi nic złego i zawsze mnie wspierał. Mam potworne poczucie winy na samą myśl, że mógłbym odejść i sprawić jej przykrość :(

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 11 stycznia 2019 - 17:40
    Ja, byłam stroną, która przestała kochać...

    "Mam potworne poczucie winy na samą myśl, że mógłbym odejść i sprawić jej przykrość :("

    to, nieuniknione,
    poczucie winy, jest wszechobecne..
    to wybór, między Ja, a on/ona/oni..
    a nie, między my..
    my, już nie istnieje..

    Ja,
    cierpiałam na samą myśl, że mogę jemu sprawić przykrość czy cierpienie..
    ale nie sprawiając mu cierpienia, cierpiałam sama..
    póki wytrzymywałam, to trwało..
    jak nie wytrzymałam,
    to nie miałam już żadnych wyrzutów sumienia..
    jak to pisałam wielokrotnie,

    jak karp, zawalczyłam o chełst powietrza..
    złapałam i potem nie miałam już żadnych
    wątpliwości..

    to się kołacze po głowie,
    odejście,
    ale zawsze jest, za dużo żeby odejść,
    za mało, żeby zostać...
    no,
    ale to są wybory, których sami musimy dokonać..

    a przynajmniej, jedno z nas..
    zawsze jednak być lepiej decydującym, niż skazanym na czyjeś decyzje..
    gdy są wątpliwości, zawsze można sobie założyć,
    że , kiedyś on/ona będzie jeszcze szczęśliwa, beze mnie..
    na ogół to się sprawdza..






    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

» odpowiedz » do góry
poprzednia
Strona 77 z 10
poprzednia Strona 77 z 77

Gorące tematy

facebook