Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

“Not In This LifeTime” - ścieżka dźwiękowa moich najlepszych wspomnień

Muzyka

Wspomnienie z koncertu Guns N'Roses w Polsce.
Tekst nadesłany przez użytkownika.

Tagi: koncert , faceci do piór , Guns N'Roses

Muzyka “Not In This LifeTime” - ścieżka dźwiękowa moich najlepszych wspomnień

Wtorek 20.06.2017

Według różnych źródeł tuż przed godziną 21.00 na Energa Stadionie w Gdańsku było od 40 do 50 tysięcy ludzi. Pełne trybuny, tłum na płycie, imponująca scena, nie sprzedają piwa (WTF?).

Piętnaście minut po planowanym rozpoczęciu koncertu (pomijam wcześniejsze występy tzw. supportu - pierwszego (Doda i Virgin) z grzeczności, drugiego (Killing Joke) bo mimo niewątpliwych wartości artystycznych nie pasował nijak do głównego wydarzenia) dziki ryk tłumu powitał wchodzących na scenę legendarnych muzyków tworzących ikonę rocka lat 90-tych - zespół Guns N’Roses.

Kilka miesięcy wcześniej….

Na koncert ten czekałem długo, bardzo długo… I nie chodzi o kilka ostatnich miesięcy kiedy miałem już kupione bilety i z rosnącym z dnia na dzień podekscytowaniem oglądałem filmy z ich trasy po Ameryce Południowej. Czekałem na to wydarzenie dobre 20 lat, bo chociaż zespół występował dwa razy w Polsce (2006 i 2012) to nigdy w swoim topowym składzie jaki tworzą Axel Rose, Slash, Duff McKagan i Dizzy Reed.

Guns N’Roses to dla mnie więcej niż zespół rockowy. Ich muzyka to tło moich najlepszych wspomnień z okresu młodości. To był mój styl życia, soundtrack do moich miłości, łez, najlepszych imprez i pragnienia wolności. To oni uczynili ze mnie romantycznego rock’n’rollowca otwartego na świat i ludzi. Ich muzyka towarzyszyła mi od lat - zauroczyła również moją córkę, która teraz jako nastolatka miała niepowtarzalną okazję stanąć twarzą w twarz z legendą….

Gdańsk - początek

Staliśmy blisko, bardzo blisko - około pięć metrów przed sceną. Wokół nas dziesiątki tysięcy fanów, pierwsze riffy gitarowe, wielki Axel Rose na wyciągnięcie ręki - zaczyna śpiewać i…

Dramat. Pierwsze trzy utwory - totalna porażka. Przez głowę kłębią się myśli - mignięcia czytanych wcześniej komentarzy, że to już nie ten sam zespół, że za starzy, że to będzie pastisz…. Nie mogę w to uwierzyć, zwłaszcza po tych wszystkich przygotowaniach, podróży, powrocie wspomnień. Miałem już wcześniej tak wyidealizowany obraz tego koncertu, że nie dopuszczałem myśli o wpadce, jednak publiczność słyszała to samo…

Jak się okazało, to nie wina Axela a fatalnie przygotowanego nagłośnienia, które zaczęto korygować i przy czwartym kawałku, kultowym Welcome to the Jungle wszystko się zmieniło…

Od tej pory był już tylko kosmos. Axel śpiewał jak szalony, jego walory wokalne są wciąż znakomite i cytując za komentarzami fanów “powodują opad szczeny do samej ziemi”.

Zresztą nie tylko śpiewał, biegał po scenie, bawił się z ludźmi, tańczył w swój tak bardzo charakterystyczny sposób z niezwykłą, mimo upływu lat, charyzmą. On był sceną, choreografią, współimprezowiczem i jednym z nas.

Z każdym kolejnym kawałkiem jego wokal był coraz lepszy a kiedy doszedł do Civil War - po prostu powalił mnie na ziemię.

W trakcie tego wieczoru zaśpiewał wszystkie znane kawałki za wyjątkiem legendarnej ballady “Don’t cry” oraz jednego z moich ulubionych utworów “Ain’t it fun”. W sumie usłyszeliśmy 25 piosenek przeplatanych fantastycznymi solówkami gitarowymi - m.in. Speak Softly Love - motyw przewodni z Ojca Chrzestnego.

Muzycy zagrali również specjalną wersję "Black Hole Sun" Soundgarden w hołdzie zmarłemu niedawno wokaliście tej formacji Chrisowi Cornellowi.

Slash

Od lat waga ciężka i absolutny top wśród rockowych muzyków. Jego charakterystyczny image z najbardziej znanym cylindrem w historii biznesu muzycznego znają chyba wszyscy. Maszyna koncertowa, gitarowy guru, król solówek, esencja rockmana. “Ten patent znamy doskonale - gryf wędruje pionowo w górę, palce zaczynają biegać coraz szybciej, a my unosimy się nad ziemię na kilka dobrych minut. W dodatku sprawia on wrażenie, jakby to robił tak od niechcenia, bez napinania znanego u niektórych gitarowych szybkobiegaczy”.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

ARTYKUŁY POWIĄZANE

 

Komentarze (3) / skomentuj / zobacz wszystkie

barmac1974
28 czerwca 2017 o 06:20
Odpowiedz

Bardzo fajny opis, utożsamiam się z nim w 100% Koncert genialny pomimo fuckupu z 1szymi kawałkami i nie przeszkadzały mi kilogramy Axla, brak fajek w zębach Slasha oraz brak oparów wokół Duffa

~barmac1974

28.06.2017 06:20
Stanley Kowalsky
27 czerwca 2017 o 21:34
Odpowiedz

Wow....
Dzięki za ten komentarz..... wow!

~Stanley Kowalsky

27.06.2017 21:34
matka_polka
27 czerwca 2017 o 20:13
Odpowiedz

Świetny, wzruszający i bardzo emocjonalny opis koncertu;
przez chwilę poczułam się tak, jakbym tam była przez te trzy godziny i to.... w towarzystwie dojrzałego, romantycznego rock’n’rollowca. Super :)

~matka_polka

27.06.2017 20:13
1

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty