Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Afryka Zachodnia 2016 cz.1

Motocykle

Motocykle  Afryka Zachodnia 2016 cz.1

Tysiące kilometrów po czarnym, ale jakże kolorowym lądzie.

Info

Wyprawa motocyklowa Afeyka1

Tagi: motocykl , konkurs , motocyklista , wyprawy motocyklowe , wyprawa motocyklowa

Motocykle  Afryka Zachodnia 2016 cz.1

Dzień pierwszy.
Dakhla - gdzieś nad oceanem 240 km

Siedzę sobie gdzieś nad brzegiem Atlantyku w namiocie i nawet wyglądam na całkiem zadowolonego ale jak do tego doszło ? Może lepiej będzie zacząć od początku.

Obudziłem się rano w hotelu o godzinę za wcześnie i równie za wcześnie obudziłem Eryka. To wina iPhone'a który się nie przestawił na lokalny czas. Chcąc nie chcąc schodzimy na śniadanie i jesteśmy pierwsi. Śniadanie jak na marokańskie realia całkiem niezłe i obfite. Po śniadaniu przyjeżdża po nas Ernest który w międzyczasie dotarł na camping. Jedziemy się przepakować. Planujemy wyjazd o jedenastej tak żeby spokojnie przekroczyć granicę z Mauretanią. Wyjeżdżamy co prawda trochę pózniej ale cały czas wszystko przebiega zgodnie z planem. Podróż bardzo nam ułatwia pomysł Ernesta żeby każdy wydrukował sobie fiszki z pierwszą stroną paszportu i danymi motocykla. Dzięki temu pokonujemy błyskawicznie kolejne punkty kontrolne wręczając funkcjonariuszom przygotowane druczki. Policjanci są nam równie wdzięczni bo nie muszą spisywać danych z naszych paszportów i dowodów rejestracyjnych. Lekko licząc oszczędzamy w ciągu miesiąca dwa dni które normalnie musielibyśmy poświęcić na te formalności. Przez cały czas widzimy tylko piach, raz żółty raz szary, oraz turkus Atlantyku. Niestety nasze plany biorą w łeb. Ernest dwa razy łapie gumę. Za każdym razem ucieka co najmniej godzina. Nie ma szans na czas dotrzeć na granicę. W związku z tym postanawiamy po drodze rozbić obozowisko nad brzegiem oceanu. Moim zdaniem głupi pomysł bo piździ jak w kieleckiem i cieżko rozbić namioty. Wystarczy na chwilę cokolwiek spuścić z oczu i już trzeba gnać w pościg za porwaną przez wiatr część wyposażenia. Ale w sumie jest pięknie. Napoczynamy zawartość pierwszego rotopaxa. Humory zdecydowanie się poprawiają. Cieżko towarzystwo zagnać do namiotów ale przecież rano trzeba wstać. Jedno jest pewne. Już widać że grupa jest zgrana i będzie wesoło. Miejmy nadzieję że jutro uda nam się dotrzeć do stolicy Mauretanii.

Dzień drugi
Gdzieś nad oceanem - Nawakszut 570 km

Dzisiaj zgodnie z planem pobudka o szóstej. Spróbujemy nadrobić stracony czas. Pakowanie po ciemku tylko przy pomocy czołówek. Podobnie jak przygotowanie kawy i śniadania. Na szczęście przy składaniu namiotów zaczyna dnieć co znacznie ułatwia sprawę. Jeszcze tylko krótki offik i jesteśmy na drodze do granicy. Niestety granica marokańsko-mauretańska to koszmar. Pierwszy problem pojawia się po marokańskiej stronie. Erni ma w dokumencie wwozowym motocykle i swoje Ducato. Celnicy twierdzą że albo Ducato wyjedzie z nami albo zawracamy. Atmosfera robi się gęsta. Auto stoi w Dakhli i raczej go nie przyciągniemy. Po godzinnym użeraniu się w końcu nas puszczają. Bogu dzięki. Tuż za granicą opada nas chmara "koników". Oferują dobry kurs więc decydujemy się na wymianę. Każdy z nas ma swojego prywatnego "konika" czad. Teren między Marokiem a Mauretanią to ziemia niczyja. Kiedyś wszystko było zaminowane. Dzisiaj na szczęście już nie. Nie zmienia to faktu że nie ma tutaj nawet skrawka drogi. Typowy piaszczysto-skalisty off. Każdy pokonuje go na swój sposób. My podążamy za Ernim bo on ma to już objeżdżone. Po mauretańskiej stronie masa formalności. Bierzemy oczywiście "pośrednika" który za parę euro pomaga wszystko załatwić. W sumie spędzamy na granicy w upale całe cztery godziny ale tak wygląda Afryka. To nie Europa gdzie człowiek jedzie gdzie chce i kiedy chce. Tylko nie wiadomo jeszcze jak długo. Z granicy odpalamy i kierujemy się na stolicę Mauretanii Nawakszut. Droga jest wyjątkowo nieciekawa. Aż chce się spać. Prosty asfalt i piach, żółty piach. Na szczęście udaje nam się zrealizować plan i docieramy do Nawakszut. Znajdujemy fajny nowootwarty hotel. Na dodatek udaje nam się stargować cenę na 10€ od łebka. Nie ma co narzekać. Jeszcze tylko zamawiamy kolacyjkę i oczywiście degustacja rotopaxa.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook