Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Cudowne, przeklęte koło życia

Podsumuj 40

Podsumuj 40 Cudowne, przeklęte koło życia

Tekst nadesłany przez użytkownika.

Tagi: konkurs , faceci do piór , opowiadanie , konkurs literacki , cel , kondycja , doświadczenie , motor

Podsumuj 40 Cudowne, przeklęte koło życia
Cudowne/przeklęte koło życia
Iwo Joanna

Iwo, mój pierworodny syn, urodził się w piątkowe popołudnie, 24. kwietnia w Legnicy. Miał 3,3 kg (nie za wiele) i 58 cm długości (całkiem sporo). Był dzieckiem bardzo oczekiwanym przez mamę, Agnieszkę, która zbliżając się do 40-tki nie chciała już dłużej czekać na mój brak zdecydowania. Jako czterdziestoparolatek miałem ogromne opory przed ojcostwem, bo zdawałem sobie sprawę, jak bardzo zmieni się moje/nasze życie, jak znacząco będą się musiały przemodelować (czytaj: zdemolować) priorytety; wreszcie - wcale nie byłem przekonany, że tego właśnie pragnę. Gdy do tego dodać poziom odpowiedzialności, jaki wiąże się z bezbronną, kompletnie niezdarną i niezaradną istotą otrzymuje się idealny przepis na decyzyjny paraliż.

Ale nazwać pojawienie się na świecie nowego człowieka pechem, nieporozumieniem czy tragedią byłoby takoż głupie jak i nieprawdziwe. Przekonałem się o tym tego dnia o godzinie 16.04.

Ciocia Joanna, siostra mojego taty, odeszła w letnie przedpołudnie, 4. lipca w hospicjum w Będkowie. Zmogła ją ciężka choroba (chłoniak). Hania, bo tak zwykliśmy się do niej zwracać, miała ciężkie życie. Wychowywała się w tradycyjnej, górnośląskiej rodzinie, wiodła życie drugo-, a nawet trzecioplanowej aktorki, patriarchalnie oddanej swoim obowiązkom i mężowi, górnikowi, który od życia brał, co tylko możliwe. Jurek jednak porzucił ziemski padół prawie równo dwa lata wcześniej. Zabiło go nie tylko wieloletnie fedrowanie, ale także nieoszczędzanie swojego serca i wątroby.

Ciocia już pod koniec lata zeszłego roku, gdy pojechaliśmy uczcić jej urodziny, miała drobne symptomy choroby, ale dopiero gdy wdało się zapalenie płuc, sprawy przybrały dość gwałtowny obrót. Gdy miesiąc później rodzice ugościli ją u siebie w domu, jej stan pogorszył się do tego stopnia, że przestała sprawnie się poruszać. Na szczęście pomoc przyszła szybko.

Miej serce
KTG (badanie kardiotokograficzne) – to prawdziwa udręka dla niedoświadczonych rodziców. Odgłos, jaki wydobywa się z maszyny jest przerażający: to jakby połączenie przetykania totalnie zapuszczonej toalety ze zmieniającym się stukotem serca. A że u płodu tętno jest znacznie szybsze niż u dorosłego człowieka (nawet do 180 uderzeń na minutę), to chwilowa jego obniżka do wartości rodzica (60-80) daje efekt murowany. Struchlały rodzic zadaje sobie wtedy pytanie: czy to już ten moment, gdy dziecku dzieje się krzywda i trzeba natychmiast interweniować? Może da się do tego przyzwyczaić po kilku razach, ale dla mnie było to zawsze dojmujące przeżycie. Mąż Hani zmarł natychmiast, po prostu zatrzymało mu się serce. O takiej śmierci wiele starszych osób może tylko pomarzyć. Ciocia tyle szczęścia nie miała. Jej serce było sprawne. I ogromne, troskliwe, szczodre. Mieściło w sobie potrzeby wszystkich, poza jej własnymi. Z jej ust rzadko można było usłyszeć narzekania, nawet gdy choroba zwaliła ją z nóg. Zdawała się wstydzić, iż ktoś musi jej pomagać, załatwiać nagłe przyjęcie do szpitala. Gdy dzięki staraniom Agnieszki ciocia trafiła październikowej nocy do kliniki, jej stan był bardzo ciężki. Natychmiastowe podanie sterydów przyniosło jednak znakomity efekt, a na drugi dzień Hania już chodziła o własnych siłach.
Mówię/krzyczę, więc jestem
Agnieszka była przekonana, że jeśli coś ma pójść źle, to na pewno spotka to właśnie ją. Stąd pomysł, by nie rodzić siłami natury. Do cięcia przygotowany był mój kuzyn, więc wydawało się, że lepszej obsługi mieć nie można. Niemniej, sam zabieg opóźniał się i dopiero po ponad 12 godzinach od odejścia wód zespół był gotowy do przeprowadzenia cesarki. O 15.50 widziałem jak przyszła mama sunie wzdłuż kolejnej sali zabiegowej, by dojść do tej, gdzie za chwilę miał się rozegrać horror, tudzież teksańska masakra piłą mechaniczną. Minęło 14 minut i na końcu tego korytarza beznadziei ujrzałem postać lekarza przenoszącego na jeżdżącą tacę obok coś - wydającego wrzask nie z tej ziemi. Wiedziałem, że przynajmniej jedna z dwóch oderwanych brutalnie od siebie istot jest jak najbardziej pełna ochoty do życia. Diagnoza była jednak kiepska – chłoniak. Mimo to ciocia niemal przebojem przeszła 6 lub 7 cyklów chemii, a badanie PET wykazało, że większość ognisk zostało zlikwidowanych. Niestety, nie wszystkie. Wiosną tego roku rezonans magnetyczny potwierdził, że jest jakieś ognisko w rdzeniu. Chłoniak był znowu aktywny i to jeszcze jak. W ciągu kilku tygodni urósł do takich rozmiarów, że zaczął uciskać na nerwy i chodzenie stało się niemożliwe. Na neurochirurgii w Gliwicach jeszcze się łudzili, że to może coś innego, ale postęp choroby nie pozostawiał nadziei. Gdy Hania trafiła ponownie do wrocławskiej kliniki wiadomo było, że o wyleczeniu nikt już nie marzy. Chodziło tylko o wstrzymanie galopującego rozwoju nowotworu. W kolejnych dniach ciocia przestała mówić.
Oczy, które nie widzą
Iwo, jak każdy noworodek, był praktycznie niewidomy, w dodatku oczy miał obficie pokryte jakąś maścią, która ma chronić niedojrzały wzrok przed zetknięciem z promieniami, zupełnie nieznanymi w świecie wewnętrznym. Jednak przezierające przez lekko uchylające się powieki źrenice to widok, który rozpuści nawet największego twardziela. Nie, nie wstydzę się tego, łzy stanęły w moich 44-letnich oczach i rozterki, które w ciągu minionych 9 miesięcy spędzały mi wielokrotnie sen z powiek – prysnęły. Teraz liczył się tylko on – mały, w 100% zależny od nas człowieczek, dla którego to my jesteśmy – póki co – całym światem. A on dla nas. Gdy wszedłem do dwuosobowej sali chorych, myślałem, że się pomyliłem. Dopiero kartka z nazwiskiem rozwiała moje wątpliwości. Wiedziałem, że ciocia ma tylko kosmki siwych włosów, które zdążyły odrosnąć po chemioterapii, ale jej zapadnięte policzki, sterana cera i usta, z trudem chwytające powietrze, zbombardowały moje oczy. Nigdy dotąd nie włożyłem tyle siły, by powstrzymać potok łez, cisnących się do narożników. Ale jej oczy już niewiele widziały. Wciąż w ich głębi starałem się dostrzegać uśmiech, którym mnie zawsze obdarzała, lecz czy było to wciąż świadome kojarzenie swojego ulubionego bratanka – mogę tylko zgadywać. Po wyjściu z kliniki łzy nie chciały się zatrzymać.
Ręce, które nie słuchają
Pierwsze dni w domu były ciężkie. Radzenie sobie z małym, wrzeszczącym co i rusz człowieczkiem – to prawdziwe wyzwanie. Przy tym opieprz szefa, spóźnienie się do pracy czy nieudane zajęcia to pestka. Cierpliwość jest testowana każdego dnia, o nocach nie wspominając. To nieustany poligon, na którym saper jest bez szans, ale przecież musi przetrwać, bo od tego zależy los dziecka. Ono jednak zaczyna dawać powody do wzruszeń, których nie da żaden udany wykład czy egzotyczna podróż. Kiedy uśmiechnie się do ciebie pierwszy raz i uznasz, że to uśmiech dla ciebie – będziesz wiedział, co w życiu ważne. Nie martw się tym, że ręce machają bezładnie i nie znajdują celu. Wnet złapią twoje palce, a ty będziesz się czuł jakby całe życie było jeszcze przed tobą, przed wami, przed nim, bo tak działa cudowne koło życia. Każdy kolejny dzień był już tylko gorszy. Hania zdawała się nikogo nie poznawać, z trudem przyjmowała pokarmy, a w jej oczach trudno było dostrzec życie, które uchodziło w takim tempie, jak szybko kończyła się kolejna puszka mleka dla Iwa. Czasem jeszcze unosiła nad kołdrę ręce, chyba tylko w tym celu, by sprawdzić, czy jeszcze ma jakąkolwiek władzę nad swoim ciałem. Niestety, traciła ją bezpowrotnie. Jej język plątał się w ustach, z których nie wydostawał się już żaden dźwięk. Gdy wracałem ze szpitala do domu to samo widziałem u swojego dzieciątka, ale ono tę władzę miało właśnie zyskiwać. Hani nie można było już pomóc, trafiła do hospicjum w Będkowie, gdzie po dwóch dniach jej oczy zamknęły się po raz ostatni. Tak bardzo mi jej brakuje. Tęsknię za nią i przeklinam to przeklęte koło życia.
PS: Wszystkie powyższe wydarzenia są prawdziwe. Postacie również.

 

 

 

A.S.

Wejdź na FORUM!
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty