Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

O bukietach i perfumach

Barek

Barek O bukietach i perfumach

Na drodze między ustami a brzegiem pucharu są, jak dobrze pójdzie, inne usta, albo też – co jedno drugiego nie wyklucza – zapach. Zapach wina.

Tagi: alkohol , wino

Barek O bukietach i perfumach

Który powinniśmy czuć, którego powinniśmy szukać za każdym razem, gdy puchar w stronę ust kierujemy. Szukać – używam tego słowa z rozmysłem. Gdyż to ono definiuje różnicę między bukietem wina a perfumami, które często do „nosów” winnych są porównywane. Tak się właśnie uważa: zapach perfum przychodzi do nas sam, bez naszego wysiłku. Spryskane szyje i policzki wysyłają ku nam aromaty mocne i stężone, natomiast zapachu wina należy szukać, to znaczy – natężając uwagę, rozdymając nozdrza, wciągając parokrotnie powietrze – wydobywać go niemal z dna, łapać niczym niewidzialne motyle.

Im dłużej się degustuje, tym bardziej można się przekonać, że prawdziwie piękny bukiet wina kryje się w kieliszku jakby po kątach, ociąga się z ujawnieniem, a gdy już się pokaże, pyka nam w nos z najsubtelniejszej fajeczki. Pyk, pyk, pojedyncze nuty, pojedyncze dymki, stonowane, trochę kokieteryjne, unikające wielkiego show. Owszem są świetne wina, których zapach, jak mówi w ekstazie Robert Parker, „literalnie wypełnia pokój”, lecz mnie raczej przypominają one kochanków w desusach: widać za dużo i od razu. Bukiety najbardziej niezwyczajne wydają się raczej dochodzić z głębi i ledwie wynurzać na powierzchnię, są drobnoziarniste, błyskają przelotnie jak srebrne łuski w ciemnej wodzie.

Wiadomo, że można się okadzać najlepszymi koniakami, niektórzy stosują kropelkę wysokiej klasy Hennessy zamiast pachnidła, za uszami i nad grdyką wanilia i cytrusy zamienią kobiecą (lepiej) skórę co najmniej w XO. Ale wino, choć jest bratem koniaku i kuzynem perfum, nie da się wynieść dalej niż w dziurki do nosa. Wystarczy pomyśleć, jak na dłuższą metę pachnie dobry winiarski sklep. Albo nawet jego właściciel:

Jednego tedy wieczora siedzę sobie i piję herbatę (...) aż otwierają się drzwi i ktoś wchodzi. Patrzę, figura otyła, twarz nalana, nos czerwony, łeb siwy. Wącham, czuć w pokoju jakby wino i stęchliznę. – Ten szlachcic – myślę - jest albo nieboszczkiem, albo kiprem?… Bo żaden inny człowiek nie będzie pachniał stęchlizną...

– Cóż u diabła – dziwi się gość – takeś zhardział, że nie poznajesz ludzi? Przetarłem oczy, ależ to żywy Machulski, kiper od Hopfera!– Byliśmy razem na Węgrzech, potem tu, w Warszawie, ale od piętnastu lat się nie widzieliśmy, gdyż on mieszka w Galicji i ciągle jest kiprem.

Tak mówi stary Rzecki w Lalce Prusa i ma rację w swym trupim skojarzeniu: zarówno w zapachu wina, jak i w zapachu miejsca, gdzie się je przechowuje, jest coś dwuznacznego; w jednej sekundzie wdychamy, zdałoby się, najbardziej ulotne i ezoteryczne aromaty kwiatowe czy owocowe, dzień czy parę dni później w tej samej butelce zamieszkała już niewonna, octowa kostucha – która z łatwością przenika ściany piwnicy. W tym sensie zapachy wina są bliższe życia, nie oszukują, mówią, że jest ono piękne, ale też, że robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty