Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Susz Triathlon 2016

Rusz się!

Rusz się! Susz Triathlon 2016

Obserwując treningi i starty kolegów parających się triathlonem, gdzieś w podświadomości zacząłem kombinować - a może by tak spróbować? Z jednej strony podjęcie działań paraliżował trochę czas, jaki trzeba poświęcić na trening, z drugiej nieomijalne koszta zabezpieczenia się w niezbędny sprzęt. Szukanie wymówek i ograniczeń jest działaniem łatwym, w sumie to nic nie trzeba robić. Każdy ma to, na co się zdecyduje. Susz to kolejny etap realizacji życia, jakie wypełniam sportową pasją...

Tagi: bieganie , sport dla faceta po 40. , kolarstwo szosowe , triathlon , Ironman , półmaraton

Rusz się! Susz Triathlon 2016

Dwadzieścia osiem tygodni treningowej pracy to szmat czasu. Można naprawdę sporo zrobić, żeby przygotować się na ukończenie zawodów na dystansie średnim. Można też sporo przekombinować. Dlatego podjąłem się realizacji zadań opierając je nie tylko na swoim doświadczeniu i wiedzy, ale także korzystając ze wsparcia Piotra. W dużej mierze postanowiłem odejść od rutynowej sztampy treningowej, poświęcić sezon na jeden cel. Na Czterdzieści rękawic. Jak to ciekawie i trafnie określił mój kolega Alex, będąc samotnym okrętem na wzburzonym morzu warto mieć gdzieś pod ręką sporą grupę lin asekuracyjnych. Taki zespół to niesamowita siła, człowiek jest w stanie pokonać każdą przeszkodę, to tylko kwestia czasu.

Advertisement

Suska przygoda na dobre rozpoczęła się już w sobotę, kiedy to wybrałem się po pakiet startowy i przyjrzenie się z bliska arenie niedzielnych zmagań. Mimo usilnego szukania objawów ochłodzenia zdałem sobie sprawę, że jutro czeka nas wszystkich przeprawa przez gorące i wilgotne piekło. Dystans 1/2 popularnego Ironmana to 1.9 kilometra do pokonania wpław, 90 kolejnych jazdy rowerem oraz 21.097 kilometrów biegu na deser. Ta sportowa układanka, jeszcze nie tak dawno przyprawiająca mnie o dreszcze, miała stać się rzeczywistością niecałe 12 godzin później. Trochę strach, trochę motyle w brzuchu, to się dzieje tu i teraz.

Do Susza wybrałem się wcześnie rano. Pobudka przed słońcem, lekkie śniadanie i walizka jakbym jechał na dwutygodniowe wczasy. No i rower. Godzina jazdy pustymi drogami minęła szybko, podobnie jak znalezienie pobliskiej miejscówki na parking, ogarnięcie sprzętu i zalogowanie się z całym majdanem w strefie zmian. Jadąc obserwowałem również ukradkiem, jak rośnie temperatura za oknem tnącego gęstniejące powietrze dyliżansu - będzie po bandzie... - pomyślałem, popijając kolejny łyk rozwodnionego izo.

Nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że jego osiągnięcie wymaga czasu. Czas i tak upłynie.

 H. Jackson Brown

Na start wody wypłynąłem dosyć daleko i ustawiłem się z tyłu stawki. Przy tej ilości osób i moich średnich umiejętnościach pływackich wolałem nie zostać "zmasakrowany" już na początku całej zabawy... Majaczące gdzieś w oddali czerwone boje nawrotowe, wydawały się być poza granicą horyzontu własnych możliwości, mega mega daleko. Za radą kolegów, postanowiłem nawigować na widoczny w oddali ponad drzewami maszt. Pierwsze sto może dwieście metrów, było dość gęsto i kilkukrotnie trasę przecinali mi zawodnicy, zdecydowanie mający problemy ze zorientowaniem się we właściwym kierunku wyścigu. Parę kuksańców po głowie, rękach i nogach jeszcze nikomu wszak nie zaszkodziło. Pozostało przeć naprzód, wiosłować i oddychać. Z premedytacją nie kontrolowałem również czasu na bojach nawrotowych. Skupiłem się na rytmie i układaniu w głowie kolejnych etapów zadania, jakie wizualizowałem sobie od kilku dni. Ostatnia boja lewym barkiem, kilkadzieścia pociągnięć rękoma, by przejść w miarę sprawnie z pozycji horyzontalnej do biegu. Lap 42:33...

Z wody wyleciałem trzymając już prawie w zębach zegarek, wbiegłem na "orlik" w czwarty korytarz na prawo szukając wzrokiem swojej maszyny. Jest. Zdjąłem ogarniętą już po drodze do połowy piankę, założyłem kask, okulary i... usiadłem. W pozycji niskiej skompletowałem resztę podwozia potrzebnego mi, do wpięcia się w rower. Wybieg ze strefy zmian, dosiadka szosy i zaczął się drugi etap jazdy "bez trzymanki".

Wyjazd z miasteczka i powrót to odcinek, jaki zapewne dobrze zapamiętają właściciele montowanych pionowo w lemondkach "aerodynamicznych bidonów" :) Lecąc środkiem, starałem się jak najbardziej ekonomicznie pokonać ten wibrujący odcinek. Kilka zakrętów i długa "prosta" w stronę Iławy, aż do nawrotu za Szymbarkiem. Droga powrotna to kilka szybszych płaskich odcinków, ostry nawrót w prawo i kilka ciekawych odcinków w miejscowych wioskach. Tu wielkie wrażenie wywarły na mnie lokalne spontaniczne punkty kibicowania na trasie. Rowerowe kukły, bębny i małe przydomowe biesiady. Coś wspaniałego, jak doskonale można się bawić, spędzając czas na motywowaniu ludzi do wysiłku.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty