Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Droga do finału. Górnik Zabrze i jego batalia o Puchar Zdobywców Pucharów

Wolne myśli
|
22.06.2020

Afera obyczajowa z udziałem trenera, która poskutkowała jego zwolnieniem, awans dzięki rzucie monetą i bramka w finale, po której zgasło światło na stadionie… Historia kampanii Górnika Zabrze w Pucharze Zdobywców Pucharów w sezonie 1969/70 obfitowała w tyle ciekawych wydarzeń, że gdyby odbyła się obecnie, to mogłaby zainteresować ludzi z Netflixa.

Tagi: historia , piłka nożna

Górnik Zabrze – AS Roma. Finalistę wyłonił rzut monetą
Okładka "Sportu" po trzecim meczu półfinałowym Górnik Zabrze – AS Roma

Nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że lata sześćdziesiąte to najlepszy okres w historii Górnika Zabrze. Śląski klub w tej dekadzie sześciokrotnie sięgał po Mistrzostwo Polski, a do tego wyspecjalizował się w wygrywaniu krajowego Pucharu, który pozostawał w Zabrzu przez pięć kolejnych sezonów (od 1968 do 1972 roku). Jeden z tych triumfów – ten z 28 maja 1969 roku, gdy Górnik po bramkach Włodzimierza Lubańskiego i Erwina Wilczka pokonał Legię Warszawa – otworzył piłkarzom ze Śląska drogę do najbardziej imponującej kampanii pucharowej w historii polskiej piłki. Która, niestety, pozostawiła po sobie spory niedosyt.

Węgierska myśl szkoleniowa

W ówczesnej kadrze Górnika nie brakowało klasowych zawodników, ale mówiąc o sukcesach tego klubu w drugiej połowie lat sześćdziesiątych nie sposób nie wspomnieć o Gezie Kalocsayu. Węgierski szkoleniowiec przyszedł do Zabrza w 1966 roku i mógł się pochwalić naprawdę niebanalnym wpisem w CV – był jednym z członków sztabu Gustava Sebesa, gdy ten trenował słynną „Złotą Jedenastkę”. Kalocsay pokazał też, że razem z deklarowanym doświadczeniem idą kompetencje. „Geza otworzył nam oczy na to, co to jest taktyka” – wspominał bramkarz Hubert Kostka, a Jerzy Gorgoń stwierdził, że to właśnie dzięki niemu osiągnął w swojej karierze tak wiele. Zygfryd Szołtysik komplementował metody szkoleniowe Kalocsaya – stwierdził, że drużyna bardzo wiele zyskała na gierkach 1 na 1 i 2 na 2, w których lubował się węgierski trener. Owe metody, połączone z niewątpliwym potencjałem zawodników sprawiły, że Górnik wyruszał na podbój Europy z poniesioną przyłbicą.

Początek drogi

Pierwszym przeciwnikiem Górnika był zdobywca Pucharu Grecji, Olympiakos Pireus. W pierwszym spotkaniu, które odbyło się 16 września 1969 roku w Grecji padł remis 2:2, a obie bramki dla polskiej ekipy zdobył Erwin Wilczek. Rozegrany dwa tygodnie później mecz rewanżowy był prawdziwym popisem zawodników z Zabrza – udało im się wygrać aż pięć do zera, a bramki zdobywali Wilczek, Hubert Skowronek, Zygfryd Szołtysik oraz Jan Banaś (dwie). Dawało to spore nadzieje przed kolejną rundą, w której Górnik miał się zmierzyć z poważniejszym rywalem.

Glasgow Rangers był klubem, który nie tylko budził postrach na krajowym podwórku, ale także dobrze radził sobie w Europie. Trzy lata wcześniej Rangersom udało się dojść do finału Pucharu Zdobywców Pucharów (który przegrali 0:1 z Bayernem Monachium), a w kolejnych sezonach docierali do ćwierćfinału i półfinału Pucharu Miast Targowych (czyli protoplaście późniejszego Pucharu UEFA). Pierwszy mecz, który z trybun Stadionu Śląskiego oglądało 80 tysięcy kibiców (niektórzy z nich trzymali transparenty z napisami „Siekiera, motyka, piłka, graca, Niech nam Rangers głowy nie zawraca” oraz „Tylko dzieci przy piersi mogą straszyć Rangersi”) mieli po końcowym gwizdku wiele powodów do zadowolenia. Górnik zwyciężył 3:1 dzięki dwóm bramkom Lubańskiego oraz jednej Władysława Szaryńskiego (choć jego bramka została przez polskiego komentatora błędnie przypisana Szołtysikowi).

Wynik 3:1 dawał duże nadzieje przed rewanżem, ale mecz na Ibrox Park nie układał się po myśli Zabrzan. Rangersi weszli w mecz mocno ofensywnie, co poskutkowało zdobyciem przez nich bramki już w siedemnastej minucie meczu. Górnikowi szczęśliwie udało się zapobiec stracie kolejnych bramek, choć gospodarze okazji na podwyższenie wyniku mieli aż nadto. Po przerwie losy meczu się odwróciły – najpierw bramkę strzelił Alfred Olek, a następnie po jednej dołożyli Lubański i Skowronek, ustalając wynik meczu na 3:1. W ten sposób Górnik awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, ale przed kolejnymi zmaganiami w Europie doszło w Zabrzu do poważnej zmiany.

Pod koniec 1969 roku Geza Kalocsay przestał być trenerem Górnika Zabrze. Dlaczego? Cóż, do dziś nie uzyskano jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale reakcje zawodników po poruszeniu tej kwestii w filmie „O krok od pucharu” zrealizowanym przez Canal+ dają pewien obraz okoliczności zwolnienia węgierskiego szkoleniowca. Hubert Kostka: „On miał dwie pasje: jedną była piłka nożna, a drugą kobiety”. Stanisław Oślizło: „Kalocsay, człowiek żonaty, miał dzieci… Uwikłał się w jakieś amory, nie amory, rzeczy które nie licowały z jego postacią. Wreszcie zapadła decyzja, że musi opuścić Polskę”. Jan Gomula (uśmiechając się znacząco): „Coś słyszałem, ale nic nie wiem”. W inne tony uderza z kolei Erwin Wilczek: „Odszedł, bo znał się na piłce, a wszyscy inni tylko na węglu. I to się niektórym działaczom nie podobało”.

Nowy trener

Niezależnie od przyczyn, pod koniec 1969 roku czas Gezy Kalocsaya w Górniku dobiegł końca. Jego następcą został Michał Matyas, który wcześniej prowadził między innymi Stal Mielec, Polonię Bytom (z którą sięgnął po Puchar Rappana oraz Puchar Ameryki, ale to temat na oddzielny artykuł), a także reprezentację Polski. Pomimo niezłego dorobku trudno mu było przekonać do siebie zawodników – Kostka i Banaś po latach wspominali, że Matyasowi w porównaniu do Kalocsaya brakowało charyzmy, miał też gorszy warsztat od swojego poprzednika.

W ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów Górnik zmierzył się z Lewskim Sofia. Niestety pierwszy, rozgrywany 4 marca 1970 roku w stolicy Bułgarii mecz zakończył się porażką Górnika 2:3 (bramki dla polskiego zespołu zdobyli Szołtysik i Banaś). Dwa gole dla Lewskiego strzelił Georgi Asparuchow – jeden z największych talentów w historii bułgarskiej piłki. Bramki strzelone na wyjeździe dawały jednak spore szanse na awans, w który mocno wierzyli kibice – dwa tygodnie później na Stadionie Śląskim zameldowało się ich blisko sto tysięcy! Jako pierwszy bramkę (tuż przed przerwą zdobył Włodzimierz Lubański), a jedenaście minut po wznowieniu gry na 2:0 podwyższył Jan Banaś. Bułgarzy odpowiedzieli trafieniem Kiryłowa, ale dzięki lepszemu bilansowi na wyjeździe Górnik awansował do półfinału, w którym czekała AS Roma.

Tryptyk rzymski

Pierwszy mecz półfinałowy odbył się w Rzymie, a zmagania piłkarzy z trybun Stadio Olimpico oglądało 80 tysięcy kibiców. Romę prowadził wówczas Helenio Herrera – twórca potęgi Interu Mediolan, z którym zdobywał zarówno Mistrzostwo Włoch (3 razy), jak i Puchar Europy (2 razy). W Romie Herrera zdecydowanie postawił na Fabio Capello, który mocno dał się we znaki zawodnikom Górnika. Ale po kolei – jako pierwsi na prowadzenie w Rzymie wyszli Zabrzanie, a to dzięki trafieniu Jana Banasia. Roma doprowadziła do wyrównania za sprawą Salvoriego i takim rezultatem zakończyło się pierwsze półfinałowe starcie. „Można było wygrać, można było przegrać… My z tego wyniku byliśmy zadowoleni” – powiedział Erwin Wilczek.

Przed rewanżem panowało przekonanie, że Zabrzanom udało się wywieźć z Rzymu w miarę korzystny wynik. Poniekąd była to prawda – wystarczyło wygrać choćby jedną bramką lub dowieźć do końcowego gwizdka bezbramkowy remis. Szybko się jednak okazało, że spełnienie jednego z tych założeń jest niemożliwe – już w 9. minucie gry arbiter podyktował rzut karny dla Romy za faul Rainera Kuchty na Elvio Salvorim. Do piłki podszedł Fabio Capello. Hubert Kostka odgadł jego zamiary i obronił jedenastkę, ale niestety nie zdołał złapać piłki i odbił ją prosto pod nogi Włocha, który wykorzystał sytuację i wyprowadził swój klub na prowadzenie. Rzymianie wprowadzili wtedy w życie autorski wynalazek trenera Herrery, czyli słynne catenaccio – ustawili się głęboko na własnej połowie i skupili się niemal wyłącznie na bronieniu dostępu do strzeżonej przez Alberto Ginulfiego bramki. Taktyka okazała się skuteczną – aż do 90. minuty. Wtedy obrońca Jerzy Gorgoń ruszył na bramkę przeciwnika i został sfaulowany w polu karnym. Sędzia nie widział dobrze tej sytuacji, co wykorzystał Erwin Wilczek, który – jak sam twierdzi – „postawił” sędziego na jedenastym metrze. Obecnie za takie zachowanie niechybnie obejrzałby czerwoną kartkę, jednak sędzia uległ presji – tym bardziej, że jego decyzja o karnym dla Romy również była, delikatnie mówiąc, dyskusyjna, o czym przez całe spotkanie przypominało mu 100 tysięcy kibiców. Odpowiedzialność za losy Górnika wziął na siebie Włodzimierz Lubański, choć później opowiadał, że nogi mu się wówczas trzęsły. W najważniejszym momencie nie zawahał się i uderzył w samo okienko, nie dając Ginulfiemu żadnych szans na udaną interwencję. Remis 1:1 oznaczał dogrywkę.

Trener Helenio Herrera nie cieszył się najlepszą opinią wśród polskich dziennikarzy

Dogrywka rozpoczęła się dla Górnika tak dobrze, jak to tylko możliwe. Niedługo po gwizdku sędziego w dogodnej sytuacji znalazł się Lubański i ponownie pokonał rzymskiego bramkarza. Zabrzanie przez niecałe pół godziny byli w niebie – aż nadeszła ostatnia, 120. minuta dogrywki. Fabio Capello wrzucił piłkę z autu w pole karne, ta została wybita na około dwudziesty metr, gdzie czekał Francesco Scaratti. Nie myśląc wiele uderzył z całej siły, a piłka wpadła do bramki. Wynik 2:2 w obecnych czasach oznaczałby awans Romy, ale wówczas przepisy brzmiały inaczej – brak rozstrzygnięcia meczu w dogrywce oznaczał, że obie drużyny czeka jeszcze jedno, decydujące starcie. Spiker na stadionie albo tego przepisu nie znał, albo na chwię o nim zapomniał, ponieważ obwieścił awans Romy, przez co kilkadziesiąt tysięcy ludzi wracało do domów w grobowych nastrojach. Co ciekawe, o tym przepisie zapomnieli też piłkarze – dopiero kierownik drużyny Henryk Loska uświadomił ich, że mają do rozegrania trzeci mecz. Ten odbył się tydzień później, na neutralnym stadionie w Strasburgu. Co ciekawe, był to ostatni pojedynek w historii europejskich pucharów, w którym zastosowano to rozwiązanie – później bramki w dogrywce liczyły się tak, jak w regulaminowym czasie gry.

Między drugim a trzecim meczem Górnika z Romą powstał utwór „Górą Górnik” – wykonywał go zespół Skaldowie, a tekst napisał Wojciech Młynarski.

22 kwietnia 1970 roku doszło wreszcie do ostatniego pojedynku. W pierwszej części spotkania działy się dziwne rzeczy (w pewnym momencie na stadionie zgasło światło), ale nie przeszkodziło to Górnikowi w realizacji planu. W 40. minucie Zabrzanie wyszli na prowadzenie dzięki bramce Lubańskiego. Później, gdy polski zespół rozgrywał korzystną akcję, światła znów zgasły. W 57. minucie sędzia Machin zdecydował się podyktować jedenastkę dla Romy, mimo że okoliczności przewinienia jednego z piłkarzy Górnika były mocno dyskusyjne. Do piłki – tak samo jak w pierwszym meczu – podszedł Fabio Capello i pokonał Huberta Kostkę. Wynik 1:1 utrzymał się do końca regulaminowego czasu gry, a także dogrywki. Ówczesny regulamin nie przewidywał możliwości rozegrania konkursu rzutów karnych i o awansie do finału miał zadecydować… rzut monetą! Moneta (a właściwie żeton) miała dwie strony – czerwoną i zieloną. Kapitan Górnika Stanisław Oślizło wybrał zieloną, ponieważ, jak twierdził później, czerwona „źle mu się kojarzyła”. Sędzia wykonał rzut, a do Polaków uśmiechnął się los – moneta spadła zieloną stroną do góry, dzięki czemu Górnik awansował do finału!

Historyczna szansa

Finałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharów został zaplanowany na 29 kwietnia 1970 roku, a areną był Praterstadion (obecnie stadion imienia Ernsta Happela) w Wiedniu. Przeciwnikiem Górnika Zabrze był Manchester City, który w drodze do finału wyeliminował między innymi Schalke 04 Gelsenkirchen, Academicę Coimbra i Lierse SK.

„The Citizens” nie byli wówczas drużyną tak naszpikowaną gwiazdami światowego futbolu jak obecnie, ale z pewnością można ich było lekceważyć. I szybko okazało się, kto będzie stroną przeeważającą w tym meczu – już w dwunastej minucie podopieczni Joego Mercera wyszli na prowadzenie za sprawą Neila Younga. Górnik nie był w stanie odpowiedzieć – kolejne ataki zatrzymywały się na doskonale dysponowanej defensywie ekipy z Manchesteru. Kilka minut przed przerwą obrońcy Górnika popełnili błąd, na skutek którego Francis Lee znalazł się sam na sam z Hubertem Kostką. Golkiper Zabrzan zdecydował się na faul, za który austriacki sędzia Paul Schiller podyktował rzut karny. Do piłki podszedł sam poszkodowany i pewnym uderzeniem podwyższył prowadzenie na 2:0.

Po przerwie Górnik zabrał się za odrabianie strat, spychając City do defensywy. W 68. minucie udało się zdobyć gola kontaktowego, a jego autorem był kapitan Górnika Stanisław Oślizło. Po tej bramce Górnik kontynuował ataki, ale Anglicy postanowili zabić mecz – cofnęli się głęboko i gdy tylko mogli, to grali na czas, często podając do własnego bramkarza. Taka gra nie spodobała się zgromadzonej na Praterstadion publiczności, ale okazała się skuteczna. Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek sędziego, z wygranej rezultatem 2:1 cieszyli się piłkarze Manchesteru City.

Po latach piłkarze Górnika wspominali, że zagrali poniżej swoich możliwości. Niektórzy zawodnicy otwarcie przyznali, że stać ich było na więcej (Lubański), inni zwracali uwagę na fakt, że tydzień wcześniej zagrali wykańczający, trzeci mecz przeciwko Romie (Szaryński). Jan Banaś żałował, że w decydującym momencie sezonu w drużynie zabrakło trenera Kalocsaya, podobnie jak Erwin Wilczek.

Kilka tygodni później piłkarze Górnika po raz trzeci z rzędu zdobyli Puchar Polski, co zapewniło im grę w kolejnej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. Niestety, nie udało się powtórzyć wyniku z sezonu 1969/70 – Górnik dotarł do ćwierćfinału, w którym przegrał z tym samym przeciwnikiem – Manchesterm City.

Michał Miernik

Wejdź na FORUM!
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy