Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Forum

Dodaj temat

Związek

Moja żona nie chce seksu

Rozpoczęte przez ~Marek, 14 mar 2016
  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 05 lipca 2018 - 22:29
    1.proszę bardzo.
    2.to nie jest wg mnie OK.
    3.Wracałam do siebie, to istotniejsze niż skąd.
    4.A jeśli jego decyzja będzie inna? czytaj: jeśli mnie zostawi?
    to nadal będzie moim ostatnim partnerem,
    taka decyzję podjęłam, że to był ostatni facet, którego wpuściłam do swojego życia, (na ruję już bym nie liczyła w moim wieku)
    5.szacunek do drugiego człowieka?
    nakazuje nie oszukiwać, a tego nikt mi zarzucić nie może,
    brak pożądania, zmarszczki, ślepota?
    dla mnie to nie powód do rozstania.. powodem do rozstania była obojętność, bierność , beznadziejność, inne cele, inne wartości, inne radości - żadnych punktów stycznych - tylko przeszłość.

    jeśli istnieje bliskość, ślepota nie ma żadnego znaczenia, Pożądanie też nie ma z tym nic wspólnego..
    gdy traktujesz już sam partnera jak mebel i sam czujesz się jak mebel, chcesz jeszcze raz poczuć się jak człowiek.

    Będę szczera,
    dziękuję dziś mojemu kochankowi za to, że odkryłam w sobie kobiecość dotąd mi nie znaną.

    dziś, gdyby ktoś cofnął czas, czułabym się jak skazana do dożywocie.Uciekłam z Alcatraz..

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Najgłupsze
    ~Najgłupsze
    Napisane 05 lipca 2018 - 22:39
    ~alutka napisał:

    szacunek do drugiego człowieka nakazuje nie oszukiwać, a tego nikt mi zarzucić nie może


    Oszukałaś. PRZYSIĘGAŁAŚ, a potem poszłaś do kochanka jednego i drugiego. Opuściłaś rodzinę (męża z synem).

    ~alutka napisał:

    Uciekłam z Alcatraz..


    Dokąd? Dokąd Cie to zaprowadziło czy zaprowadzi?

    Sama do tego "Alcatraz" weszłaś. Z białym wiankiem na głowie.
    Mogłaś wybrać pracę nad sobą i związkiem... a wybrałaś ucieczkę.

    Nie wiem, czy to dobrze czy źle - ot, stwierdzam fakt.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 05 lipca 2018 - 22:59
    ~Najgłupsze napisał:
    ~alutka napisał:

    szacunek do drugiego człowieka nakazuje nie oszukiwać, a tego nikt mi zarzucić nie może


    Oszukałaś. PRZYSIĘGAŁAŚ, a potem poszłaś do kochanka jednego i drugiego. Opuściłaś rodzinę (męża z synem).

    ~alutka napisał:

    Uciekłam z Alcatraz..


    Dokąd? Dokąd Cie to zaprowadziło czy zaprowadzi?

    Sama do tego "Alcatraz" weszłaś. Z białym wiankiem na głowie.
    Mogłaś wybrać pracę nad sobą i związkiem... a wybrałaś ucieczkę.

    Nie wiem, czy to dobrze czy źle - ot, stwierdzam fakt.


    Mogłabym już dawno odpuścić sobie dialog z Tobą, bo nie jesteś żadnym partnerem do rozmowy jakiejkolwiek, ale
    może w czymś Ci pomogę, może coś zakumasz , może coś zajarzysz, że coś jest w tym co inni mówią..
    Pracę nad sobą i związkiem przerobiłam..
    robiłam co w mojej mocy, żeby to małżeństwo uratować..

    z białym wiankiem to ja nie wchodziłam w małżeństwo,
    wianek straciłam z obecnym partnerem 35 lat temu, moim świadkiem na ślubie..
    a zatem koło się zatoczyło..
    może źle oceniłam kandydatów na małżonka,
    wtedy, gdy miałam 24 lata
    nie postawiłam na namiętność tylko na rozmowę,
    ale okazało się, że to za mało..
    czekał na mnie,
    a ja dopiero po 20 latach byłam na to gotowa..

    zapewniam Cię, że nikt nikogo nie oszukał.
    dobranoc..

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 06 lipca 2018 - 00:10
    Alutka,

    Wyglada na to , że wykastrowalas męża . Zmanipulować do tego stopnia ze podwiózł Cię do kochanka.

    Nie łatwiej by było go zastrzelić ?
    Oszczędzilabys cierpień jemu i sobie kiedy cierpialas patrząc jak on cierpi ....

    Dlaczego akurat świadek z Waszego ślubu ? Jego rola miałaby być zgoła inna , poza tym to przyjaciel rodziny...
    mial żonę ? Jeżeli tak, to nie czułaś się żle z tym że inna kobieta może cierpieć za Twoja przyczyna ?
    Dlaczego nie odeszłaś od ale do ? Wiedząc ze takie rozwiązanie spowoduje traumę u człowieka który Cię kocha .
    Nie chce Twojej publicznej wiwisekcji, nie odpowiadaj , choć może , zdradz czy takie wątpliwości czasami przenikają Twoje myśli , czy tez usmierzylas je przekonaniem że warto było dla tego co dzieki temu TY osiagnalas?

    Syn- nie masz wrażenie ze nie tyle czegoś szuka, co przed czymś ucieka ?
    Jeżeli znajdziesz wolna chwile to polecam :
    Jim Connway "Dorosłe Dzieci Rodziców Rozwiedzionych Emocjonalnie lub Formalnie". Znajdziesz w sieci.

    BTW
    Nigdy nie mów nigdy.
    Już raz zakładałaś , ze będziesz z kimś do końca życia , a wyszło jak wyszło.
    Czas płynie , ludzie się zmieniają , otoczenia się zmienia , poglądy i raptem okazuje się , że człowiek nigdy nie kochał :(

    Dlaczego dopiero dzięki kochankówi poczułaś się kobieta ? Przecież straciłaś z nim wianek 35 lat wcześniej. Dopiero po 35 latach "dojrzał " ?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 06 lipca 2018 - 00:13
    Aaaa, jeszcze , zapomniałem .
    Wydaje mi się , ze na podstawie tego co napisałaś , znam odpowiedz na moje pytanie które pomimelas :
    - po tym jak syn wyraził swój podziw ze tyle lat wytrzymałeś z jego ojcem zanim ucieklas do kochanka , podziekowalas mu za wsparcie i wyraziłam dumę z jego madrosci.
    Następnie syn wrócił ma wikt i opierunek do tego fatalnego faceta ?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 06 lipca 2018 - 01:04
    ~Nick napisał:
    Aaaa, jeszcze , zapomniałem .
    Wydaje mi się , ze na podstawie tego co napisałaś , znam odpowiedz na moje pytanie które pomimelas :
    - po tym jak syn wyraził swój podziw ze tyle lat wytrzymałeś z jego ojcem zanim ucieklas do kochanka , podziekowalas mu za wsparcie i wyraziłam dumę z jego madrosci.
    Następnie syn wrócił ma wikt i opierunek do tego fatalnego faceta ?


    Mój syn miał 17 lat, mieszkał dalej w swoim pokoju, razem łożyliśmy na jego utrzymanie, przyjeżdżałam 3 razy w tygodniu i pomagałam im utrzymać porządek w domu i gotowałam im.
    Nigdy nie pozwoliłam mu powiedzieć złego słowa na ojca,
    Zawsze mówiłam, że to są sprawy między nami i jak coś wspólnie ustalimy to pierwszy się o tym dowie.
    Mój syn nie był moim partnerem, tylko naszym dzieckiem.

    chciałam się ustosunkować do Twojego 1 postu, ale po 2 już nie mam ochoty..

    to , że powiedział ze współczuciem:
    mamo, jak Ty mogłaś tak długo wytrzymać? dla Ciebie to znaczy wyrazić podziw..
    i niech tak zostanie.
    nie zamierzam już więcej pisać sama ze sobą.

    bo forum to nie pamiętnik..

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 06 lipca 2018 - 06:56
    Ok.
    Czasem tak bywa.

    Skoro przytoczylaś te słowa, to dawały Ci wtedy wsparcie, poparcie, przyzwolenie, usprawiedliwienie.

    Pamiętasz je do dziś .

    Słowa bardziej adekwatne do sytuacji patologicznej w rodzinie.

    Dlatego wybacz , ale nie widzę uzasadnienia do moich przeprosin.

    Chociaż przykro mi, że Ciebie tak zdenerwowały moje słowa .

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 06 lipca 2018 - 07:13
    Żeby nie było wątpliwości :
    - moje dzieci za podobny tekst o swojej matce dostałyby w pysk.
    Wiedza o tym i nawet nie próbują mi takiej ściemy puszczać .

    Chociaż wiem , ze w druga stronę to nie działa :(

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 06 lipca 2018 - 07:36
    ~alutka napisał:
    Wiecie co Panowie?
    (..)
    zawsze mówiłam, gdy odwracasz się od kogoś, gdy nie chcesz mieć już z nim nic wspólnego, po tym co zrobił/zrobiła, dla mnie to znaczy, że nigdy nie kochałeś.

    Wiesz alutka... czytam co piszesz i dość barwny obraz się wyłania spod tych literek :-)... Zastanawia mnie jednak co powyżej przytoczyłem.
    Moja stara też kiedyś - za dobrych czasów miała podobne poglądy.
    Mawiała: 'jak się kogoś kocha, to już na zawsze, a jak się potem przestaje, to znaczy, że się go nie kochało...'
    I wiesz co...? Jak czytałaś moje wpisy - nie chce mi się tu już powtarzać, ale nawet tych kilka ostatnich z tego wątku wystarczą - wiesz co potem zrobiła.
    Nie są to żadne imaginacje, czy konfabulacje, to suche fakty. Poszła w totalną destrukcję, zniszczyła nie tylko rodzinę, status materialny i społeczny, ale zniszczyła we mnie miłość - prawdziwe uczucie, którym ją darzyłem.
    Dziś nie widuję się z tą kobietą, a to dlatego, że postąpiła wobec mnie skrajnie podle, bezwzględnie i śmiem twierdzić, że nawet zwierzę się tak nie zachowa jak ona to zrobiła.
    Twierdzenie teraz, że ja jej nie kochałem, bo teraz nie chcę z nią mieć nic wspólnego, jest jednak nadużyciem :-)...
    Ona sama ciężko przez kilkanaście miesięcy pracowała na zniszczenie tej miłości, robiła wszystko, żeby mi siebie obrzydzić, a gdy widziała, że jestem gotów na wiele poświęceń, by to wszystko utrzymać - dla dzieci - to przykręcała śrubę. Doszliśmy do punktu gdzie o miłości z mojej strony już mowy być nie mogło, bo typem męczennika dla dobrej sprawy, to ja raczej nie jestem.
    Krzywda rodzi frustrację, a ta refleksję nad tym co dalej.
    Robiłem to dla dzieci, bo jeszcze parę lat zostało, żeby można było je ot tak puścić same. Jeszcze po rozwodzie usiłowałem zachować wobec niej przychylność i wykazywałem sporo dobrej woli, a ta potrafiła na mnie i wtedy mordę drzeć.
    I nie zgadzam się, że jak się kochało, to potem już się będzie blisko do końca życia.
    Nie!
    Zniszczyć można wszystko - nawet miłość, a moja była żona okazała się arcymistrzem sztuki niszczenia. Z takim człowiekiem 'lepiej zgubić'... ;-)))

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 06 lipca 2018 - 07:59
    Ja nie jestem drzewem, które zapuściło korzenie
    i nigdy nie zmieni stanowiska..

    być może masz rację,
    być może to jeszcze nie ten czas,
    albo zwyczajnie, jeszcze jej nie wybaczyłeś..
    czego gorąco Ci życzę,
    dla siebie samego.

    jeżeli twierdzisz, że ją kochałeś, to nie zamierzam tego podważać, tylko Ty sam wiesz jak było i jest..
    niemniej jednak, rozmawiamy o stanie uczuć, gdy emocje już opadną, gdy przestaniesz nienawidzić.. nie wiesz, co wtedy pozostanie, dziś tego nie wiesz...

    Zarówno ja, jak i mój były mąż osiągnęliśmy spokój i pokój.
    byliśmy nietypowym małżeństwem i być może jesteśmy nietypowym byłym małżeństwem.
    To tylko nasza historia.
    Każdy ma swoją.
    pozdrawiam

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Uwaga
    ~Uwaga
    Napisane 06 lipca 2018 - 08:21
    ~Nick napisał:

    BTW
    Nigdy nie mów nigdy.
    ...
    Czas płynie , ludzie się zmieniają , otoczenia się zmienia , poglądy i raptem okazuje się , że człowiek nigdy nie kochał :(


    Przeczytaj uważnie to co sam napisałeś, bo to mądre słowa.

    Nigdy nie mów nigdy.

    To nie tak, że raptem okazuje się...że człowiek nigdy nie kochał, okazuje się czasami, że tak dalece się zmienił, tak bardzo sobie coś uświadomił, że nie potrafi inaczej. Mówić uczciwie jak jest. Przecież Alutka tak zrobiła.

    Nie kocham dziś nie oznacza, że nie kochałem wczoraj i że nie będę kochał jutro.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Uwaga
    ~Uwaga
    Napisane 06 lipca 2018 - 08:23
    I wiecie co? Czasami niektórzy bardzo się starają zniszczyć miłość i...niestety niszczą.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 06 lipca 2018 - 09:35
    ~Uwaga napisał:

    Przeczytaj uważnie to co sam napisałeś, bo to mądre słowa.

    Oł Dżizus, Uwaga, nie każ mi czytać tego co napisałem.
    Ja to tylko przepisałem .

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 06 lipca 2018 - 09:42
    ~alutka napisał:
    niemniej jednak, rozmawiamy o stanie uczuć, gdy emocje już opadną, gdy przestaniesz nienawidzić.. nie wiesz, co wtedy pozostanie, dziś tego nie wiesz...

    Ja teraz nie tyle o stanie uczuć mówię, co o 'zdolnościach' tej osoby.
    Cały problem polega na tym, że do pewnego momentu każde właściwie wejście z nią we współdziałanie, wiązało się ze znacznymi stratami po mojej stronie - stratami w bardzo szeroko rozumianym wymiarze.
    Ona nie potrafi liczyć się z drugim człowiekiem, uznać, że ten człowiek jest 'też człowiekiem'... Ona uważa, że jak to facet, to można go w każdym możliwym momencie do wiatru wystawić i to jest ok. Dlatego straciłem do niej zaufanie i nie zrobię kroku do przodu, dokąd nie zobaczę, że ona faktycznie postawiła trzy i nie ma możliwości się cofnąć... Zbyt wiele razy się naciąłem i zostałem ordynarnie oszukany. Stan uczuć nie ma tu już nic do rzeczy.
    Nie będę się kładł w poprzek torów kolejowych i czekał aż mnie przejedzie pociąg mimo, że kocham pociągi :-)))...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Najgłupsze
    ~Najgłupsze
    Napisane 06 lipca 2018 - 09:42
    ~Uwaga napisał:


    To nie tak, że raptem okazuje się...że człowiek nigdy nie kochał, okazuje się czasami, że tak dalece się zmienił, tak bardzo sobie coś uświadomił, że nie potrafi inaczej. Mówić uczciwie jak jest. Przecież Alutka tak zrobiła.


    Brzmi jak usprawiedliwianie się.
    "Zmienił się.. coś sobie uświadomił.... że nie potrafi". Było ale się zmyło.

    Jasne... czego nie potrafi? Naprawdę wytłumaczcie mi to proszę.

    Przecież będąc w małżeństwie można robić wszystko. Realizować siebie i pasje... nie wiem można po za wybraniem sobie idealnej pracy zawodowej i spełnianiu się jako rodzic... to:

    - malować
    - rzeźbić
    - podróżować
    - skakać ze spachodronem
    - pływać, jeździć na rowerze, na motocyklu
    - śpiewać
    - pisać poezję czy powieści
    - czy cokolwiek kto co tam lubi robić...

    Jedyne, co jest zabronione - to puszczanie się z innymi. Tak?
    No to albo się wprost przyznajcie, że to jednak chodzi o dowolny i swobodny seks z kimkolwiek.. bo to jest w sumie jedyne, co małżeństwo "blokuje" tak wprost i bezpośrednio.

    I jak czytam smutki typu "czułam, że nic mnie już nie spotka" ... to znaczy że ktoś jest po prostu nudny i nie ma pasji i pomysłu na życie... albo że faktycznie czeka tylko i wyłącznie na to, aby spotkał go jakiś "nieziemski" seks z nieznajomym.


    ~Uwaga napisał:

    Nie kocham dziś nie oznacza, że nie kochałem wczoraj i że nie będę kochał jutro.


    "Kocham... lubię..." super. Jeśli chcecie operować na uczuciach, które są zmienne jak pogoda, to naprawdę małżeństwo nie jest dla Was. Kiedyś lubiłem grzybki marynowane, dziś już nie lubię... i co - tak samo miałbym potraktować żonę?.

    I jeszcze jedno.

    Jakoś żadna pani do tego się nie odniosła - więc widać trochę to przeszkadza. Synkowi albo córeczce też powiecie "zmieniłam się, nie potrafię już dłużej być Twoją mamusią... "?

    Nie dorosła do małżeństwa (a często i rodzicielstwa) jedna z drugą i teraz dorabiają ideologię.

    Aha - i żeby nie było, że ja taki święty jestem. Nie - nie jestem. Być może kiedyś zmieni się punkt widzenia... albo priorytety... albo pożądanie do 20 letniej sąsiadki i pięknym jędrnym biustem , będzie silniejsze od jakichkolwiek zasad moralnych. Nie wiem.

    Ale wówczas powiem wprost - ok, skłamałem, oszukałem sam siebie i żonę i dzieci własne - rodzinę i znajomych i wszystkich którzy byli świadkami mojej przysięgi. Jestem słaby, nie potrafię dotrzymać obietnicy. Opuszczam rodzinę - teraz lubię już kogoś innego...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 06 lipca 2018 - 10:18
    ~Uwaga napisał:


    To nie tak, że raptem okazuje się...że człowiek nigdy nie kochał, okazuje się czasami, że tak dalece się zmienił, tak bardzo sobie coś uświadomił, że nie potrafi inaczej. Mówić uczciwie jak jest. Przecież Alutka tak zrobiła.

    Nie kocham dziś nie oznacza, że nie kochałem wczoraj i że nie będę kochał jutro.


    Szanowna Uwago,

    Słowo "raptem" użyłem z premedytacją.
    To sarkazm.
    Który odnosi się do traktowania "Kocham" jako chwilowego nastroju.
    Nastroju pod wpływem fazy księżyca , pryszcza pod nosem, opowieści koleżanki itd.

    Takie "Kocham" to jedynie uczucie.
    A ponieważ na nasze odczucia mamy ograniczony wpływ , to łatwo możemy się usprawiedliwić za to robimy pod wpływem uczucia.
    A to nieprawda.
    Milosc to nie jest jedynie uczucie.

    Jak napisałaś :
    - nie kocham dziś , nie oznacza że nie kochałem wczoraj ani że nie będę kochał jutro

    Skoro tak, to dlaczego chce podejmować decyzje dziś , jezeli jutro podjąłbym inną ?

    Milosc może się wypalić , jeżeli się o nią nie dba przez obie strony.
    Ale podejmowanie decyzji na podstawie chwilowego nastroju ??

    "Miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty
    To tez nie diable rogaty ,
    Milosc to nie film w żadnym kinie
    Ani róże ani całusy małe duże "


    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 07 lipca 2018 - 07:30
    @Nick
    tak jak nikt, z reguły nie podejmuje decyzji o ślubie na podstawie jednej chwili, tak samo na podstawie chwilowego nastroju, nikt się nie rozwodzi.
    Powiem więcej,
    o wiele dłużej trwa podjęcie decyzji o rozstaniu, niż o zawarciu związku małżeńskiego.
    Znam dwa przypadki osób zaręczonych, gdzie była już wyznaczona data ślubu i pod wpływem dosłownie jednej chwili, spotkania innej osoby, wszystko zostało zerwane, ślub odwołany i obie (bo akurat to były kobiety) wyszły za mąż kogoś drugiego.

    Nie znam natomiast żadnego przypadku, w którym pod wpływem impulsu ktoś kogoś rzucił..po wielu latach bycia razem,
    piszesz tak, jakbym poszła wyrzucić śmieci i zakochała się w Panu śmieciarzu i nie wróciła już na obiad, który przygotowywał mąż, a wskoczyła bez słowa na śmieciarkę i odjechała z nim w siną dal..

    Do tego przymierzałam się od wielu lat..
    jak wcześniej pisałam, chciałam zakończyć to małżeństwo z wielu powodów, i miałam do tego prawo, mogłam tak zrobić i zrobiłam,
    wszyscy piszą, że nie powinnam, być może, ja z tym nie polemizuję,
    czy królewnie się odechciało czy nie, czy była niedojrzała czy nie dorosła do małżeństwa, nie zmienia to faktu, że każdy mąż czy żona może odejść zawsze i na to nikt nie ma wpływu.
    I ja tak zrobiłam, jak chcecie, rozwaliłam małżeństwo..

    I ani się tym nie szczycę ani tym bardziej nie usprawiedliwiam.

    Usprawiedliwiać możemy się tylko i wyłącznie przed drugą strony "umowy:" jak to nazywacie..
    Gdy spóźnię się do pracy czy nie przyjdę wcale, tłumaczę się tylko przed pracodawcą i on albo przyjmie uzasadnienie albo nie. Kiedy słyszę od męża, przyjmuję Twoje usprawiedliwienie, godzę się na rozwód i wszystko u nas wraca do normy,
    kiedy normalnie żyjemy teraz oboje i mamy dobre relacje..to przed kim ja mam się jeszcze usprawiedliwiać?

    podaliśmy sobie rękę i żadne z nas nie czuje już negatywnych skutków mojej decyzji, to
    dlaczego ktoś z boku, czytając tylko wypowiedzi chce jeszcze bym je czuła dalej?

    piszesz, że miłość to nie tylko uczucia.
    Powtarzam jeszcze raz,
    nikt nie kocha zatem w Twoim rozumieniu w dniu ślubu. Nie może być mowy o miłości po roku znajomości, kiedy tak naprawdę się ludzie jeszcze nie znają.
    O miłości można mówić po latach, i jedni jej doświadczą inni nie. Jeśli to nie tylko uczucia, typu motylki w brzuchu,
    to ja nadal kocham mojego byłego męża, bo mój stosunek nie zmienił się do niego, pomagam mu i wspieram kiedy tylko mogę..
    Próbuję napisać o motywach swojej decyzji, dlaczego?
    dlatego, że straciłam swoją tożsamość,
    dlatego, że sama ciągnęłam ten wózek i zwyczajnie się zmęczyłam,
    ja go tylko puściłam, powiedziałam pass, nie chciałam już dłużej tak żyć -
    druga osoba, to była dla mnie tylko trampolina, od której się odbiłam, ja po prostu chciałam zakończyć to małżeństwo.

    znam utwór Happysad:
    -Ale miłość kiedy jedno spada w dół
    Drugie ciągnie je ku górze..

    uwierz mi, że można się zmęczyć po 20 latach..
    do słabości się przyznaję.

    znikam, bo zaśmiecam chyba wątek Markowi, któremu współczuję bardzo..


    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 07 lipca 2018 - 09:28
    ~alutka napisał:

    uwierz mi, że można się zmęczyć po 20 latach..
    do słabości się przyznaję.


    Wiesz alutka... z początku jak czytałem co piszesz, odniosłem wrażenie, że to całe Twoje 'przebojowe' życie wydarzyło się w ciągu kilku miesięcy, może najwyżej dwóch-trzech lat. I to wzbudziło mój pewien sprzeciw.
    Teraz okazuje się, że z mężem przeżyłaś ok 20 lat (?).
    Miałaś zatem czas stwierdzić czy on jest odpowiednim partnerem do dalszego życia. Miałaś też czas na pracę nad sobą, nad Waszą relacją... Decyzja o rozstaniu nie zapadła od razu, to był proces.
    No i teraz jesteśmy 'w domu' ;-). Nie jesteś niedoświadczoną 28-latką, ani ryczącą 40-stką. Jesteś - z tego co napisałaś - kobietą prawdopodobnie ciut starszą od większości z nas. I wiesz co...
    Powiem coś, co zdziwi może wielu ;-).
    Rozumiem Cię.
    Nie, żebym usprawiedliwiał Twoje 'bycie wariatką' (o czym pisałaś wcześniej). Po prostu po wielu latach pożycia z kimś masz możliwość oceny sama czy Ty pasujesz do układu, który się wytworzył. Jest takie coś jak 'związek/małżeństwo toksyczne'.
    Po prostu człowiek, którego miałaś za normalnego i związałaś się z nim w nadziei, że ułoży się z nim normalna relacja, że będziecie mogli utrzymać silną nić porozumienia i współpraca na wszelkich prozaicznych płaszczyznach, będzie zdrowa.
    Okazuje się jednak, że z upływem czasu ta relacja się wypacza, a układ z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej nie do wytrzymania. Upływają lata, a Ty do pewnego czasu nie dostrzegasz nawet toksyczności tego małżeństwa, do jakiegoś momentu nie przeszkadza Ci, że ciągniesz wszystko na swoich plecach, a partner/mąż/żona korzysta pełnymi garściami z Twojego zaangażowania i... mnoży jeszcze wymagania - przykręca śrubę - nie dając w zamian nic, co mogłoby zrekompensować poczucie wykorzystania i dyskomfortu.
    Sytuacja staje się coraz bardziej nie do zniesienia i... próbujesz z nim/nią rozmawiać - niby coś zrozumiał/a, ale wygodnie mu/jej jest jak było, bo uparcie wraca do dawnej postawy.
    Próbujesz protestować i bojkotować, on/ona wyraża niezadowolenie, bo przecież 'mu'jej się pogorszyło', skoro nie chcesz świadczyć nadal na jego rzecz - no krzywda jak cholera, bo mu każesz coś zrobić, czy coś w ogóle z siebie dać. W końcu on/ona ma Cię na własność, a tu nagle sam/a musi sobie ugotować obiad, albo ona dowiaduje się, że w tym roku na żadne tam wczasy nie pojedziemy, bo nie ma kasy - no jak to przecież facet jest od zarabiania i jej nie da...? a że dom stoi nowy, to już nie ważne i to że on pochłoną kasę się nie liczy...
    Potem dochodzi do coraz częstszych kłótni i na dalsze współistnienie z tym osobnikiem masz coraz mniejszą ochotę. Z punktu widzenia kobiety - seks z kimś takim jest udręką, to i jego unikasz. Facet te sprawy postrzega inaczej, jednak gdy ona 'daje w dupę na całej linii' to i jemu się w końcu nie chce, ale ta granica jest tu dalej przesunięta.
    Wreszcie strona która czuje się bardziej poszkodowana (w jej rozumieniu więcej wniosła i mniej odebrała z relacji), chce się z tego wywikłać. Jest zmęczony/a i potem przyznaje się do słabości.
    Nie znam szczegółów Twoich relacji z mężem, ale tak to wyglądało u mnie i tylko poczucie obowiązku wobec dzieci mnie powstrzymywało, żeby samemu nie odejść. Moje dzieci wtedy jednak były ciut młodsze, Twój syn miał 17 lat, czyli u progu dorosłości.
    Kiedyś bym nigdy w ten sposób się nie wypowiedział, ale... życie mnie doświadczyło i piszę te słowa z pełną świadomością co one oznaczają.
    Małżeństwa się rozpadają i niekoniecznie da się winą obarczyć tego, kto faktycznie odszedł, on mógł po prostu nie wytrzymać. Oni ze sobą już nie mogli wytrzymać, bo nić porozumienia zanikła i żadna ze stron tak naprawdę już potem nie wiedziało o co tej drugiej stronie chodzi. Każde przedstawia całą litanię powodów dla których jest mu w obecnej relacji źle, a które z nich są tzw prawdami obiektywnymi, oni sami pewnie nawet tego nie wiedzą.
    Pół biedy gdy ofiarami nie są dzieci.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Nick
    ~Nick
    Napisane 07 lipca 2018 - 11:12
    @Alutka,
    Wszystko OK.
    Pełna zgoda, za wyjątkiem tej "odskoczni" ze związku .

    Dla mnie to równoznaczne z co najmniej akceptacja wyroku śmierci na partnerze za to że jest partnerem.
    Potraktowanie jak zbędnego śmiecia który przeszkadza w drodze ku szczęściu .
    Nieakceptowalne w żadnym przypadku.

    Jeżeli ktoś nie widzi żadnych szans na kontynuowanie związku ma prawo odejsc .
    Odejsc "od" , ale nie "do".
    Dla mnie, wymaga tego zachowanie elementarnego szacunku do drugiego człowieka .
    Możemy mieć szacunek do kogoś za to jaki jest wobec innych ludzi, za to jaka hierarchie w społeczeństwie zajmuje - to są zbywalne i zmienne ale elementarny szacunek za to że jest człowiekiem , myśli i czuje - nawet wobec największych zbrodniarzy nie odmawia się prawa do pomocy lekarza.

    Zdrada to właśnie zakpienie z tego elementarnego szacunku.
    Żadna tam odskocznia ani pomoc w odejściu .
    To strzał zza węgla, z pełna premedytacja po to żeby samemu "pozbyć się kłopotu " w postaci drugiej osoby.

    Oczywiście przeniesieni emocji na osobę trzecia powoduje ze praktycznie nie ma już szans na ich powrót do starego partnera .

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Najgłupsze
    ~Najgłupsze
    Napisane 07 lipca 2018 - 21:16
    ~alutka napisał:


    Do tego przymierzałam się od wielu lat...

    chciałam zakończyć to małżeństwo z wielu powodów, i miałam do tego prawo, mogłam tak zrobić i zrobiłam


    "Prawo" ?Ale nas nie musisz przekonywać - matka ma również "prawo" odrzucić własne dziecko, a ptak wyrzucić najsłabsze pisklę z gniazda... to że można (jest się fizycznie coś w stanie zrobić) nie znaczy, że to jest dobre.

    ~alutka napisał:

    czy królewnie się odechciało czy nie, czy była niedojrzała czy nie dorosła do małżeństwa, nie zmienia to faktu, że każdy mąż czy żona może odejść zawsze


    Zawsze... trochę to stoi w opozycji do wypowiedzianych słów: "w zdrowiu i chorobie... i że Cię nie opuszczę aż do śmierci"

    Tak... zawsze... jest to równoważne z tym, że dajesz przyzwolenie na kłamstwo i że nie szanujesz własnych słów.

    Wiesz, zawsze też można kogoś zabić - no można... a jak Cię nie złapią, to nawet może i więzienie Cię ominie...

    ~alutka napisał:

    Usprawiedliwiać możemy się tylko i wyłącznie przed drugą strony "umowy:" jak to nazywacie..


    Nie - nie tylko. Nie żyjesz w próżni z mężem na bezludnej wyspie. Są dzieci ... jest rodzina. W kościele / urzędzie stanu cywilnego też pewnie nie byliście "we dwoje".

    ~alutka napisał:

    ja go tylko puściłam, powiedziałam pass, nie chciałam już dłużej tak żyć


    alutka - ale tak konkretnie - czego nie mogłaś robić - w czym Cię to małżeństwo blokowało - wytłumacz proszę ...

    ~alutka napisał:

    uwierz mi, że można się zmęczyć po 20 latach..
    do słabości się przyznaję.


    A teraz już tak spokojniej... bo napięcie w dyskusji nieco osłabło... Tak po ludzku - to ja Cię alutka rozumiem... każdy z nas pewnie miewał momenty, kiedy miał dość... również pewnie każdego rodzica własne dziecko wyprowadziło kiedyś z równowagi.

    Ale z drugiej strony - kryzys przepracowany daje zupełnie nową jakość związku - i owszem... zwykle jest tak, że "ratować" związek na początku chce tylko jedna strona... a ta druga .... ma szczerze dosyć... wylewa jej się uszami... ten mąż / ta żona... ten związek - chce odejść i już - nie widzi perspektyw a na widok męża / żony dostaje mdłości... . OK ... ale z drugiej strony, znam osobiście małżeństwa po bardzo głębokich kryzysach... ba ... po takich, gdzie prócz zdrady pojawiało jej jeszcze "na boku" dziecko jako owoc zdrady - ... i mimo wszystko udawało się małżonkom do siebie wrócić i dziś stanowią szczęśliwe pełne rodziny.

    I zgadzam się z Nickiem - że przez szacunek do męża / żony... przez szacunek do przeżytych razem lat... jak już jesteśmy tak słabi, że nie dajemy wózka ciągnąć dalej samemu... i poddajemy się... - to nie wbijajmy mężowi / żonie noża w plecy zdradą... - bo to sprawia, że traktujesz go (męża, czy ją - żonę) właśnie jak śmiecia... choć teraz mówisz, że macie świetne relacje...

    I jak tak Ciebie alutka obserwuje (i wiele bardzo wiele par, które się rozstają / rozwodzą) ... to wychodzi na to... że mimo przysięgi "na dobre i na złe... " ... to wychodzi na to, że ludzie są ze sobą tylko ... jak jest owo "dobre".

    Jak przychodzi "złe" ... nie wiem, choroba, strata nóg, beznadziejność, obojętność... brak pożądania itd itp... owo złe... no to ludzie się chcą wymiksować z układu.

    Czyli małżeństwa są "na dobre" ... jak przychodzi "złe" ... to rozwód i następny / następna proszę...

    Ja tego nie kupuje - przynajmniej na razie, póki mam siły... - oczywiście dopuszczam do świadomości możliwość, że kiedyś będę za słaby... i odpuszczę... że własny komfort będzie ważniejszy niż moje słowo - że chęć spokoju, nie wiem... "poczucia że się żyje" ... czy cokolwiek... że będzie ważniejsze od złożonej przysięgi - na razie nie jest... i tego się trzymam ;)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

» odpowiedz » do góry

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty