Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

motocyklista

Bhutan 2014

Motocykle

"Jest coś tajemniczego we wszystkim, co jest związane z podróżą, tym symbolem życia, gdyż nawet ci, którzy siedzą na miejscu, wciąż przecież dokądś dążą i szukają czegoś, i nigdy nie są pewni jutra." - bardzo trafne ale nie moje. To słowa prekursora polskiego reportażu podróżniczego, Wacława Sieroszewskiego. Również jechał na Daleki Wschód. Rownież w doborowym towarzystwie, którym był znany podróżnik Bronisław Piłsudski brat naszego Marszałka. Zasadnicza różnica między naszymi wyprawami to fakt że ja jadę dobrowolnie a Sieroszewski był mocno "namawiany" przez carską ochranę. Raczej nie miał możliwości odmówić.

więcej »

Afryka Zachodnia 2016 cz.2

Motocykle

Tysiące kilometrów po czarnym, ale jakże kolorowym lądzie.

więcej »

Afryka Zachodnia 2016 cz.1

Motocykle

Tysiące kilometrów po czarnym, ale jakże kolorowym lądzie.

więcej »

Dalej niż Dakar. Solo.

Motocykle

Luty - sezon ogórkowy w temacie związanym z jazdą motocyklem, wiadomo zamiast motorów rządzą narty. Środek astrologicznej zimy każdego zapalonego moto maniaka nastraja raczej pesymistycznie…2 lata temu o tej porze roku kończyłem swój pierwszy w życiu rajd. Budapest – Bamako – najdłuższy amatorski rajd świata, często nazywany „niskobudżetowym Dakarem” dla każdego, zadziałał na mnie jak przysłowiowy lep na muchy.

więcej »

Góry! (deklinacja: wołacz.)

Motocykle

Ostatnim czasem, zewsząd atakuje nas pewien producent medykamentu w spray'u mającego pomóc w rzuceniu palenia. Parafrazując ową reklamę w TV, aż chciałoby się powiedzieć:
góry zdobywa się ciężko... ale nie na motocyklu!

więcej »

Syberia

Motocykle

Samotna eskapada na Wschód, tysiące kilometrów przejechanych na motocyklu, spotkani ludzie, krajobrazy, przygoda. Cel: droga, przed siebie.

więcej »

"Long Way Up" czyli 250-ką po Ameryce Południowej

Motocykle

Odkąd pamiętam moim największym marzeniem była motocyklowa wyprawa z Ushuaia na Ziemi Ognistej do Prudhoe Bay na Alasce, więc kiedy pojawiła się możliwość transportu motocykla do Ameryki Płd. natłok myśli, ekscytacja i bezsenność stały się moimi nieodłącznymi towarzyszami życia.

więcej »

Pod niebem Patagonii

Motocykle

Po 40 mi „odbiło”. Poczekałem jeszcze trzy lata, kiedy mojej żonie „odbije” i na fali odbić namówiłem ją na wspólną wyprawę motocyklową… w sumie pierwszą motocyklową wyprawę w naszym życiu.

więcej » 2

Motocyklowa randka w… Kapadocji

Motocykle

Wyobraź sobie, że kobieta poznaje mężczyznę przez aplikację randkową i nagle dowiaduje się, że jeździ on na motocyklu. No trudno, takie życie. I chociaż nigdy wcześniej nawet nie siedziała na dwukołowej maszynie z silnikiem, daje się zabrać na randkę do… Kapadocji.

więcej » 1

9 krajów w 9 dni

Motocykle

Dziewięć dni, dziewięć państw i dokładnie 3109 km. Tak w największym skrócie można by było opisać naszą podróż. Dla nas jednak było to coś dużo więcej. Podjęcie decyzji było proste ponieważ motory, czy raczej jak mówią motocykliści sprzęty są wielką pasją naszych mężów.

więcej » 4

Podążając śladami Dakaru 2015 cz.2

Motocykle

ARGENTYNA - BOLIWIA - CHILE - WYSPA WIELKANOCNA
Podróż do Chile 01,02,03.01.2015
Ostrava – Praga – Madryt – Santiago de Chile

więcej »

Podążając śladami Dakaru 2015 cz.1

Motocykle

ARGENTYNA - BOLIWIA - CHILE - WYSPA WIELKANOCNA
Podróż do Chile 01,02,03.01.2015
Ostrava – Praga – Madryt – Santiago de Chile

więcej »

Motocyklem na Cyklady czyli wakacje w Grecji

Motocykle

Grecja - kraj to piękny, ciekawy i pełen krętych dróg, po których deptają kozy i osły. No niby tak samo jest w każdym kraju na południu Europy, ale nas urzekła i oczarowała właśnie Grecja. Po objechaniu w latach poprzednich greckich wysp: Krety, Zakyntos, Kefalonii, Lefkady oraz trzykrotnie kontynentu greckiego, tym razem postanowiliśmy zaatakować na kołach naszego Intrudera odległe Cyklady.

więcej »

Biznesmeni na Rajdzie Dakar

Oni nas inspirują

Dakar – legendarny, najtrudniejszy na świecie rajd cross country. Prawie 9400 km tras, w tym ponad 5200 km odcinków specjalnych. Wyniszczający ludzi i sprzęt – do mety dojeżdża mniej więcej połowa pojazdów i rzadko zdarza się, by na trasie ktoś nie zginął. Poza ścisłą czołówką rajdowej elity toczy się walka amatorów, którzy inwestują własne pieniądze by przeżyć przygodę życia. Wśród nich szef sieci aptek, właściciel sieci pralni czy prezes firmy budującej centra handlowe.

więcej »

Wzór sportowca i człowieka

Oni nas inspirują

„Jeśli masz iskrę, fantazję i motywację do walki, to wiek nie jest przeszkodą, jak w innych sportach. A wręcz pomaga, ponieważ im jesteś starszy, tym masz większą rutynę” – to dewiza 44-letniego Amerykanina Grega Hancocka, który nie tak dawno sięgnął po trzeci tytuł mistrza świata na żużlu.

więcej »
array(15) { [0]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1999" ["slug"]=> string(11) "bhutan-2014" ["dont_use_tags"]=> string(32) "autorytet , awans , ciało , cel" ["title"]=> string(11) "Bhutan 2014" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(667) ""Jest coś tajemniczego we wszystkim, co jest związane z podróżą, tym symbolem życia, gdyż nawet ci, którzy siedzą na miejscu, wciąż przecież dokądś dążą i szukają czegoś, i nigdy nie są pewni jutra." - bardzo trafne ale nie moje. To słowa prekursora polskiego reportażu podróżniczego, Wacława Sieroszewskiego. Również jechał na Daleki Wschód. Rownież w doborowym towarzystwie, którym był znany podróżnik Bronisław Piłsudski brat naszego Marszałka. Zasadnicza różnica między naszymi wyprawami to fakt że ja jadę dobrowolnie a Sieroszewski był mocno "namawiany" przez carską ochranę. Raczej nie miał możliwości odmówić." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(38577) "

Wstęp

Za tydzień nadejdzie ten od kilku miesięcy oczekiwany dzień. Ruszamy do Bhutanu. Muszę powiedzieć że od razu pomysł tej wyprawy bardzo mi się spodobał. Chciałem osobiście sprawdzić które z wyobrażeń o Bhutanie funkcjonujących w świecie jest prawdziwe. Czy jest to raj na ziemi czy kraina całkowicie odizolowana od świata? A może jedno i drugie albo żadne z nich? Zobaczymy :-)

[article_adv]A tak prawdę mówiąc to najbardziej intryguje mnie odpowiedź na pytanie: „ jak udało się przeprowadzić ten kraj i jego społeczeństwo w tak krótkim czasie z epoki feudalizmu do czasów współczesnych z zachowaniem niezwykłego piękna przyrody, nieskażonego środowiska, wspaniałej architektury i żywej kultury duchowej?” Przecież dopiero w 1956 roku zniesiono niewolnictwo!! Jak mądry musiał być władca któremu udało się w prawie bezkonfliktowy sposób przygotować swój naród na spotkanie, żeby nie powiedzieć zderzenie, z konsumpcyjnym światem?

Jaki wpływ na to miała wymyślona przez owego władcę filozofia rządzenia mierząca postęp kraju poziomem szczęścia narodowego brutto. Może to jest odpowiedź na ewidentnie bankrutująca filozofię mierzenia rozwoju i postępu za pomocą produktu krajowego brutto.

Mam nadzieję że dwutygodniowy pobyt przybliży mnie a przy okazji wszystkich śledzących moje relacje do odpowiedzi na postawione powyżej pytania.

Jednocześnie cieszę się że będę miał możliwość połączenia dwóch swoich pasji czyli jazdy na motocyklu i podróżowania. Bhutan był przez setki lat niedostępnym odciętym od świata krajem nie z przyczyn politycznych lecz tylko i wyłącznie z przyczyn geograficznych. Do dzisiaj sieć drogowa praktycznie nie istnieje. Dlatego najlepszym wręcz wymarzonym środkiem przemieszczania się po Bhutanie jest motocykl. Na szczęście jedyne 10 sztuk KTM-ów LC4 Adventure dostępnych w tej części Azji jest do naszej dyspozycji :-).

Zapraszam wszystkich na wspólne zgłębianie Tajemnic Królestwa Grzmiącego Smoka.

Druga różnica to czas podróży. Oni podróżowali podczas mrozów nas jak widać czeka piękna pogoda.

Przelot

Jestem już po odprawie. Dojazd do Warszawy zajął mi nieco ponad trzy godziny i to bez szaleństw po drodze. Ostatnio złapali mnie na A4 i wlepili 10 pkt więc muszę uważać :-).

Co prawda tylko do połowy maja bo zapisałem się na kurs anulujący 6 pkt. ale na razie trzeba zbastować.

Teraz dwa dni w drodze :-(. Głownie samolotami więc trzymajcie za nas kciuki. Jak już wylądujemy na ziemi pod granicą z Bhutanem będzie lepiej.

Niestety dopadła mnie gorączka podróży i prawie nie spałem. Nie pozostaje nic jak kupić coś na lekkie "znieczulenie" i udać się w objęcia Morfeusza. Do Dohy osiem godzin lotu więc jest trochę czasu na relaks.

A oto moja trasa na najbliższe dwa dni.

Dzień 1

[ext_img=s]2325[/ext_img]

Dzisiejszy dzień nie zaczął się najlepiej. Po dwóch dniach spędzonych w podróży pięć godzin snu to zdecydowanie za mało. Obudziłem się nieprzytomny i nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Ale jakoś zwlokłem się na śniadanie. Po śniadaniu motocykle już czekały przed hotelem. Wsiedliśmy na nie i od razu zaczęła się wspinaczka.

Teraz dopiero zrozumiałem co to znaczy geograficznie niedostępny kraj. Droga od Indii do Bhutanu przez 80 km wiedzie serpentynami. Maksymalna prosta to 50 m. Szerokość taka że dwa auta mają problem żeby się wyminąć. Na szczęście my na naszych KTM-ach możemy korzystać z pobocza :-). No i najważniejsze czyli widoki. Po drodze oczywiście obowiązkowy lunch. Pyszny oczywiście :-). Po lunchu wychodzimy przed restauracje a nasze sprzęty ustawione jak pod sznurek. Dziwimy się po raz pierwszy i ostatni. Pózniej stwierdzimy że taki jest standard naszej obsługi :-)

W sumie przejechanie 160 km zajmuje nam siedem godzin. Nikt z nas wcześniej nawet nie przypuszczał że może to tyle trwać. Po siedmiu godzinach dojeżdżamy do Paro. Najpierw wizyta w jednym z trzech muzeów narodowych Bhutanu. Jak to my, starzy globtrotterzy zwykliśmy mowić "jaj nie urywa ale zwiedzić trzeba".

Po drodze jeszcze znajdujemy czas żeby odwiedzić Dzong w Paro. Zdecydowanie ciekawsze doznania.

Przed kolacją mamy zafundowany kurs strzelania z łuku. Ostatecznie to narodowy sport hutańczyków :-). Wyników nie mamy super ale trup ściele gęsto i ogólnie jest bardzo wesoło.

Na koniec ładujemy w najstarszym hotelu w Paro. Warunki super. Dwuosobowe bungalowy i bardzo dobra kuchnia. Gorzej z internetem ale to nadrobię jutro.


Dzień 2

[ext_img=s]2326[/ext_img]

To już drugi dzień naszego pobytu w Bhutanie. Wstaje się już zdecydowanie lepiej. Jednak śniadanie o 6.30 to zdecydowanie dla mnie za wcześnie dlatego rezygnuję z niego żeby trochę dłużej pospać i spokojnie spakować rzeczy. Przed hotelem wita mnie rząd pięknie ustawionych KTM-ów. Powoli przestaje mnie to dziwić :-)

Wsiadamy na moto i ruszamy przed siebie. Rano zawsze najważniejsze jest żeby wjechać na lewą stronę jezdni. Pózniej już jakoś się pamięta. Myślałem że ruch lewostronny sprawi mi większy kłopot :-)

Dzisiejszy główny punkt programu to Tygrysie Gniazdo. Chyba najbardziej znany i obfotografowany zabytek w Bhutanie. Jedyny minus tego przedsięwzięcia to sześciokilometrowe podejście o przewyższeniu 500 m. Wjeżdżamy na wysokość 2700 m.n.p.m. a wejść musimy na 3200. Trzeba przyznać że jest to niemały wysiłek ale warto.

[article_adv]

W połowie drogi robimy przerwę na kawę i fotki. Nie wiadomo co bardziej podziwiać. Pojawiający się w oddali klasztor czy pięknie kwitnące rododendrony. Wykorzystujemy ten krótki moment przerwy żeby się spotkać wić razem kawę i zrobić fotkę grupową przed atakiem na szczyt. Kto wie czy się jeszcze spotkamy w tym gronie :-)

Oczywiście i tutaj znajdziemy mięczaków korzystających z pomocy biednych zwierzątek. My oczywiście wspinamy się o własnych siłach. W końcu ostatnia platforma widokowa z której robię zdjęcia klasztoru takie jak we wszystkich wydawnictwach reklamowych. Jednak różnica jest zasadnicza te są MOJE!!!

Po zwiedzeniu Tygrysiego Gniazda zaczynamy powrót. Po jakimś czasie wszyscy meldują się na dole i jedziemy do stolicy Bhutanu - Thimphu.

Musimy zaliczyć oczywiście największy pomnik jakiegoś tam bożka. Bożka nie pamiętam a najwiekszych pomników jest kilka na świecie. Pózniej zajeżdżamy w odwiedziny do zwierzątka nazywanego Takinem. Podobno bardzo ważny ale moim zdaniem Magda w towarzystwie pieska i kózki stanowiła ciekawszy widok niż Takin który odwrócił się do nas tyłkiem.

W tym momencie bardzo usatysfakcjonowani udaliśmy się na zakupy i piwo. I to by było na tyle w dniu dzisiejszym.

Dzień 3
Timphu - Punakha 100 km

[ext_img=s]2327[/ext_img]

Dzisiejszy dzień zapowiadał się bardzo interesująco. Najpierw bardzo sprawne pakowanie przed hotelem. Nie muszę dodawać że KTM-y czekają w rządku. Ola z Samborem zaplanowali super atrakcje. Można powiedzieć że aż za dużo jak na jeden dzień :-). Jednak nie byłbym sobą gdybym nie dołożył czegoś od siebie. Ale po kolei.

Pierwszy punkt programu przełęcz Chodula. Droga do niej wiodła bajecznymi serpentynami które odprowadzały nas do motocyklowej euforii. Niektórzy mieli nawet problem z okiełznaniem tej euforii, ale o tym pózniej. Teraz jesteśmy na przełęczy która słynie ze słynnego bhutańskiego monumentu zwycięstwa w formie 108-iu czakarów. Zwycięstwo to miało miejsce nad partyzantką indyjską, a bardziej indyjskimi rzezimieszkami którzy zrobili sobie z Bhutanu bazę wypadową do swoich ekscesów na terenie Indii. Sam Król stanął na czele "armii" i pożegnał łobuzów. Ponieważ armia bhutańska okupiła to zwycięstwo wielką daniną krwi w postaci czterech zabitych żołnierzy, na pamiątkę tego wydarzenia postawiono ten monument. Na dodatek z przełęczy rozpościera się wspaniały widok na najwyższe góry Bhutanu które stara się pokazać nam nasz cicerone. Proszę nie regulować ostrości, nam też nie udało się dostrzec tych gór. Ale kierunek jak najbardziej właściwy :-).

Następny punkt programu to kawa, herbata w restauracji na przełęczy. Poczęstowano nas herbatą przyrządzaną na sposób bhutański. Świństwo nieprawdopodobne. Na dodatek chyba właśnie ta herbata, jak stwierdził Sambor, stała się przyczyną dodatkowych atrakcji jakie zafundowałem grupie. Mając ciągle jeszcze w ustach smak tego świństwa nie mogłem skoncentrować się wystarczająco na jeździe. W jeden z zakrętów wszedłem trochę za szybko i trochę za szeroko. W sam raz na czołówkę z "Tatą". To takie duże indyjskie ciężarówki. Nie muszę dodawać że oczywiście nie miała ona prawa znaleźć się w tym miejscu akurat o tej porze. Niestety na dyskusje było już za późno. Jedyne co mi pozostało to puścić bike'a i próbować samemu nie wtoczyć się pod ciężarówkę. Uff, udało się. Motocykl został przez "Tatę" przemielony, mnie oszczędził :-). Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to to że będę resztę wyprawy odbyć w towarzyszącym nam Hiluxie. Horror. Na szczęście Ola była tak wspaniałomyślna że oddała mi swój motocykl a sama wsiadła z Samborem jako plecak. DZIĘKI !!!

Załadowanie KTM-a zabrało nam chwilkę. Tu wyszła na jaw moja przezorność. Dzięki temu że wybrałem na przeciwnika dużą ciężarówkę nie było problemu z transportem. Wystarczyło wrzucić moto na kipę i w drogę. Niestety straciliśmy dwie godziny ponieważ spóźniliśmy się 13 minut na przejazd. Drogi są tutaj w ogromnej większości w budowie i przejazd odbywa się w trybie wahadłowym.

Tak na marginesie to całe to wydarzenie nagrała Agata która jechała tuż za mną i oczywiście spisała się na medal. Niestety film ten został przez szefostwo ocenzurowany jako zawierający drastyczne sceny i nie można go udostępniać do czasu powrotu do kraju ze względu na zdrowie psychiczne rodzin uczestników :-) Jak tylko puszczono ruch pojechaliśmy w kierunku Punakhi, dawnej stolicy Bhutanu. Droga była w przebudowie i dostarczała nam masę przyjemności jazdy w piachu i błocie.

W Punakha oczywiście musieliśmy w pierwszej kolejności obejrzeć Dzong Punakha. Niesamowita budowla. Tak jak "Tygrysie Gniazdo" robiło wrażenie ze względu na swoją niedostępność tak Dzong Punakha powala architekturą, ornamentami i wspaniałą historią.

Tutaj właśnie odbywają się wszelkie uroczystości państwowe typu koronacja itp. Świadomość tego że Bhutańczycy już w XVII wieku wznosili tak piękne budowle zmusza nas do innego spojrzenia na to społeczeństwo.

Po postoju na kilka fotek pojechaliśmy obejrzeć klasztor w którym kształcą się mniszki. My tu podniecamy się jakimś "grnderem" a ojciec królowej matki już kilkadziesiąt lat temu wprowadził go tutaj fundując klasztor dla dziewcząt. Prosto z klasztoru udaliśmy się do hotelu gdzie jak zawsze powitano nas gorącą herbatą.

Bagaże oczywiście zaniesione do pokojów. Później kolacja a aktualnie buteleczka lokalnej whisky w intencji za moje ponowne narodziny:-).


Dzień 4
Punakha - Trongsa 168 km

[ext_img=s]2328[/ext_img]

Dzisiejsza relacja będzie trochę inna od poprzednich. Głównymi bohaterami będą przyroda i ludzie. Darujemy sobie przygody typu wczorajszej.

Ekipa jak zawsze super punktualna. Nie ma mowy nawet o minutowym spóźnieniu. To naprawdę wyjątkowe zjawisko. Wyjeżdżamy z gościnnego hotelu i udajemy się na wschód, bynajmniej nie w poszukiwaniu cywilizacji a raczej wręcz przeciwnie. Z każdym kilometrem na wschód przyroda staje się bardziej bujna, zieleń soczysta a zapach wprowadza nas w atmosferę dżungli. Dokładnie tak sobie wyobrażałem Bhutan. Rzeczywistość zaczyna pokrywać się z wyobrażeniem. Właściwie cały dzień to wielka frajda z jazdy. Sporo kawałków dróg bez nawierzchni. Można powiedzieć prawie offroad. A wszystko to w bajecznej scenerii niesamowicie zuelonych lasów, serpentyn wijących się wsród skał i wodospadów. Na poboczu albo na środku drogi pasące się Jaki. Czy może być piękniej? Pewnie będzie w następne dni :-). I jeszcze jedna uwaga. Nie ma lepszego środka lokomocji na zwiedzanie Bhutanu jak motocykl. Przy złej jakości a często wręcz braku dróg, korzystając z auta terenowego można w tym samym czasie zobaczyć połowę tego co na moto.

A teraz trochę chronologii. Po pierwszym odcinku tym najbardziej offroadowym zatrzymaliśmy się na herbatkę w klimatycznej restauracji. Herbatka jak herbatka ale ja najbardziej byłem zadowolony z fotki dwojga rowerzystów i z nowego penisa :-)

[article_adv]Po przerwie ruszyliśmy do doliny Phobjikha. Przed rozjazdem zrobiliśmy zbiórkę którą wykorzystałem na zrobienie kilku fotek. Najlepsza jest oczywiście Agaty. A tych dwóch mnichów z kolei zbiera siły na podejście do klasztoru. My rownież zwiedziliśmy klasztor który jest klasztorem innego odłamu buddyzmu. Muszę powiedzieć że jestem pod wrażeniem głębi wiary i jej żarliwości u Bhutańczyków. Wydaje mi się że wiara i oparcie w mądrym władcy dają im duże poczucie bezpieczeństwa i odrębności. Wpływa rownież na ich sposób bycia pełen godności ale przyjazny żeby nie powiedzieć przyjacielski. Niestety w żadnym z klasztorów czy dzongów nie wolno robić zdjeć. Dlatego tych wnętrz i modlących się ludzi nie zobaczycie. Chyba że przyjedziecie z ADVfactory do Bhutanu. Polecam :-)) Jak widzicie trzeba się nawet rozebrać od góry i od dołu, więc co tu mowić o fotografowaniu.

Ponieważ w środku nie można robić zdjeć zrobiłem kilka fotek na zewnątrz. Następny punkt programu to przełęcz Pelela na wysokości 3300 m n.p.m. Ponieważ z przełęczy wiodła dróżką jakieś kilkadziesiąt metrów w górę nie omieszkaliśmy z niej skorzystać. Sambor zfrunał na dół a my spokojnie zajechaliśmy.

Po drodze jeszcze jakaś stupa czyli mówiąc normalnie rodzaj budowli sakralnej. Mnie bardziej podobały się towarzyszące temu "okoliczności przyrody" oraz nowy patent Magdy na wysięgnik do GoPro. Myślę że jak wrócą do siebie Jacek zajmie się wnioskiem patentowym:-).

Pozostało nam do celu podróży już niewiele kilometrów. Ze względu na padający deszcz opuściliśmy sobie punkt widokowy na Dzong Trongsa i pojechaliśmy prosto do hotelu. Oczywiście jak zawsze powitała nas herbatka, wniesienie bagażów i nowość w postaci ciepłych wilgotnych ręczników. Ponieważ deszczowi towarzyszyło lekkie ochłodzenie, ciepłe rzeczniczki były jak najbardziej na miejscu. Na koniec pyszna kolacja, tradycyjnie whiskaczyk i pogawędki.

Dzień 5
Trongsa - Jakar 90 km

[ext_img=s]2329[/ext_img]

Prognoza pogody jaką nam zaserwował wieczorem nasz bhutański opiekun Dorji na szczęście się nie sprawdziła. Zamiast zimna i deszczu było ciepło i słonecznie. Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji i nie wypić kawy na tarasie z przepięknym widokiem na góry.

Tak na marginesie, to wybierając się do Bhutanu nie warto patrzeć na prognozy pogody. Sprawdziliśmy wiele prognoz i żadna nawet nie była zbliżona do rzeczywistości. Na dodatek potrafi się ona zmienić diametralnie z minuty na minutę. Pierwsza cześć dnia to zwiedzanie. Na pierwszy plan poszedł Dzong Trongsa. Największy i najbardziej niedostępny ze wszystkich dzongów. Umożliwiał w dawnych czasach kontrlę nad całym krajem. Ponieważdzongi od zawsze pełniły rolę zarówno administracyjną i religijną ich położenie miało bardzo istotne znaczenie. Co prawda pierwszy napotkany mnich nie wydawał się być uszczęśliwieni naszą wizytą ale dalej było zdecydowanie przyjemniej. Pózniej zwiedziliśmy jeszcze Muzeum Narodowe gdzie obok eksponatów mogliśmy obejrzeć film o Bhutanie.

Po części turystycznej nastąpiło to co zawsze jest przez nas najbardziej oczekiwane czyli jazda czyli jazda. Do Bumthangu mieliśmy tylko jakieś 80-90 km. ale w Bhutanie to nie jest mało. Szczególnie że musielismy wspiąć się na przełęcz Yutongla na wysokość 3400 m n.p.m. I zjechać do miasteczka Jakar na wysokości 2680 m n.p.m. gdzie mieści się nasz hotel. Całą drogę wykorzystaliśmy na rozkoszowanie się jazdą, robienie zdjeć i kręcenie filmów. Po drodze był jak zwykle lunch. Może niezbyt obfity ale nie taki zły żeby aż się modlić. Zjedliśmy go u Szwajcara u którego w hotelu będziemy dzisiaj i jutro nocowaći i który jest jednocześnie członkiem klubu motocyklowego BHUTAN DRAGONS MC. Widoki podczas lunchu przepiękne chociaż Sambor wydaje się być trochę znudzony :-). Po lunchu już w asyście Bhutan Dragons pojechaliśmy do Jakaru. Najpierw zawieźli nas do sklepu z wyrobami z wełny Jaka za niesamowicie małe pieniądze. Moja czapka o której zawsze marzyłem kosztowała 25 zł. Ze sklepu przeciągnęli nas piękną trasą do samego Jakaru. To chyba był najpiękniejszy dzisiejszy kawałek trasy. Na koniec dnia zaczęło padać czyli znowu mieliśmy szczęście:-)

Wieczór dostarczył nam również niesamowitych wrażeń. Zostaliśmy zaproszeni na kolację do Bhutan Dragon. Jeden z członków jechał na to spotkanie 14 godzin bez przerwy żeby dotrzeć na czas. Ja próbowałem się zabarykadować ale zostałem wywleczony siłą. Po lunchu wiedziałem już że chcąc niechcąc ze względu na swój wypadek będę "gwiazdą wieczoru" a jakoś nie marzyłem o takiej popularności w Bhutanie. Oczywiście film Agaty wzbudzał ogromne zainteresowanie a reakcje były dość burzliwe:-). Po części oficjalnej był wspaniały obiad i tort urodzinowy. W sumie cały wieczór był przesympatyczny ze wspaniałym jedzeniem. Mieliśmy rownież okazję skosztować z baniaczka bhutańskiego alkoholu. A na początek żeby nas odpowiednio uhonorować dostaliśmy po kieliszeczku polskiej żubrówki. Po imprezie razem "wyskoczyliśmy na miasto" żeby zobaczyć jak bawią się lokalesi.

Wylądowaliśmy w bhutańskim klubie karaoke. Było na co popatrzeć. Ponieważ kręciłem filmy i robiłem zdjęcia zostałem oddelegowany do pierwszego rzędu. Było miło :-). Niestety ze względu na to że jutro mamy kawałek offroadu około dwunastej wróciliśmy do hotelu i tak do końca życia nocnego i zwyczajów Bhutańczyków nie udało mi się zgłębić :-).

Przed snem zrobiliśmy jeszcze buteleczkę K5 i to by było na dzisiaj wszystko.


Dzień 6
Przejażdżka po okolicy

[ext_img=s]2330[/ext_img]

Dzisiaj pierwszy raz podczas całej wyprawy nie musimy się pakować ponieważ w planach mamy zwiedzenie dzongu dwóch świątyń i przejażdżkę po okolicznej dolinie. Zaczynamy od Dzongu Jakar pózniej najstarszej świątyni w Bhutanie i na koniec dla wielu Bhutańczyków najważniejszej świątyni gdzie Guru Rimpoche w wyniku długotrwałych medytacji zostawił odcisk swojego ciała a właściwie cielska biorąc pod uwagę jego rozmiar. Reasumując tę część dnia można powiedzieć że pobiliśmy rekord w zakładaniu i zdejmowaniu butów. Jak wiadomo jest to warunek żeby móc wejść do jakiegokolwiek miejsca w świątyni które jest związane z obrzędami religijnymi. Sambor, zdesperowany, oferował już naprawdę niezłe stawki za zdjęcie i założenie butów ale wszyscy byli tak zmęczeni że nie znalazł się chętny:-)

Po części oficjalnej jak zawsze przejażdżka. Na dzisiaj Ola z Samborem zaplanowali wypad na koniec doliny gdzie ze względu na fakt że droga jest szutrowa a na samym końcu wręcz offroadowa mało kto dociera. Było to widać po reakcjach zarówno ludzi jak i zwierząt które nie przyzwyczajone do ryku silników bardzo łatwo się płoszyły. Na koniec zwiedziliśmy święte miejsce Bhutańczyków Płonące Jezioro. Małe ale niesamowicie piękne.

To był taki trochę lajtowy dzień. Wróciliśmy do hotelu już ok. 16-tej. Czyli można ponadrabiać zaległości w kontaktach ze światem. Kącik wifi jak zawsze mocno oblegany. Jutro przed nami długa i podobno niebezpieczna droga więc trzeba się zrelaksować.

Dzień 7
Bumthang - Mongar, dystans 198 km

[ext_img=s]2331[/ext_img]

Dzisiaj w planach mieliśmy tylko jazdę. Co prawda to tylko 198 km ale w bhutańskich warunkach to cały dzień jazdy. Oznacza to że nie będzie świątyń i wielokrotnego wietrzenia skarpetek czyli wieczorem czeka nas pranie :-). Ale to wieczorem a najpierw trzeba było dojechać. Pogoda jak zawsze nam dopisała. Ranek co prawda bardzo rześki ale przecież to 2680 m n.p.m. więc nie ma się czemu dziwić. Szybkie tankowanie bo na wschodzie są problemy ze stacjami i ruszamy. Tak jak szybko ruszyliśmy tak samo szybko musieliśmy się zatrzymać ponieważ okazało się że z trzech KTM-ów cieknie paliwo. Nasz mechanik dość szybko sobie z tym poradził i zaczęła się wspinaczka. 93 km pod górę na wysokość 3750 m n.p.m. Krajobrazy nieprawdopodobne. Każdy jechał swoim rytmem co chwila zatrzymując się żeby popatrzeć i popstrykać zdjęcia. Droga oczywiście bardzo wąska i kręta. Obok drogi na ogół strome urwiska i jak zawsze sporo offroadu. Bhutańczycy mają ogromne problemy z utrzymaniem dróg w całości. Technologia budowy jest bardzo prosta, podbudowa mineralna i nawierzchnia bitumiczna. Podczas monsunowych osunięć nie ma szans wytrzymać. Dlatego dość często kończy się asfalt i zaczyna zabawa :-)

[article_adv]A jeżeli chodzi o przełęcz Thrumshingla na którą się wspinamy to w ogóle wielokilometrowy odcinek przed i za przełęczą jest to droga szutrowo-skalista. Jest podzielona na kilka odcinków przydzielonych różnym ekipom drogowym które na bieżąco usuwają uszkodzenia i starają się utrzymać przejezdność przez przełęcz. Było nie było to jedyna droga łącząca wschód z zachodem kraju. Zjeżdżając mieliśmy okazję zobaczyć taką ekipę w akcji. Koparka usuwała skał z drogi słuchając je w przepaść. Na szczęście trwało to tylko niecałą godzinę a nasz mechanik naprawiał pracujący na tym odcinku drogi kompresor :-)

Ale wróćmy do chronologii zdarzeń. Nasza radość po osiągnięciu przełęczy nie miała granic. Na ogół jest ona spowita mgłą tymczasem na nas czekał piękny widok na pasmo Himalajów i najwyższe ośnieżone szczyty Bhutanu. Jak na razie szczęście nam sprzyja pod każdym względem. Kilka kilometrów za przełęczą zjedliśmy lunch. Standard już zupełnie inny. Jednak wschód i zachód dzieli duża różnica w rozwoju. Najlepszym przykładem jest to że na zachodzie praktycznie każdy mówi biegle po angielsku a tutaj trudno kogoś takiego spotkać. Ale niedługo się to zmieni. Obowiązkowa nauka angielskiego od 5-go roku życia zrobi swoje. Tak,tak od piątego roku. Tak zaczynają naukę dzieci w Bhutanie i nie mają z tym problemu.

Po lunchu zaczął się zjazd. Od kilku dni byliśmy przestrzegani przez wszystkich przed tym ponoć najbardziej niebezpiecznym odcinkiem drogi w Bhutanie. Mówili o tym zarówno nasi znajomi z BHUTAN DRAGON, a nie wyglądali na strachliwych:-) jak i nasz przewodnik i mechanik. Wzięliśmy sobie te ostrzeżenia do serca i ruszyliśmy w drogę. Rzeczywiscie były one uzasadnione. Droga jak zawsze bardzo kręta. Wzdłuż drogi urwiska i na dodatek bardzo wąsko. Dwa auta jadące z naprzeciw nie mają szans się wyminąć. Muszą oba zjechać na pobocze o ile takie jest. Jeżeli nie muszą poszukać :-)). Po raz pierwszy zobaczyłem znak "nakaz trąbienia" przed każdym zakrętem i lepiej to robić bo może nam uratować życie. Oczywiście nie muszę pisać że znowu zatrzymywaliśmy się co chwilę ponieważ roślinność robiła się coraz bardziej bujna wręcz tropikalna. Odczuwało się zwiększoną wilgotność w powietrzu. Tak zjechaliśmy do małego miasteczka na wysokości 600 m n.p.m.

Oznacza to że zjechaliśmy 3150 km w dół. Mój najdłuższy zjazd w życiu. Pózniej pozostało nam tylko wspiąć się 900 m górę do celu dzisiejszego dnia - miasteczka Mongar. Kolejne 30 km pięknej drogi i jesteśmy w hotelu. Widać że to dużo biedniejszy region ale hotel jak zawsze bardzo dobry. Jak zawsze powitała herbatka i bagaże w pokoju. Można się zrelaksować i przeżyć jeszcze raz cały dzień.


Dzień 8
Mongar - Trashigang, dystans 92 km

[ext_img=s]2332[/ext_img]

Jezu ale się wyspałem. Pełne osiem godzin, coś pięknego. Wyjazd o 10-tej więc spokojnie jest czas na wszystko. Pakowanie super sprawne jak zawsze, motocykle ustawione pod linijkę, jak zawsze :-). Pora ruszać. Byliśmy nastawieni na dzień , po wczorajszym dniu, bez wrażeń a tu wręcz przeciwnie. Droga z Mongaru do Trashigang nie jest ani mniej piękna ani mniej niebezpieczna. Ale dlaczego miałoby być inaczej. W Bhutanie żeby dojechać z punktu A do punktu B zawsze trzeba zjechać na dół żeby pózniej wspiąć się w górę. Innej opcji nie ma. A każda droga u szczytu gór wiedzie wzdłuż przepaści i urwisk. I prawdopodobnie jeszcze długo tak będzie. Oczywiście w dzisiejszym świecie wielkich ponadnarodowych korporacji i banków bez problemu pieniądze na budowę infrastruktury drogowej by się znalazły. Jednak Bhutan świadomy zagrożeń jakie niesie za sobą globalizacja próbuje się przed nią bronić pewną formą izolacjonizmu. Oby im się udało. Dla nas motocyklistów to istny raj i oby pozostał nim jak najdłużej.

Oczywiście nie muszę dodawać że widoki były nieprawdopodobne. O zapachu tropiku nie wspomnę bo nie mam go jak nagrać :-).

Wszędzie oczywiście spotykamy wspaniałych ludzi. W Bhutanie to norma. Tak zjeżdżając w dół docieramy na dno doliny wzdłuż której płynie piękna rzeka. Sambor znajduje dojazd kawałkiem offu i za chwilę chodzimy zmęczone ciała w nurcie rzeki. Za chwilę Dorji i Gogo dojeżdżają z lunchem i jest niesamowicie bajecznie oraz bardzo wesoło.

Po lunchu znów zaczynamy na zmianę wspinać się i zjeżdżać aż do samego Trashigangu. Tuż przed miastem znów trafiamy na osuwisko skalne i czekamy aż koparka je uprzątnie.

[article_adv]Po pokonaniu przeszkody Piotrek łapie gumę. Ponieważ jego KTM ma z przodu dawie tarcze a na aucie serwisowymsą tylko zapasy z jedną tarczą nasz mechanik Gogo wpada na genialny pomysł. Dojedzie na tym flaku kilka kilometrów do wulkanizatora. Pomysł sam w sobie może nie najgorszy tylko Gogo jak to ma w zwyczaju odkręcił manetkę na full i wyglebił. Nie zraził się tym jednak i mimo prób Sambora odpalił jeszcze raz maszynę i na pełnym gazie dojechał do serwisu. Niezły kozak, może niezbyt rozsądny ale odważny. My Polacy lubimy takich :-) Po tym incydencie podążyliśmy do jedynej w dniu dzisiejszym świątyni. Ze względu na bliskość Tybetu dają się zauważyć ornamentyki o charakterze tybetańskie. Jest bardzo czysto, schludnie i kolorowo.

Ze świątyni jedziemy prosto do hotelu. Podjazd to prawdziwy offroad. Mnie dwa razy gaśnie silnik. Mam z nim problemy cały dzień. Melduję o tym Gogo który jest naszym mechanikiem. Gogo odpala maszynę, jedzie na kole przed hotelem i wyglebia drugi raz. Na dzisiaj wystarczy. Hotel super, nowowybudowany. Pięknie położony. Jednak mnie nie przestaje nurtować myśl że to nowe za bardzo odbiega od starego. Obym się mylił. Chciałbym żeby zostało na tym świecie jak najwięcej takich miejsc.

Dzień 9
Trashigang - Yangtsi - Trashigang; dystans 104 km

[ext_img=s]2333[/ext_img]

Dzisiejszy ranek zapowiadał piękną i gorącą pogodę. Dlatego zostawiliśmy podpinki, czy inne ciuchy i ruszyliśmy w drogę. Oczywiście jak zawsze serpentyny nad przepaścią, oczywiście jak zawsze roboty drogowe z offroadem. Dzień jak co dzień. Dzisiaj Ola nam nie darowała i w planie były dwa klasztory. W każdym Guru Rimpoche obiwiązkowo i jeszcze ten drugi ale zapomniałem jak się nazywa. W pierwszym klasztorze Dorji wdrapał się na śliską od deszczu skałę ponieważ zaczęło padać. Muszę przyznać że wspinaczka nie była łatwa ale warta zachodu. W tym momencie Dorji znalazł się o jeden poziom bliżej nieba razem z Guru Rimpoche, oczywiście:-). Jacek z Samborem zajęli się bardziej przyziemną rozrywką czyli dźwiganiem kamienia. Udało się i liczne potomstwo zapewnione.

W drugim klasztorze rownież złożyliśmy hołd Guru Rimpoche i na dodatek zjedliśmy lunch ponieważ zaczęło mocno padać i plener podobny do wczorajszego nie wchodził w grę. Po dojechaniu do Yangtsi stwierdziliśmy z "Wujem" że zaczyna padać, robi się zimno i czas wracać do hotelu. Niestety musieliśmy jechać bardzo wolno. Śliska nawierzchnia i głazy leżące na drodze zmuszały do wyjątkowej ostrożności. Swoją drogą jeżeli takie małe opady doprowadziły do pojawienia się takiej ilości skał i kamieni na drodze to co musi się dziać w porze monsunowej ? Trudno sobie wyobrazić. Niestety spóźniliśmy się i trafiliśmy na blokadę drogi spowodowaną oczywiście robotami drogowymi. Niestety Guru Rimpoche nie wysłuchał naszych modłów i musielismy czekać prawie dwie godziny.

Zmarznięci i mokrzy dotarliśmy do hotelu. Końcówka podobnie jak wczoraj off:-) Gorący prysznic postawił mnie na nogi i bardzo dobrze ponieważ czekał nas jeszcze najważniejszy punkt programu czyli kolacja urodzinowa Oli. Było bardzo miło, tort pyszny. Dostałem nawet jeden kawałek na jutro. Mam nadzieję że nasz prezent spodobał się Oli.

Kolacja jednak nie trwała zbyt długo ponieważ jutro przed nami ładny kawałek jazdy.


Dzień 10
Trashigang - Samdrup Jonkhar; dystans 178 km

[ext_img=s]2334[/ext_img]

To już ostatni dzień naszej wyprawy, niestety. Musimy dojechać do granicznego miasta Samdrup Jonkhar gdzie zostawiamy motocykle. Pózniej Gogo i Dorji załadują je na ciężarówkę i zawiozą je do Puentsoling skąd zaczynaliśmy wyprawę. Trzy dni jazdy. Niestety był to jedyny, dla mnie kiepski dzień jazdy. Już wczoraj czułem się nie najlepiej. W nocy pociłem się jak mysz a tutaj droga, która przez jakieś 100 km jest albo w budowie albo są to resztki asfaltu. Teraz nie dziwię się że nie mogłem jej znaleźć na żadnej mapie.

Na początku mieliśmy trochę szczęścia, ponieważ zaczęło strasznie lać ale w czasie lunchu. Ja akurat w tym momencie miałem kryzys,poczułem się paskudnie i nawet zastanawiałem się czy nie przesiąść się do auta, a to już byłaby totalna porażka. Na szczęście po lunchu przestało padać i postanowiłem kontynuować jazdę. Dopiero jakieś 40 km przed celem zaczęła się szeroka asfaltowa szosa. Pierwsza taka w Bhutanie. Jeszcze nie zdążyliśmy pomyśleć jak szybko i z jaką przyjemnością śmigniemy a tu z nieba luneło. Drogę spowiła mgła i musieliśmy wrócić do typowej dla Bhutanu prędkości 30 km/h. Całe szczęście że moja Rukka, co wiem od dawna, jest w stu procentach nieprzemakalna. Rękawice Helda też, co w przypadku rękawic nie jest często spotykaną cechą. O buty Daytona nie martwiłem się wcale bo nie jeden raz zdarzało mi się już brodzić w jakimś strumyku.

W ten sposób zmęczony ale suchy dotarłem na ostatni w Bhutanie punkt kontrolny. Ostatnia odprawa i wreszcie można rozprostować kości w hotelu. Ponieważ jest to miasteczko graniczne a nie turystyczne to standard hotelu niezbyt wysoki ale dla mnie jak jest ciepła woda i łóżko to jest super.

[article_adv]Z całej dzisiejszej drogi jedyne przyjemne doznanie to wizyta u mnicha, znajomego Oli. Ola podczas swojego pierwszego pobytu w Bhutanie została przez niego przyjęta i przenocowana w klasztorze. Okazało się że dzisiaj mnich jest przełożonym tego klasztoru. Po raz pierwszy mieliśmy okazję przebywać w klasztorze jako goście nie jako turyści i tę różnicę dało się odczuć. Przyjazność i uprzejmość w tym przypadku była już przesunięta do granic naszych europejskich wyobrażeń. Oczywiście na koniec okazało się że nasz mechanik Gogo rownież zna bardzo dobrze wielebnego. Ale dlaczego miało by nas to dziwić skoro Gogo jest mechanikiem samego Króla i naprawia jego wszystkie cztery motocykle:-)

Po wypakowaniu bagaży ostatnie spotkanie na tarasie i później ostatnia wieczerza w iście królewskim towarzystwie lokalnej whisky K5. Nazywam ją królewskim towarzystwem ponieważ jej nazwa to skrót od King 5. W Bhutanie do określenia króla głównie używa się ich numeru w kolejności. Obecny król jest piątym królem, stąd King 5 czyli K5. Towarzystwo skąd inąd, wyśmienite:-)

Podczas ostatniej wieczerzy która z natury ma wymiar smutny a nawet wręcz filozoficzny dotarła do nas bardzo przykra wiadomość. Musimy opuścić hotel o szóstej rano mimo że lot z Guwahati mamy dopiero o 16.15 a droga to maksymalnie trzy godziny jazdy. Przyczyną są jakieś rozruchy w sąsiadującym z Bhutanem stanie Assam. Tym od herbaty oczywiście. Jeżeli wyjedziemy o szóstej to jest szansa że "rozruchowcy" po ciężkim dniu pracy i nocnym chędożeniu nie zdążą się obudzić i uda nam się przemknąć po cichu przez nieprzyjazny nam tym razem Assam. W tym celu musimy iść wcześnie spać:-( Dobranoc

Powrót

Zgodnie z wczorajszą umową wszyscy podobnie jak przez całe dwa tygodnie punktualnie 5.45 byli przygotowani do drogi. Po kawie podrzucono nas lokalnym transportem na granicę gdzie przesiedliśmy się w podstawione trzy samochody. Całe szczęście że były trzy. Poprzednio z lotniska podstawione dwie Toyoty zabrały nas bez problemu ale bagaż jechał na dachu. Dzisiaj przy ciągle mocno podającym deszczu mogłoby być kiepsko z naszym bagażem. Na granicy pożegnaliśmy się z naszymi bhutańskimi opiekunami. Mieliśmy szczęście. Obaj byli bardzo sympatyczni i bardzo starali się żebyśmy wywieźli jak najlepsze wspomnienia. Gogo, który naprawdę świetnie jeździ, zaliczył dwa szlify żeby nam się nie nudziło. Tak prawdę mówiąc w dzisiejszym świecie Facebooka żadne znajomości nie umierają na zawsze. Dzięki temu będziemy mogli śledzić co się u nich dzieje ciekawego :-).

Podróż na lotnisko przebiegła bez ekscesów. Dotarliśmy około 9.30. Po śniadaniu,w które zostaliśmy wyposażeni w hotelu i po whisky K5 oczywiście, w którą wyposażyliśmy się sami, już po niecałych siedmiu godzinach czekania odlecieliśmy do Delhi. Nie muszę mowić że znów jako jedyny musiałem zapłacić nadbagaż. Widocznie moje rzeczy motocyklowe są cięższe niż innych bo nie widzę innego wytłumaczenia:-).

W Delhi przed nami było długie oczekiwanie na lot do Dohy. Na szczęście Ola z Samborem wpadli na świetny pomysł na i zarezerwowali dla naszej resztki pozostającej dłużej w Delhi nocleg w hotelu. Z przejazdem z i na lotnisko wyniosło to 40 USD. Dzięki temu mogliśmy przespacerować po zaułkach Delhi skosztować tutejszych momosów, wypić doskonały sok ze straganu i jeszcze przespać cztery godziny i wziąć prysznic.

O 3.00 w pełnej gotowości czekaliśmy na taksówkę. Podczas odprawy okazało się że zabrakło miejsc w samolocie i zaoferowano Oli, Samborowi i mnie podróż w klasie biznesowej. Po krótkim wahaniu zgodziliśmy się i wylądowaliśmy w kapsule business Dreamlinera :-)). Komfort nieprawdopodobny. Na początek gorący ręczniczek-poczułem się jak w Bhutanie. Później pyszne śniadanko, doskonała kawa z ekspresu i można było wykorzystać w pełni jedno z dziesięciu zaprogramowanych ustawień fotela. Po przebudzeniu napoje, drinki i szczoteczki do zębów do dyspozycji w toalecie. sześć godzin lotu minęło bardzo miło :-). Na szczęście w Doha mielismy bardzo krótki transfer i już po dwóch godzinach siedzieliśmy w samolocie do Warszawy gdzie znaleźliśmy się po kolejnych sześciu godzinach bezproblemowego lotu.

I to już koniec fantastycznej wyprawy zorganizowanej wspólnie przez Bhutanadventura (Ola) i ADVfactory(Sambor)

Grzegorz Malicki

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458490259" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1999" ["visits_counter"]=> string(4) "7850" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [1]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1998" ["slug"]=> string(26) "afryka-zachodnia-2016-cz-2" ["dont_use_tags"]=> string(0) "" ["title"]=> string(27) " Afryka Zachodnia 2016 cz.2" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(62) "Tysiące kilometrów po czarnym, ale jakże kolorowym lądzie." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(15241) "

Dzień dwudziesty drugi. Diema - Kifa
Dystans 396 km

[ext_img=s]2321[/ext_img]

Jak zawsze gdy śpimy na dziko szybko się zbieramy do drogi. Tak też jest i dziś. Jeszcze tylko dopompowanie koła. Jestem zdziwiony jak ten kilkuletni malec wszystko ogarnia. Nawet kompresor. I za chwilę jesteśmy na granicy z Mauretanią. Jest to najbardziej irytująca granica. Trzeba za każdym razem wykupić nową wizę. Co prawda jest ważna 30 dni ale uprawnia do jednokrotnego przekroczenia granicy. Cwani mauretańscy Arabowie szybko się zorientowali że praktycznie cały tranzyt z Europy do Afryki jedzie przez Gibraltar i musi, chciał czy nie chciał przejechać przez Mauretanię. Praktycznie nic tam nie ma tylko "piach, suchy piach" wciskający się w każdą szparę.

[article_adv]

I za tę wątpliwą atrakcję każą sobie za każdym razem płacić 120 €. Horror !!! Na dodatek pogranicznicy nie potrafią znaleźć stempla potwierdzającego nasz wyjazd za pierwszym razem. A to już tutaj poważne wykroczenie. Wynika to z faktu że jechaliśmy offem przez taką wieś której nawet oni nie znali. W końcu dali się przekonać. Ale i tak wszystkie formalności trwają ponad dwie godziny w 34-o stopniowym upale i ani skrawka cienia. W końcu około południa udaje nam się wjechać do Mauretanii. Wszyscy, a szczególnie Eryk, jesteśmy przekonani że w pobliskim dużym mieście zatankujemy benzynę. Duże miasto to oczywiście duża ilość bud i lepianek ale zawsze to duże. Dojeżdżamy na pierwszą stację i dowiadujemy się że najbliższa stacja z benzyną jest całkiem niedaleko, 215 km stąd. Super.

W tym momencie podjeżdża jakiś arab rozklekotanym oczywiście mercedesem i prosi żebyśmy pojechali z nim. Nie mamy wyjścia mimo że czujemy się dosyć nieswojo. Szczególnie gdy zajeżdżamy na podwórko gdzie stoją cztery Land Cruisery a w środku lustruje nas niezbyt sympatyczny ochroniarz. Na szczęście gospodarz jest bardzo miły. Wykształcony w Anglii więc mówi doskonałą angielszczyzną i tłumaczy nam że w Mauretanii wszyscy jeżdżą dieslami więc rzadko gdzie bywa benzyna. Może nam jutro posłać kogoś do Mali a my czekając możemy skorzystać z jego pełnej gościny włącznie z wiktem i opierunkiem. My jednak dziękujemy za tę hojność i postanawiamy z naszym kierowcom szukać dalej. Ale nawet on ma z tym problemy. Ciągle gdzieś dzwoni jeździmy w różne miejsca i udaje nam się zebrać, po wielkich bólach, 30 L benzyny. Z pewnością jest to najdroższa benzyna jaką kiedykolwiek kupiłem.

Ale przynajmniej wiemy że wczorajsze alarmistyczne SMS-y Ernesta żebyśmy zabrali wachy na 500 km i jeszcze dolali na granicy z butelek były mocno przesadzone.

My, jak na prawdziwych łowców przygód przystało, wjechaliśmy do Mauretanii prawie z pustymi bakami. I co drogi Ernesto ? Twoja przepowiednia nie sprawdziła się. Bo w Mauretanii pogoda jest dla wszystkich a benzyna rownież jest ale tylko dla bogaczy.

Zatankowani za taką cenę czujemy jakby w przewodach przelewał się 100-oktanowy Shell. A licznik zasięgu zamiast maleć ciągle rósł. Przynajmniej tak mi się zdaje Po tych wszystkich perypetiach docieramy do Kify bardzo późno mimo że przejechaliśmy tylko 400 km. Dlatego zatrzymujemy się przed pierwszym hotelem i nie bacząc na towarzystwo karaluchów i ogólnie panujący bród postanawiamy zostać. Mamy swoje śpiwory a wodę do mycia zębów kupi się w sklepie naprzeciwko. Tylko jeszcze taka mała dygresja i kończę. Wielu czytających, widząc słowo hotel wyobraża sobie coś takiego jak u nas albo przynajmniej coś podobnego. Nic bardziej mylnego. Nie w Afryce. Tutaj hotel często oznacza tylko dach nad głową, byle jakie łóżko,brak pościeli, wodę nie zawsze ciepłą i na ogół klimatyzację. O jakiejkolwiek higienie nie ma nawet mowy. Ale my jesteśmy tak zmęczeni że jest nam wszystko jedno. Wsuwam się cały do śpiwora żeby odgrodzić się od wszystkich żyjątek które mogłyby mieć na mnie ochotę. Nie będę im ułatwiał życia. Zasypiając zdaję sobie sprawę że właśnie po przejechaniu prawie 8 000 km zamknęliśmy naszą Wielką Afrykańską Pętlę. To właśnie tutaj 18 dni temu skręciliśmy offem na Mali. Od jutra wracamy do Dakhli po swoim śladzie. Wielce usatysfakcjonowany zasypiam.

P.S.

Eryk pozbył się karaluchów pozbawiając je życia. Nie było innego wyjścia.

Dzień dwudziesty trzeci. Kifa - Nawakszut
Dystans 735 km

[ext_img=s]2322[/ext_img]

Dzisiaj wyjątkowo nam się nie śpieszy. Mamy tylko do przejechania 610 km po całkiem dobrych drogach. Nie spodziewamy się żadnych niespodzianek. Zatankowani jesteśmy pod korek:-) Jednak hotel jest tak odpychający że opuszczamy go najszybciej jak to możliwe. Zaraz za Kifą mamy przedsmak tego co nas czeka. Wiatr wieje w sposób niewyobrażalny. Patrząc na jadącego przede mną Tomka aż mi się chce śmiać jak widzę jak próbuje utrzymać motocykl pod kątem 45 stopni. Pewnie z punktu jadącego za mną Eryka wyglądam równie śmiesznie

Na dodatek czuję że gdyby nie zapięcie to wiatr zerwałby mi kask z głowy. Ponieważ dookoła jest tylko piach mamy do czynienia z prawdziwą burzą piaskową. Efekt podobny jak u nas zimą tyle że zamiast zasp śnieżnych tutaj występują zaspy z piasku. Ponieważ ten wiatr jest strasznie męczący wykorzystujemy pierwszą wioskę, trochę osłoniętą przez góry, na postój. Tomek zatrzymuje się przed sprzedawcą pieczywa. Chlebki są jeszcze ciepłe. Dokupujemy w pobliskim sklepie po jogurcie i mamy przepyszne śniadanko.

Teraz brzuszki pełne i można ruszać w drogę. Benzyną na razie się nie przejmujemy ale po przejechaniu 200 km zaczynamy się za nią oglądać. Niestety w każdym miasteczku otrzymujemy tę samą odpowiedź "no essence". Czyli że nie ma benzyny. Pocieszające jest to że wszyscy mówią że z pewnością zatankujemy w Alak. Dojeżdżamy do Alak i tutaj miny nam zaczynają rzednąć. Na żadnej stacji nie ma benzyny. Jeszcze mamy nadzieję ale okazuje się ona płonna. Benzyny nie ma. Gościu dzwoni i z radością oznajmia nam że sprawdził i za 150 km z pewnością zatankujemy. Tylko że my nie mamy szans tam dojechać. Cyrk. Przejechaliśmy już po tym kraju 550 km i oficjalnie na stacji nie znaleźliśmy nawet kropli benzyny. Trzeba kombinować. Eryk zabiera lokalesa z dwudziestolitrowym baniakiem i ruszają w miasto w poszukiwaniu paliwa. Niestety wracają za pół godziny na pusto. Tragedia.

Nie wiem jak to się udało ale jakimś dziwnym trafem dowiadujemy się że jest jedna stacja 60 km stąd tyle że pod granicą z Senegalem. Prosimy tylko żeby zadzwonił i dowiedział się na 100%. Jest. Nie zastanawiamy się nawet chwili. Rozlewamy szóstkę rezerwy z kanistra jedziemy i tankujemy. Do Nawakszut mamy tylko 320 km. Zrobimy to na strzała mimo nawet silnie wiejącego wiatru. Docieramy do hotelu w którym byliśmy trzy tygodnie temu. Nasi tu już byli ale zabrali tylko rzeczy i pojechali dalej. Znaczy, zobaczymy się dopiero w Dakhli. Na szczęście Eryk znajduje tu pozostawioną buteleczkę którą natychmiast rozpijamy. Myślimy o nabyciu następnej ale cena 80€ za litr skutecznie nas odstrasza. Trudno musi nam wystarczyć na dwa dni bo postanawiamy zrobić małą przerwę na odpoczynek. W sumie po 23-ch dniach na motocyklu chyba nam się należy.


Dzień dwudziesty czwarty i dwudziesty piąty
Nawakszut - Barbas Dystans 535 km

[ext_img=s]2323[/ext_img]

Delektujemy się słodkim lenistwem. Jakieś śniadanko i oczywiście internet. Praktycznie nigdzie nie chce nam się ruszać. Jest ciepło i sam fakt że nie musimy znów wszystkiego pakować na motocykle daje nam dużo radości. Tak nam upływa dzień. W końcu około 17-tej stwierdzamy że wypadałoby ruszyć dupska i coś zobaczyć. I to jest największy błąd w dniu dzisiejszym. Nasza oberża jest wybudowana w arabskim stylu czyli forteca. Dookoła mury a w środku patio. Po wyjściu natychmiast dostajemy się pod silne podmuchy wiatru które na dodatek niosą ogromne ilości piasku. To nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem. Eryk uparł się na pizzę więc idziemy z buta jakieś dwa kilometry w tej kurzawie. Eryk zamawia pizzę a my frytki. Wszystko jest ohydne. Lepiej było się nie ruszać z oberży Awkar. Na ten brud i dziadostwo przez miesiąc wystarczajaco się napatrzyliśmy. Na dodatek nasz gospodarz przywiózł krewetki i chciał nam je przyrządzić a my nie mamy już na nie miejsca. Frytki zapieczone w serze wypełniły każdą wolną przestrzeń w żołądku. Muszę wypić litr coli żeby dojść do siebie.

[article_adv]

Przypomniało mi się w tym momencie stare porzekadło że lepiej dobrze siedzieć niż głupio łazić. Zapada zmrok. Nasz gospodarz udaje się na drogę prowadzącą do miasta żeby polować na turystów. Ale spoko. Nie łupi ich tylko zaprasza do swojej oberży. Nas też tak złowił i wcale nie złupił. Przed snem mamy jeszcze niespodziewanego gościa który skrobie nam do drzwi a pózniej ucieka. Udaje nam się zrobić zdjęcie. Jeżeli ktoś rozpoznaje tego gościa to bardzo prosimy o informację kto to zacz. Będziemy bardzo wdzięczni.

Dzień wolnego owocuje dużą chęcią do dalszej jazdy. Mimo to jakoś nam się nie śpieszy. Żegnamy się z naszym gospodarzem i dostajemy kontakt na jego znajomego celnika na granicy, który już uprzedzony ma na nas czekać. Jazda do granicy to potworna nuda. Przez całą drogę walczymy z bardzo silnym wiatrem i piaskiem który wdziera się w każdą szczelinę a nam ciągle kołacze się w głowie myśl. "Jak ci ludzie tu żyją i po co?" Eryka bardzo rozbawia mój komentarz gdy na widok dzieci schodzących z wydmy, stwierdzam że dzieci wracają właśnie z piaskownicy. Jedyne ciekawe wydarzenie to doskonały interes jaki robi Tomek z żołnierzem na jednym z posterunków, wymieniając stare dziurawe buty na oryginalną wojskową chustę o której marzył. Niestety instrukcję wiązania dostał ustnie. Chyba nie zrozumiał. Będzie musiał poszukać w internecine.

Tuż przed granicą temperatura gwałtownie spada z 30 do 20stopni i dalej spada. Znajomy celnik po stronie mauretańskiej załatwia wszystkie formalności w kilkanaście minut. Rekord świata. Niestety po stronie marokańskiej zajmuje nam to 2,5 godziny. Totalna masakra. Biegamy od budki do budki po jakieś pieczątki na dodatek ciągle skutecznie dezorientowani przez tutejszych funkcjonariuszy wszystkich służb. W końcu ruszamy ale jest już 18-ta. Planujemy się gdzieś rozbić ale nie ma szans. Wokół tylko pustynia i piach i wiatr który urywa łeb. Na dodatek ja w buzerze i bluzie offroadowej marznę w sposób wręcz makabryczny. Już mam się zatrzymać i ubrać się gdy Tomek stwierdza że za 30 km jest jakieś miasteczko. Ok, tyle jeszcze wytrzymam. Po dziesięciu minutach stwierdzam że chyba przeliczyłem się z możliwościami ale nie daję za wygraną. Dojeżdżam w stanie przedagonalnym ale jakoś trzymam się na nogach. Biorę klucz do pokoju i od razu wchodzę pod gorący prysznic. Jest dobrze. Po kąpieli robimy sobie kolację czyli kabanosy Tarczyński i liofilizat. W trakcie kolacji otrzymujemy SMS-a od Maćka że jest już w Dakhli. Wynika z tego że po stronie mauretańskiej pozostał tylko Erni z Darkiem. Nie pamiętam dokładnie jak się określa takie osoby. Maruderzy czy tylna straż ? Chyba to drugie. Mniejsza z tym :-)

Po raz pierwszy od miesiąca kładę się do łóżka bez najmniejszego odruchu obrzydzenia. Jutro finisz na ostatniej prostej.

Dzień dwudziesty szósty - ostatni
Barbas - Dakhla. Dystans 287 km

[ext_img=s]2324[/ext_img]

Nocleg w przydrożnym motelu bardzo nam się przydał bo dzisiejszy dzień to znowu walka z mocnymi porywami wiatru i zimnem. Ja, na szczęście założyłem dzisiaj kurtkę i membranę więc jest super. Gdzieś w połowie drogi docieramy do brzegu oceanu i robimy krótką przerwę na zdjęcia. Akurat trafiamy do ślicznej zatoczki gdzie Eryk trochę kopie się w piachu ale raczej tak dla przyjemności. Od tej pory już przez cały czas po lewej stronie mamy ocean i za jakiś czas rownież półwysep gdzie znajduje się Dakhla. Cel naszej podróży. Widoczność jest dobra w związku z tym widoki zapierają dech w piersiach.

Dakhla to centrum kitesurfingu. Przejeżdżamy obok niesamowicie pięknej plaży skąd startują kitesurferzy. Aż dziw że jadąc w tamtą stronę w ogóle nie zauważyłem tak pięknego miejsca. Widocznie w głowie miałem tylko czekającą na mnie afrykańską przygodę.

W końcu docieramy na parking z którego wystartowaliśmy. Na liczniku 9191 przejechanych kilometrów. Nie znam się na numerologii ale coś to przecież musi znaczyć.

Przerzucamy do Ernestowego busa zbędne rzeczy i ruszamy w miasto szukać hotelu. Znajdujemy super hotelik tuż przy promenadzie. Widok z okna na ocean bajeczny. I to tylko za 45€ za dzień na trzech ze śniadaniem.

 

I to koniec naszej Wielkiej Afrykańskiej Przygody. Miesiąc minął szcześliwie. Wracamy cali i zdrowi. To najważniejsze. Z pewnością było warto. Afryka dostarcza przeżyć jedynych w swoim rodzaju chociaż nie zawsze pozytywnych. Teraz oddajemy się totalnemu relaksowi czyli chillout. Trafiamy do babeczki która w małym pokoiku sprzedaje niesamowite potrawy kuchni arabskiej. Jakieś placuszki, zupki i słodkości. Palce lizać i prawie darmo :-) Tak poszwendamy się jeszcze po tym miasteczku całe dwa dni do odlotu. Wyczekiwane leniwe dwa dni. Jutro dotrą Erni z Darkiem to będzie raźniej. Będziemy mogli im służyć za przewodników. Pewnie znajdzie się jakaś chwilka na moment zadumy.

To już koniec mojej relacji. Dziękuję wszystkim, którzy dali się zabrać w tę naprawdę długą i nie zawsze bezpieczną podróż. Wasze polubienia i komentarze utwierdzały mnie w tym że to co robię ma sens nie tylko dla mnie ale rownież jeszcze dla kogoś. Świadomość że chociaż jedna osoba się zainteresuje jest bardzo budująca. Fakt że tych osób jest więcej sprawiał mi ogromną radość.

Dziękuję Erykowi za to że udostępniał mi swoje krzesełko do pisania relacji mimo że w tym samym czasie sam mógłby sobie wygodnie na nim posiedzieć. Pozwolicie że na podsumowanie tej wyprawy dam sobie trochę czasu żeby złapać dystans. Jeszcze raz z całego serca dziękuję.

Grzegorz Malicki

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458478519" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1998" ["visits_counter"]=> string(4) "3443" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [2]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1997" ["slug"]=> string(26) "afryka-zachodnia-2016-cz-1" ["dont_use_tags"]=> string(10) "czas , akt" ["title"]=> string(27) " Afryka Zachodnia 2016 cz.1" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(62) "Tysiące kilometrów po czarnym, ale jakże kolorowym lądzie." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(61818) "

Dzień pierwszy.
Dakhla - gdzieś nad oceanem 240 km

[ext_img=s]2300[/ext_img]

Siedzę sobie gdzieś nad brzegiem Atlantyku w namiocie i nawet wyglądam na całkiem zadowolonego ale jak do tego doszło ? Może lepiej będzie zacząć od początku.

[article_adv]

Obudziłem się rano w hotelu o godzinę za wcześnie i równie za wcześnie obudziłem Eryka. To wina iPhone'a który się nie przestawił na lokalny czas. Chcąc nie chcąc schodzimy na śniadanie i jesteśmy pierwsi. Śniadanie jak na marokańskie realia całkiem niezłe i obfite. Po śniadaniu przyjeżdża po nas Ernest który w międzyczasie dotarł na camping. Jedziemy się przepakować. Planujemy wyjazd o jedenastej tak żeby spokojnie przekroczyć granicę z Mauretanią. Wyjeżdżamy co prawda trochę pózniej ale cały czas wszystko przebiega zgodnie z planem. Podróż bardzo nam ułatwia pomysł Ernesta żeby każdy wydrukował sobie fiszki z pierwszą stroną paszportu i danymi motocykla. Dzięki temu pokonujemy błyskawicznie kolejne punkty kontrolne wręczając funkcjonariuszom przygotowane druczki. Policjanci są nam równie wdzięczni bo nie muszą spisywać danych z naszych paszportów i dowodów rejestracyjnych. Lekko licząc oszczędzamy w ciągu miesiąca dwa dni które normalnie musielibyśmy poświęcić na te formalności. Przez cały czas widzimy tylko piach, raz żółty raz szary, oraz turkus Atlantyku. Niestety nasze plany biorą w łeb. Ernest dwa razy łapie gumę. Za każdym razem ucieka co najmniej godzina. Nie ma szans na czas dotrzeć na granicę. W związku z tym postanawiamy po drodze rozbić obozowisko nad brzegiem oceanu. Moim zdaniem głupi pomysł bo piździ jak w kieleckiem i cieżko rozbić namioty. Wystarczy na chwilę cokolwiek spuścić z oczu i już trzeba gnać w pościg za porwaną przez wiatr część wyposażenia. Ale w sumie jest pięknie. Napoczynamy zawartość pierwszego rotopaxa. Humory zdecydowanie się poprawiają. Cieżko towarzystwo zagnać do namiotów ale przecież rano trzeba wstać. Jedno jest pewne. Już widać że grupa jest zgrana i będzie wesoło. Miejmy nadzieję że jutro uda nam się dotrzeć do stolicy Mauretanii.

Dzień drugi
Gdzieś nad oceanem - Nawakszut 570 km

[ext_img=s]2301[/ext_img]

Dzisiaj zgodnie z planem pobudka o szóstej. Spróbujemy nadrobić stracony czas. Pakowanie po ciemku tylko przy pomocy czołówek. Podobnie jak przygotowanie kawy i śniadania. Na szczęście przy składaniu namiotów zaczyna dnieć co znacznie ułatwia sprawę. Jeszcze tylko krótki offik i jesteśmy na drodze do granicy. Niestety granica marokańsko-mauretańska to koszmar. Pierwszy problem pojawia się po marokańskiej stronie. Erni ma w dokumencie wwozowym motocykle i swoje Ducato. Celnicy twierdzą że albo Ducato wyjedzie z nami albo zawracamy. Atmosfera robi się gęsta. Auto stoi w Dakhli i raczej go nie przyciągniemy. Po godzinnym użeraniu się w końcu nas puszczają. Bogu dzięki. Tuż za granicą opada nas chmara "koników". Oferują dobry kurs więc decydujemy się na wymianę. Każdy z nas ma swojego prywatnego "konika" czad. Teren między Marokiem a Mauretanią to ziemia niczyja. Kiedyś wszystko było zaminowane. Dzisiaj na szczęście już nie. Nie zmienia to faktu że nie ma tutaj nawet skrawka drogi. Typowy piaszczysto-skalisty off. Każdy pokonuje go na swój sposób. My podążamy za Ernim bo on ma to już objeżdżone. Po mauretańskiej stronie masa formalności. Bierzemy oczywiście "pośrednika" który za parę euro pomaga wszystko załatwić. W sumie spędzamy na granicy w upale całe cztery godziny ale tak wygląda Afryka. To nie Europa gdzie człowiek jedzie gdzie chce i kiedy chce. Tylko nie wiadomo jeszcze jak długo. Z granicy odpalamy i kierujemy się na stolicę Mauretanii Nawakszut. Droga jest wyjątkowo nieciekawa. Aż chce się spać. Prosty asfalt i piach, żółty piach. Na szczęście udaje nam się zrealizować plan i docieramy do Nawakszut. Znajdujemy fajny nowootwarty hotel. Na dodatek udaje nam się stargować cenę na 10€ od łebka. Nie ma co narzekać. Jeszcze tylko zamawiamy kolacyjkę i oczywiście degustacja rotopaxa.


Dzień trzeci
Nawakszut. - nie wiemy gdzie 480 km

[ext_img=s]2302[/ext_img]

Poranek w stolicy Mauretanii bardzo przyjemny. Podczas mojego ostatniego wyjazdu do Maroka mój towarzysz podróży Jacek przypomniał mi dawno zapomniany rytuał parzenia kawy w kawiarce. Dlatego nabyłem taką kawiarkę drogą kupna i dzisiaj nastąpiła jej inauguracja. Dla tych którzy dobrze mnie znają będzie to szokiem ale postanowiłem sam zaparzyć kawę Erykowi z którym dzielę pokój o ile jest okazja. Okazało się że sprawienie komuś bezinteresownie przyjemności to całkiem fajna rzecz. Będę kiedyś w życiu musiał tego jeszcze raz spróbować.

[article_adv]

Po śniadaniu szybko opuszczamy hotel. Przejazd przez Nawakszut to istny horror. Auta rodem z ubiegłego wieku strasznie poobijane i wydzielające nieprawdopodobny smród. Jedyny plus że we wszystkich tych krajach gdzie prawo nie jest priorytetem kierowcy jeżdżą bardzo dobrze i widzą wszystko. Dzięki temu bez problemu dotarliśmy na stację benzynową na wylocie z miasta. Niestety tylko Erni i Eryk zdołali się zatankować. Skończyła się benzyna. Następna stacja jest za 270 km. Diesel jest wszędzie. Niestety benzyna nie :-(. Zlewamy więc wszystko co mamy w kanistrach i ruszamy dalej. Niestety na następnej stacji nie ma benzyny. W tym momencie zaczyna się problem. Do następnej stacji jest jeszcze ok. 100 km. Mój komputer pokazuje 80 km. Na szczęście przejeżdżam jeszcze 20 km od kiedy komputer pokazał mi "0".

Niestety Darek nie ma tyle szczęścia i zatrzymuje się kilka kilometrów przed stacją. Szybka akcja ratunkowa i jesteśmy w komplecie. Niestety to jest problem Mauretanii. Stacji jest sporo ale oferują tylko diesel. Natomiast stacji z benzyną w Mauretanii jest bardzo mało. Na wszelki wypadek zaopatrujemy się w dodatkowe zbiorniki i ruszamy dalej. Niestety wszystkie nasze dzisiejsze problemy powodują że jesteśmy trochę opóźnieni. W związku z tym po 480-ciu przejechanych tego dnia kilometrach rozbijamy obozowisko w cudownym miejscu pod szczytem góry. Na dobranoc robimy kilka zdjeć i udajemy się w objęcia Morfeusza. Widok w świetle księżyca jest przecudowny i niepowtarzalny ale wydaje mi się że dopiero w świetle wschodzącego słońca ukarze nam się w pełnej krasie. W sumie przejechaliśmy w ciagu trzech dni niecałe 1300 km. Zdarzyło mi się kiedyś w Europie przejechać więcej w jeden dzień. Tyle że w Europie nie mamy granic, nie mamy co kilka kilometrów punktów kontrolnych i stacji widmo na których nie ma benzyny. I oby tak zostało bo musimy pamietać że nic nie jest nam dane na zawsze. Dobrej nocy.

Dzień czwarty
Dystans 240 km

[ext_img=s]2303[/ext_img]

Siedzę sobie przed namiotem. Księżyc świeci cudownie. Wszyscy już śpią chociaż nie minęła jeszcze dziewiąta i właśnie podchodzi pięciu gości z pobliskiej wioski. Co prawda idą sobie dalej ale chyba lepiej będzie wszystko schować do namiotu. A taki był piękny poranek. Widok z pewnością nas nie rozczarował. Dlatego cieżko idzie nam zwijanie obozowiska. Nie wspominałem jeszcze o temperaturze ale jest już cieplutko. Czasami dochodzi aż do 36 stopni i pewnie będzie jeszcze cieplej. Ot taka typowo zimowa afrykańska temperature. Zwijamy się w końcu i ruszamy ale po kilku kilometrach Maciek łapie gumę i mamy krótki postój. Niestety wymiana dętki nie załatwia sprawy i musimy w najbliższej wsi odwiedzić wulkanizację chociaż te przydrożne kramiki nie zasługują na taką dumną nazwę. Ponieważ tak czy tak mamy postój ja rownież postanawiam wymienić swoją oponę na nową bo za niedługo kończy się asfalt. Eryk zdejmuje koło a ja z bólem patrzę jak gościu młotkiem traktuje moją alu-felgę. Ale muszę to przeżyć. Robota zrobiona i ruszamy. Jest trzynasta a my przejechaliśmy raptem 20 km. Dalej jeszcze asfaltem do Kiffy ostatnie tankowanie w Mauretanii i off do Mali.

Zaraz na początku offu urywają mi się zaczepy od nowo zakupionej płyty bagażowej Touratecha. Po raz pierwszy jestem tak niemile zaskoczony. Po powrocie będę musiał się wyżalić Zbyszkowi Szatanowi i oczywiście zgłosić reklamację. Wszędzie wzbudzamy ogromne zainteresowanie. Wystarczy że zatrzymamy się na chwilę i już otaczają nas tłumy lokalesów. Jedni oferują coś do jedzenia a inni tak po prostu z ciekawości. Wszędzie tracimy dużo, za dużo czasu. Samo wbicie pieczątek wyjazdowych zajmuje nam godzinę. Dlatego wcześniej niż zamierzaliśmy jeszcze po Mauretańskiej stronie rozbijamy namioty i idziemy spać. Mauretanię żegnamy bez żalu. Trzeba ją przejechać i tyle. Piach, piach i jeszcze raz piach. Dzisiaj pojawiło się już trochę roślinności ale to jakiś meszek zamiast trawy i jakieś krzewy zamiast drzew. Ludzie niby przyjaźni ale lepiej trzymać się na baczności. Erykowi dzieciaki w dowód wdzięczności za kupione batony przecięli tankbaga. Na szczęście nie zdążyli zwiedzić telefonów. Jutro Mali.


Dzień piąty
Dystans 130 km.

[ext_img=s]2304[/ext_img]

Ponieważ bardzo wcześnie poszliśmy spać to nikt nie ma problemu ze wstaniem. Około ósmej praktycznie już nam się udaje ruszyć w drogę. Niestety nasze szczęście trwa może jakieś piętnaście minut. Po tym czasie wszyscy się rozjeżdżany i oczywiście gubimy. My z Darkiem zostajemy sami i starym indiańskim sposobem wracamy na miejsce gdzie się ostatni raz wszyscy razem widzieliśmy. Trwamy tak jakąś godzinę. Darek pewnie czekałby do wieczora bo jest przekonany że Ernest wróci. Ja jednak trochę znam Erniego i jestem przekonany że pojechał dalej będąc przekonanym że poradzimy sobie. Wiemy dokąd mamy jechać. Niestety moja nawigacja nie obejmuje Mauteranii. Na szczęście mam już wioskę graniczną na granicy z Mali. Nie mamy innego wyboru jedziemy na kompas. Tak czy tak żadnych dróg tu nie ma.

[article_adv]

Po drodze w napotkanej wiosce spotykamy gościa który mówi po angielsku i to całkiem dobrze. Co on tu robi z takim wykształceniem Bóg jeden raczy wiedzieć. W każdym razie dowiadujemy się że nasi tędy jechali. Godzinę przed nami. Na pytanie czy jest tu droga do Mali mówi że są dwie stara i nowa. Oczywiście mówi o dwóch zapiaszczonych ścieżkach. Na pytanie która wg niego jest lepsza odpowiada że on lubi tę. Parskam śmiechem na widok tego duktu. Chyba nie da się go lubić. Tak czy tak musimy jechać. Zresztą szybko tracimy ślad i dalej przez 40 km jedziemy sawanną bez najmniejszego śladu drogi. To chyba jest offroad. W granicznej wiosce nie napotykamy się na naszych więc jedziemy dalej. Trasa jest wg mnie ekstremalnie trudna. Bezdroża, dużo piachu i skały. Po jakimś czasie dochodzi nas reszta ekipy i już jesteśmy spokojniejsi. W grupie zawsze raźniej. Nie muszę się za bardzo martwić. Szyk zamyka Eryk więc nawet jak coś się stanie mogę liczyć na wsparcie.

To pozwala mi na zdecydowanie odważniejszą jazdę. A odwaga bardzo nam się przydaje. Bo albo pokonujemy strome skalne ścieżki albo kopiemy się w korytach rzek. Ani to ani to nie jest bezpieczne. Na dodatek po drodze mijamy opuszczone spalone wioski. Ludzie prawdopodobnie przenieśli się gdzie indziej ze względu na wysychające studnie a przyroda sama dopełniła zniszczeń. Jesteśmy zmęczeni i strasznie chce nam się pić. W końcu docieramy do wioski. Chyba takiej bandy to tu jeszcze nie było nigdy. Wzbudzamy ogromną sensację. Erni kupuje wodę i to nam ratuje życie. My natomiast robimy zdjęcia szczególnie chętnie młodym Malijkom. Są prześliczne i bardzo chętnie pozują przytulając się przy tym figlarnie. Niestety robi się ciemno więc opuszczamy wioskę przy gromkim aplauzie jej mieszkanek i dzieci. Po kilku kilometrach rozbijamy namioty i idziemy spać. Jest prawie północ. Dobrej nocy

P. S.

Budzę się o szóstej nad ranem. Wszyscy jeszcze śpią więc postanowiłem skreślić kilka przemyśleń i obserwacji. Dużo słyszymy o biedzie i zacofaniu Afryki. Niby byłem na to wszystko jakoś przygotowany. W końcu odwiedziłem już pare miejsc i pare kontynentów. Jednak to co widzę tutaj jest porażające. Warunki w jakich żyją Afrykanie są dla nas Europejczyków nie do wyobrażenia. Te wioski bez żadnych dróg, te gliniane chatki bez prądu. Zero cywilizacji. Natomiast średnia wieku niesamowicie niska. To co tak bardzo odróżnia Afrykę od Europy to bardzo niska średnia wieku i ogromna liczba dzieci. Ale co się dziwić, w końcu co tu można robić innego? Seks to chyba ich jedyna forma rozrywki. I jeszcze jeden pozytyw. Malijki są przepięknie kolorowo ubrane. To też robi na nas duże wrażenie.

Dzień szósty
Dystans 263 km

[ext_img=s]2305[/ext_img]

Dzisiaj planujemy powrót do cywilizacji. Po drodze napotykamy kolejne, zupełnie zapomniane wioski. Widoki i wrażenia podobne chociaż nic nie jest w stanie przebić wrażeń z wczorajszej wioski. Być może ze względu na wyjątkową urodę tych Malijek. Przed nami już tylko 67 km offu. Oczywiście kilka piaszczystych koryt rzek które dla ciężkich motocykli są przekleństwem. W końcu docieramy bez większych przeszkód do Kayes. To już całkiem spore miasteczko. Tankujemy, wypłacamy pieniądze z bankomatu i ruszamy w drogę. Wszyscy marzą, ale ja chyba szczególnie, o kąpieli. Cztery dni bez mycia to dość.

Erni stwierdza że do miejscowości Kita jest droga asfaltowa i 260 km do przejechania. Pikuś. Dajemy w kitę i gnamy do hotelu do Kity. Niestety po kilku kilometrach Erni łapie gumę. To już jego trzecia a ogólnie piąta. Po załataniu dętki okazuje się że Maciek nie może ruszyć. Problemy z elektryka. W końcu udaje się wszystko naprawić. Ruszamy. Niestety dane Erniego zgadzają się jak zawsze ale tylko w połowie. Po stu kilometrach asfalt się kończy i musimy czekać na prom przez wielką rzekę Senagal. Robi ogromne wrażenie. Jednak prom przypływa dopiero po jakiejś godzinie i jest już zupełnie ciemno. Obsługa promu pyta nas dokąd jedziemy. Jesteśmy zdziwieni i nawet świta nam pomysł żeby ich okłamać. Dobrze że tego nie zrobiliśmy bo na rzece są dwie odnogi i jakby wysadzili nas nie w tym miejscu co trzeba to bylibyśmy w czarnej dupie.

Na dodatek droga po zjechaniu z promu to szutrówka. Fajna ale strasznie się kurzy. Szczególnie ostatniemu czyli mnie. Nie ma wyjścia z kąpieli nici. Kładę się spać w namiocie, w jakimś syficznym miejscu totalnie wkurzony. Może jutro będzie lepiej.


Dzień siódmy.
Bamako. Dystans 363 km

[ext_img=s]2306[/ext_img]

Wczoraj byłem wkurzony i dzisiaj wcale nie jest lepiej. Ale wstaję licząc na to że nadchodzący dzień wszystko mi wynagrodzi. Nie jem i nie pije nic więc w 15 minut jestem gotowy. Eryk wpada na pomysł żebyśmy pojechali w dużych odstępach to unikniemy tego kurzu, który tak nam dał się wczoraj we znaki. Pomysł okazuje się genialny. Przed nami prawie 200 km czerwonej szutrówki. Nic nie przeszkadza nam rozkoszować się widokami a naprawdę jest czym. Na dodatek panuje przyjemny chłodek. Jakieś 22 stopnie. Wiem że tam u Was w kraju -10 ale u nad to jest właśnie chłodek. Ja nie zatrzymuję się nawet na chwilę bo wiem że Eryk i tak to zrobi i popstryka fotki a swietnie mu to wychodzi. Dawno nie miałem okazji jechać po tak fantastycznej drodze. Spokojnie można było przez większą część jazdy jechać 110 km/h. Dopiero pod koniec jakieś 30 km przed miejscowością Kita droga się popsuła i trzeba było wzmóc ostrożność.

[article_adv]

W Kicie tankowanie. Na szczęście w Mali nie ma problemów z benzyną takich jak w Mauretanii. Około 15- tej docieramy do stolicy Mali - Bamako. To 3-milionowa metropolia w 16-milionowym kraju i natężenie ruchu jest bardzo duże. Szczególne wrażenie robi na nas nieprzerwanie płynąca rzeka mopedzików. Biorąc pod uwagę że nie ma świateł, przejście przez ulicę to prawdziwe wyzwanie. W końcu docieramy do hoteliku Sleeping Camel który mieści się w dzielnicy ambasad tuż obok ambasady niemieckiej. Można mieć nadzieję że będzie bezpiecznie.

Niestety jest tylko jeden pokój dwuosobowy. Na szczęście dość duży więc lokujemy się w nim we czwórkę a Ernest i Maciek śpią w namiotach. I następuje w końcu to na co czekałem pięć dni czyli ..... prysznic. Rozkosz nieziemska ale nie powiem że warto było czekać bo wolałbym nie czekać. Po kąpieli ruszamy na miasto. Dzięki napotkanemu, oczywiście jak zawsze przypadkowo, naganiaczowi trafiamy do bardzo fajnej knajpki. Jedzenie jest pyszne i na dodatek bardzo danie. Ryba smażona z sałatką frytkami i piwem (0,65l) kosztuje na nasze raptem 35 zł. Tak ugoszczeni wracamy z powrotem przez most do hotelu i na zasłużony wypoczynek. Jutro ruszamy dalej.

Dzień ósmy
Dystans - 316 km

[ext_img=s]2307[/ext_img]

Mam cudownych kolegów. Eryk i Tomek właśnie rozkładają mi namiot i pompują termaresta a ja dzięki temu mogę zająć się pisaniem relacji z dzisiejszego dnia. Jesteśmy już co prawda na Wybrzeżu Kości Słoniowej ale zacznijmy od początku. Poranek w hotelu w Bamako był cudowny. Internet, kawusia, omlecik. Brak mi słów żeby wyrazić tę rozkosz. W związku z tym wyjazd się opoźnia ale w końcu wyjeżdżamy żegnani przez dopiero co poznanych Czecha i Holendra. Zostaliśmy rownież solidnie obfotografowani na holenderskiego bloga. Cóż, szlachectwo zobowiązuje.

W końcu ruszamy i opuszczamy niesamowicie gwarne i żywotne Bamako. Mamy przed sobą 170 km asfaltu które pokonujemy błyskawicznie. Jednak w Bougouni skręcamy na Manamikore ale to już jest totalny off. Niby szuter ale 500 m równej drogi to wszystko na co można liczyć. Reszta to dziury i nierówności. Ale to jest w końcu to co lubi duży GS. Jedyne czego nie lubi to piach. Po twardym w każdych okolicznościach daje sobie świetnie radę. Po drodze zatrzymujemy się w jednej z wiosek nie mogąc się oprzeć urokowi jednej z Malijek. Jest przeurocza.

W końcu docieramy do granicy w Mananikore. Ta granica trwa kilka kilometrów i zajmuje nam ze dwie godziny. Pogranicznicy malijscy, pózniej celnicy WKŚ i ichni pogranicznicy zajmują nam dużo czasu. Wszystko jest troszkę śmieszne gdyby nieubłaganie uciekający czas. W związku z tym po ostatnich formalnościach zaczynamy szukać miejsca na biwak. W końcu jesteśmy już na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Na razie musi wystarczyć nam polanka z kępkami trawy. Tak czy tak jesteśmy szczęśliwi. Wypijamy jak zwykle po kuśtyczku i jutro zadecydujemy co dalej. Nie ma się co spieszyć.

P.S.

Nie mogę powstrzymać się od wzruszenia. W czasie kiedy ja to pisałem Eryk z Tomkiem przygotowali mi kompletne spanie. To się nazywa braterstwo. A wokół tylko afrykańskie cykady i cudowna księżycowa noc.

Dzień dziewiąty
Dystans 257 km

[ext_img=s]2308[/ext_img]

Dzisiejsza noc była chłodna i bardzo przyjemna. Tomek o 5.25 budzi wszystkich i pyta czy na Wybrzeżu Kości Słoniowej zmienia się czas. To jest wyczucie momentu. Tłumaczymy mu że nie i wyganiamy z powrotem do namiotu. Za godzinkę tak czy tak wstajemy. Niestety wyjazd się opóźnia bo Maćka dopadły kłopoty żołądkowe. Co chwile biega do lasu. Próbuje wrócić ale po drodze do motocykla zawraca. I tak raz za razem. Nie jest wesoło.

W końcu ruszamy. Mamy przed sobą jeszcze 100 km offu. Trasa jest dość ciężka i trzeba bardzo uważać. Na dodatek co kilka kilometrów posterunki policji. Na każdym trzeba się zatrzymać i długo tłumaczyć. Bez sensu ale trudno. Na dodatek Maciek jest tak osłabiony że musimy robić przerwy na regenerację. Jedno się nie zmienia podobnie jak w Mali tak i tutaj jesteśmy ogromną ciekawostką. Wystarczy że zatrzymamy się na chwilę a już otaczają nas wszyscy mieszkańcy wioski. Ale co się dziwić. W końcu jeździmy takimi bezdrożami że być może jesteśmy pierwszymi białymi motocyklistami we wiosce.

W końcu docieramy do Odienne. Tutaj zaczyna się asfalt i jest hotel. Maciek zostaje w hotelu bo nie jest w stanie jechać dalej. Ernest zostaje z nim a my postanawiamy dojechać jeszcze 157 km do Touby. Znajdujemy hotel. Niezbyt rewelacyjny ale przynajmniej tani. Po 10€ na twarz. Robimy małą przepierkę i ruszamy w miasto coś zjeść. WKŚ robi na nas trochę lepsze wrażenie niż Mauretania i Mali. Troszkę bardziej to wszystko uporządkowane. Dzieciaki w ładnych mundurkach. Nawet pojawiają się jakieś sklepy. Wcześniej cały handel odbywał się ze straganów. Ale uroda mieszkanek WKŚ ma się nijak do urody Malijek. Na dodatek Malijki są niesamowicie zadbane i pięknie ubrane. Czasami przeżywaliśmy szok widząc jak z lepianki be prądu i wody wychodzi taka piękność. Tak, tego zdecydowanie będzie nam brakować.

Wracamy do hotelu zlecamy umycie motocykli bo nawet nie można się do nich dotknąć. Od Erniego dostajemy wiadomość że jeszcze nie wiadomo co z Maćkiem. Decyzja zapadnie jutro rano. Trudno. O wszystkim zadecyduje jutrzejszy poranek.


Dzień dziesiąty
Touba - Grand Bassam. Dystans 769 km

[ext_img=s]2309[/ext_img]

Dzisiaj zjadłem pierwszego afrykańskiego banana i zobaczyłem pierwsze trawiaste boisko. Ale zacznijmy po kolei. Od Ernesta dostajemy wiadomość że na razie nie wiadomo co z Maćkiem ale chyba jest lepiej i ruszą pózniej więc mamy jechać. W naszym hotelu nie ma śniadania więc już spakowani jedziemy do baru na rogu coś zjeść. Szef przyrządza nam pyszne jajka sadzone z cebulką i pomidorami. Podczas gdy my konsumujemy te pyszności z bagietką wokół motocykli zbiera się gromadka dzieciaków. Są tak zafascynowani naszymi sprzętami że nauczyciel nie może ich zagonić do szkoły. Jeden, najmniejszy, nawet schował się za murek ale i tak został znaleziony.

[article_adv]

Jakieś 20-30 km za Taubą nagle robi się bardzo zimno. Temperatura spada do 20 stopni. Wydaje mi się że to jakaś granica strefy klimatycznej ponieważ wraz z powrotem cieplej temperatury diametralnie zmienia się otaczająca nas przyroda. Zamiast rachitycznej półpustynnej pojawia się bardzo bujna, zielona typowo tropikalna i oczywiście niekończące się plantacje bananów. Zatrzymujemy się i kupujemy dwie wielkie kiście po złotówce za jedną. Są pyszne. Chyba przejdę na dietę bananową. Kraj też robi się coraz bardziej uporządkowany i chyba troszkę zasobniejszy chociaż od standardów zachodnich dalej dzieli nas przepaść.

Rzucamy okiem na mapę i zauważamy że po drodze jest duże jezioro Kossou i nawet hotel. Wyobrażamy sobie że to z pewnością duża atrakcja turystyczna i zjeżdżamy 15 km z głównej drogi. Niestety w tej części Afryki takie pojęcie jak atrakcja turystyczna nie istnieje. Jedyna ciekawostka to trawiaste boisko w lokalnej szkole które widzę w Afryce po raz pierwszy. Dotychczas były tylko klepiska.

Krótka narada i decyzja. Nie ma co kombinować jedziemy nad Zatokę Bengalską do Grand Bassam. To taki kurort pod Abidżanem. Może uda nam się popływać w oceanie i miło spędzić wieczór. Zwłaszcza że wkrótce wjeżdżamy na jedyną na Wybrzeżu Kości Słoniowej autostradę i znacznie zwiększamy prędkość przelotową. Niestety szybko robi się ciemno. Na dodatek musimy przebić się przez prawie 4,5 milionowy Abidżan. To istny horror. W końcu po ósmej zupełnie po ciemku docieramy do Grand Bassam. Długo kręcimy się w kółko aż znajdujemy jakiś hotel. Warunki całkiem przyzwoite ale tym razem drogo. Jest strasznie parno. To wpływ oceanu. Jesteśmy mokrzy. Pot leje się z nas ciurkiem. Musimy wypić po kilka piw tudzież whiskaczyka żeby dojść do siebie. Decyzję co do dalszej podróży odkładamy na jutro jak uda nam się skontaktować z Ernestem.

Dzień jedenasty
Grand Bassam

[ext_img=s]2310[/ext_img]

Dzisiaj po przejechaniu już ponad 3500 km robimy sobie lekki odpoczynek. Tak czy tak musimy czekać na Ernesta i Maćka więc nie mamy innego wyjścia. Ja nadrabiam od świtu zaległości w necie. Chłopaki śpią troszkę dłużej. Zamawiamy śniadanie które przygotowywują nasze przesympatyczne gospodynie. Jemy na podwóreczku. Jest strasznie parno. Wilgotność prawie 100 %. Pada propozycja żeby znaleźć inne lokum gdzieś przy plaży i tam przeczekać aż chłopaki nadjadą. Eryk z Darkiem jadą na rekonesans i wracają ze świetną miejscówką nad samym oceanem. Jedziemy bez ubierania się. Jedyne co zakładam na siebie z motocyklowych rzeczy to buty i kask.

Docieramy na miejsce i w końcu znajdujemy to czego szukaliśmy. Hotel z basenem i plażą nad oceanem. Szybko zrzucamy ciuchy i dajemy się sponiewierać falom. Czad. Moglibyśmy tak w nieskończoność ale przecież trzeba się napić i coś zjeść.

W tym momencie przyjeżdżają Erni i Maciek. Nareszcie. Maciek wygląda nie za dobrze ale w sumie jest ok. Reszta dnia to totalny chillout. Tak jak przystało raz na dziesięć dni. Z Tomkiem robimy krótki spacer po kurorcie. Niektóre stare postkolonialne rezydencje imponują swoim urokiem a tymczasem tuż obok inne popadają w ruinę. Zaglądam oczywiście do internetu co chwila spoglądając na spiętrzone fale oceanu. O zmroku wyglądają równie pięknie jak w dzień a może nawet piękniej.


Dzień dwunasty. W oczekiwaniu na spodnie
Grand Bassam - Tarkwa. Dystans 300 km

[ext_img=s]2311[/ext_img]

Tego poranku nie będziemy miło wspominać. Co prawda udaje nam się bardzo wcześnie wstać i szybko spakować. Planowany czas wyjazdu czyli 7.00 wydaje się niezagrożony. Bardzo nam na tym zależy bo przed nami granica z Ghaną i formalności wizowe. W tej części świata to zawsze musi potrwać. Niestety okazuje się że nie ma naszych spodni motocyklowych które daliśmy do prania. Kurtki są ale bez spodni to raczej nie pojedziemy. Nie pozostaje nam nic innego jak usiąść nad brzegiem oceanu, patrzeć na rozbijające się o brzeg fale i czekać na spodnie .... Koniec końców spodnie się znajdują w sąsiednim pokoju. Pani je schowała bo przy tej wilgotności na zewnątrz by nie wyschły. Nadal są lekko wilgotne ale to nawet lepiej.

[article_adv]

130 km do granicy z Ghaną pokonujemy bardzo sprawnie jadąc przez setki a nawet tysiące hektarów plantacji ananasów. Niesamowity widok. Ciemno-zielona płaszczyzna po sam horyzont. To jest właśnie taka Afryka jakiej oczekiwałem. Niestety na granicy zaczynają się schody. Nie mamy wizy. Słyszeliśmy wcześniej że możemy nabyć drogą kupna wizę tranzytową właśnie na granicy. Niestety ghańscy pogranicznicy o tym nie słyszeli. Oficer idzie do Bossa i wraca uśmiechnięty. Jest rozwiązanie. Dostaniemy jakąś "wyjątkową" wizę tranzytową o ile uiścimy po 50 USD od łebka. Co robić. Płacimy i jedziemy do celników. Tutaj oczywiście następny problem. Nie mamy karnetów a na naszych tablicach nas nie puszczą. Celnik zamyka okienko i naradzają się z szefem. Przysyłają w końcu jakiegoś agenta który ma wszystko ogarnąć. Jedziemy z Erykiem na stronę Ghany do jego "biura". Pada cena 250 w końcu targujemy na 230. Wnioskujemy że chodzi o ich walutę i daje to ca 60€ na twarz. Kiepsko ale co robić.

Zbieramy kasę. Eryk z Tomkiem jadą zapłacić i okazuje się że źle się zrozumieliśmy. Im chodziło o 230 000 Cefa czyli prawie 400 €. Awantura. Eryk nie daje za wygraną i w końcu staje na starej cenie. Jak to możliwe ? Widać możliwe. Po prostu przedsiębiorstwo którym zarządza dowódca celników. Nie ma się co dziwić że już od czasów Chrystusa nie mają dobrej prasy. Oczywiście to nie koniec. Zdziwilibyśmy się gdyby było inaczej. Przychodzi pośrednik i mówi że nie mamy ubezpieczenia. Kosztuje 25€ ale jak damy celnikowi po 10€ to on odda nam dokumenty i możemy jechać. Co robić dajemy. Nie chcemy ryzykować i spędzić tu całej nocy. Oczywiście ten odjazd natychmiast to też ściema. Tak czy tak potrwa to jeszcze dwie godziny. W końcu ruszamy i dostajemy dokumenty wartości 30 Cidi czyli przepłaciliśmy 200 zł. Biorąc pod uwagę że nie często mają takich leszczy a do podziału jest kupa osób to nie jest najwyższa cena.

Najważniejsze że w końcu wjeżdżamy do Ghany. Jeszcze tylko jeden posterunek policji gdzie już na nas czekają, jeszcze jedna pieczątka i możemy śmigać po Ghanie bez ograniczeń. Nasz aktualny plan to Park Narodowy Kumasi. Jest już późno i nie mamy szans dojechać. Zaczyna robić się ciemno. Szukamy miejsca na biwak ale zaczyna się kłopot. To nie jest subsaharyjska pustynia. Tutaj roślinność wybucha tak gwałtownie że znalezienie miejsca na biwak graniczy z cudem. W końcu zatrzymujemy się przy drodze. Aktualnie jest 22.00. Wszyscy już śpią tylko ja piszę. Mam nadzieję że jutro w końcu Park Narodowy mnie olśni. A na razie dobranoc.

Dzień trzynasty
Tarkwa – Winneba

[ext_img=s]2312[/ext_img]

Wczoraj pisałem tylko źle o Ghanie ze względu na problemy na granicy więc teraz kilka obiektywnych zdań. Wjeżdzając do Ghany nie trudno spostrzec że to już całkiem inny kraj. Inna Afryka. Te które odwiedziliśmy do tej pory są w jakimś letargu czekając nie wiadomo na co. Natomiast Ghana żyje. Oczywiście to ciągle Afryka ale przynajmniej coś się dzieje. Widać dużo inwestycji. Chińczycy budują drogi i nawet całkiem nieźle im się to udaje. Na drogach pojawia się nawet oznakowanie poziome i pionowe. Ludzie są zdecydowanie bardziej aktywni. Nawet łupienie turystów na granicy to w końcu też jakaś forma aktywności gospodarczej

Zupełnie znikają lepianki a nawet pojawia się gdzieniegdzie cegła. Oczywiście króluje pustak. Piękne rezydencje też nie są rzadkością. Stacje benzynowe wyglądają jak stacje i mają klimatyzowane sklepiki. Mimo wszystko to ciągle Afryka.

Ale wracajmy do poranku. Wstajemy w nie najlepszych humorach i nie wyspani. Trudno zasnąć jeżeli nad głową jeżdżą ciężarówki. Na dodatek wszystko jest wilgotne i mokre namioty musimy pakować do worów. Na dodatek okazuje się że Ernestowi coś się popierdzieliło. Chcemy zwiedzić Park Narodowy Kakum a jesteśmy na drodze do Kumasi. 100 km w plecy. Rewelka. Odpalamy motki i w końcu dojeżdżamy do Kakum. Po drodze kupujemy banany i ananasy. Nie muszę dodawać że smak ananasa też jest wyborny. Park Kakum to jedna z najwiekszych atrakcji Ghany, szczególnie kilkaset metrów mostów linowych wiszących 40 m nad ziemią. Nie żałujemy trzygodzinnego spaceru. W końcu możemy poczuć w pełni jak smakuje afrykańska dżungla.

Podczas zwiedzania nurtuje mnie i Tomka jak oni skonstruowali te mosty linowe a szczególnie jak zamontowali pierwszą linę bo dalej to pikuś. I tu z pomocą przychodzi nasz przewodnik. Rozwiązanie zagadki jest banalnie proste. Pierwszą linę wystrzeliwali z łuku. Dopiero pózniej na drzewo wdrapywał się robotnik i na bazie tego realizowali całą konstrukcję. Ponieważ jest niezbyt późno postanawiamy pociągnąć jak najdalej się da. W okolicach miejscowości Winneba znajdujemy hotel. Powtarza się sytuacja z Grand Bassam. Niektóre hotele nadzorowane są przez jakieś misje. W każdym pokoju leży Nowy Testament. Dlatego każdy z nas musi wziąć osobny pokój mimo że są one wielkie i łóżka również. Po prostu dwóch mężczyzn wg ich zasad nie może spać w jednym pokoju. Na szczęście Eryk targuje bardzo niską cenę. Zostaje trochę kasy żeby iść do lokalnego baru na piwo. Pijąc ten wspaniały trunek razem z Erykiem chłoniemy Afrykę każdym zmysłem. To są właśnie te niepowtarzalne chwile w podróży kiedy można się poczuć bardzo szczęśliwym. Dzisiaj z pewnością się wyśpię.


Dzień czternasty
Winneba - Atakpame. Dystans 423 km

[ext_img=s]2313[/ext_img]

Niestety myliłem się mówiąc wczoraj że się wyśpię. Otóż kiepsko spałem. Może powodem była bezszmerowa klimatyzacja a może fakt że jakoś się nie lepię po kąpieli. Być może mój organizm zaczyna źle znosić takie wygody

Dlatego pukający do drzwi Erni wcale mnie nie budzi. Szybko się zbieramy i już o godzinie siódmej jesteśmy zatankowani i ruszamy na granicę z Togiem. Ruch jest koszmarny. Afrykańscy kierowcy nie przestrzegają żadnych reguł. Kto silniejszy i bardziej bezczelny, ten lepszy. Czasami naprawdę bywa niebezpiecznie. Na szczęście jakoś udaje nam się dotrzeć w jednym kawałku na granicę i tutaj zaczyna się kolejny horror. Najpierw odprawa po stronie ghanijskiej. Trzeba odprawić motocykle i zapłacić po raz wtóry, tym razem za wyjazd. Pózniej pogranicznicy. Wypełniamy jeszcze raz formularze te same co przy wjeździe. Po co. Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Stoimy w dwóch kolejkach. Uff. Udało się. Ani na krok nie odstępują nas tutejsi pomagierzy. Czasami ich pomoc okazuje się przydatna żeby wiedzieć gdzie iść. Poza tym w ogóle. Przy tym za każdym razem próbują nas naciągnąć. Przy wizie im się nie udaje bo urzędnicy imigration szybko ich gonią i płacimy mniej. Pozostaje jeszcze odprawa motocykli. Znów próbują nas naciągnąć i znów im się nie udaje. Na koniec dostają równowartość 8€ czyli 5000 Cefa. Nie są zbyt szczęśliwi ale na tyle wyceniliśmy ich pomoc.

[article_adv]

Niestety plany poszły się j...ć. Chcieliśmy jechać do Aneho historycznej stolicy Togo i przeprawić się łodziami na wyspę. Niestety kolejny dzień nam uciekł. Dlatego po osiagnięciu najbardziej oddalonego punktu podróży po przejechaniu 4500 km lądujemy na plaży w Lomo stolicy Togo. Siadamy i podejmujemy decyzję powrotu na północ. Teraz będziemy już tylko bliżej domu. Oddalimy się co prawda na wschód i wjedziemy do Beninu, ale zrobimy to offem unikając wielkich przejść. Panuje tam straszna korupcja i brak poszanowania człowieka. Z kolei na tych małych to my jesteśmy atrakcją i idzie wszystko załatwić. Po przejechaniu prawie 100 km znajdujemy hotel w miejscowości Atakpame. Niestety w Togo przez dwa dni nie działa internet więc po kąpieli od razu możemy "wyjsć na miasto". Po kilkudziesięciu metrach znajdujemy super miejsce gdzie młoda Togijka przyrządza pyszną sałatkę. Do tego dwa piwa i idę spać. Nie mogę pisać bo litery mi się już zaczynają zamazywać. W takim razie dobranoc i do jutra.

Dzień piętnasty
Atakpame - Badou wodospad. Dystans 98 km

[ext_img=s]2314[/ext_img]

Rano próbujemy zaplanować dalszą drogę. Szybko jednak dochodzimy do wniosku że planowanie trasy na kilka dni do przodu w Afryce nie ma sensu. Dlatego ustalamy tylko najbliższy cel czyli największy wodospad w Togo i ruszamy. Wyjazd z miasta jak zwykle paskudny ale kilka kilometrów za miastem zaczyna się fantastyczna górska droga z wieloma zakrętami. Jedyny mankament to fakt że te ostre zakręty nie są asfaltowe więc trochę trzeba zwolnić ale mimo wszystko jest to jak do tej pory najciekawsza droga jaką tutaj jechałem. Wjeżdżamy na wysokość 800 m n.p.m. To co mnie miło zaskakuje w Togo to bardzo dobre oznakowanie dróg. Zaznaczone są wszystkie roboty drogowe i wszystkie pułapki które mogą na nas czekać. W Afryce widzę to po raz pierwszy.

Rownież wioski przez które jedziemy są bardzo zadbane i czyste. Musimy oczywiście zatrzymać się na punkcie kontrolnym przed wodospadem chyba dlatego że to strefa przygraniczna. Jak zwykle są jakieś problemy ale w końcu nas puszczają i docieramy do wioski skąd zaczyna się ścieżka pod wodospad. Ponieważ czeka nas półgodziny spacer korzystamy z miejscowego "hoteliku" przebieramy się i gasimy pragnienie piwem. Tak przygotowani ruszamy z naszymi przewodnikami w drogę. Po pół godzinie docieramy pod wodospad i wszyscy stwierdzamy że z pewnością było warto. Widok jest imponujący a przecież to pora sucha. Jak to musi wyglądać w porze deszczowej ? Oczywiście korzystamy z możliwości i pływamy w lodowatej wodzie pod spadającymi kaskadami wodospadu. Niesamowite przeżycie i przy okazji w drogę powrotną ruszamy odświeżeni.

Nasz przewodnik tłumaczy nam że pora sucha czyli nasza zima to najgorszy okres do zwiedzania Afryki. Przyroda jest bardziej żółta niż zielona. Dopiero w maju wybucha całą swoją okazałością i wówczas najlepiej ją podziwiać. Wracamy do wioski i tu następuje "rozłam" w grupie. Ernest z Darkiem i Maćkiem jadą offem dalej. Ja z Erykiem i Tomkiem dochodzimy do wniosku że to nie ma sensu. Zostajemy na miejscu. Pokoje są bardzo skromne ale kosztują tylko po 5€ i czujemy że spędzimy tutaj miło czas. I nie mylimy się. Co prawda najpierw trzeba wyjąć gwoździa i zakołkować oponę w moim GS-ie ale potem jest już bardzo wesoło.

W końcu możemy napić się zimnego piwa i whisky. Pogadać do wieczora o głupotach i pobawić się razem z mieszkańcami wioski którzy licznie ściagają do naszego baru. W końcu nie często tu zaglądają "białasy" i jesteśmy dla nich dużą atrakcją. Mamy czas rownież zaprzyjaźnić się z naszym przewodnikiem. Jest to 35-letni chłopak który skończył socjologię ale nigdy nie znalazł pracy i ciągle szuka sposobu na życie. W Afryce to standard. Idąc spać jednogłośnie stwierdzamy że był to nasz najwspanialszy dzień spędzony w Afryce.


Dzień szesnasty
Badou - Kara. Dystans 356 km

[ext_img=s]2315[/ext_img]

Budzę się rano niesamowicie wypoczęty i w świetnej formie. Biorąc pod uwagę ilość wczoraj wypitego alkoholu to zakrawa na cud :-) Dochodzę do wniosku że to z pewnością zbawienny wpływ wodospadu na klimat wioski w której spędziliśmy ten wyjątkowy wieczór. Ledwo zdążyłem wstać a już pojawia się tutejszy mechanik-wulkanizator z chińską pompką. Chyba ją zaiwanił Ernestowi. Jak on sobie bidul poradzi na tym offie biorąc pod uwagę że jest specjalistą od łapania gum

Pompka jest potrzebna do napompowania naprawionej wczoraj opony. Na szczęście Eryk spisał się na medal i opona trzyma ciśnienie. Można ruszać.

[article_adv]

Jak to w życiu bywa za wszystko trzeba zapłacić. Wczorajszą zabawę musimy nadrobić goniąc asfaltem w kierunku granicy z Beninem. Nie jest to wielka frajda jednakże nawet w takiej sytuacji można znaleźć przyjemne momenty. Gdzieś w połowie drogi postanawiamy zatrzymać się przy straganie zjeść coś słodkiego i wypić kawę. Z tym pierwszym nie ma problemu. Mają fajne pączko-racuchy. O kawie nie ma co nawet marzyć. My jednak jesteśmy przygotowani na każdą okazję. Eryk wyciąga kuchenkę, menażkę i kawę. Ze straganu pod daszek w cień przynoszą stolik, krzesełka i szklanki. Ni stąd ni zowąd jak spod ziemi pojawia się gromadka dzieci i dorosłych. Tak jest zawsze jak tylko się gdziekolwiek zatrzymamy. My i nasze motocykle zawsze jesteśmy dla lokalesów wielką atrakcją. Tym razem jeszcze większą atrakcją jest kuchenka gazowa. Miejscowi zachodzą pewnie w głowę jak my tam do środka upakowaliśmy ten węgiel drzewny. W końcu to ich podstawowe paliwo.

Częstujemy ich kawą i to dopiero jest dla nich zaskoczenie. Zachwycają się jej smakiem wychwalając w swoim języku pod niebiosa. W takich chwilach człowiek sobie zdaje sprawę że to co dla nas jest zwyczajną, powszednią rutyną dla innych może być największym rarytasem. I właśnie takie proste zdarzenia często najdłużej zapadają w pamięci. Jednak nie możemy za długo marudzić. Tomek rozdał już wszystkie długopisy, Eryk spakował sprzęt więc trzeba się zbierać. Reszta trasy przebiega nam równie sprawnie jak wszystko tego dnia. Grunt to dobra organizacja i dyscyplina.

Przed miastem Kara zatrzymujemy się na stacji benzynowej żeby przeanalizować sytuację. Od Ernesta nie mamy żadnej wiadomości ale jakoś nas to nie dziwi. Jest jeszcze wcześnie. Postanawiamy nie jechać dalej bo to chyba jedyne miejsce na naszej trasie gdzie możemy znaleźć jakiś hotel. Dość szybko i sprawnie znajdujemy takowyż z klimatyzacją i internetem. Szybka kąpiel. Rzeczy do prania przekazujemy pani która tylko na to czekała i ruszamy w miasto. Chociaż raczej to jedno wielkie targowisko, złomowisko itp. Jedyny plus znajdujemy knajpkę na dodatek z menu po niemiecku więc przynajmniej wiemy co wybrać. Jedzenie jest fantastyczne. Raczymy się nim na tarasie popijając zimnym piwem i patrząc na zgiełk i harmider kłębiący się przed nami. Humory dopisują. Szczególnie rozbawia nas widok kobiety niosącej felgę samochodową na głowie. Wiemy że Afrykanki są w tej dziedzinie dobre ale to to już mistrzostwo świata. Ponieważ nadal nie mamy wiadomości od Ernesta dochodzimy do wniosku że dalej będziemy sobie radzić dalej ale nie mamy z tym związanych wielkich obaw. Wyśpimy się i jutro pojedziemy do Beninu.

Dzień siedemnasty
Kara - granica z Burkina Faso. Dystans 290 km

[ext_img=s]2316[/ext_img]

Jednak hotelik to hotelik. Ciuchy daliśmy do prania i rano wszystko wyorane i złożone w kosteczkę czekało na nas w pokoju. Zjedliśmy lekkie śniadanko i nie mając żadnej wiadomości od Ernesta postanawiamy jechać sami do Beninu. Szybko docieramy na granicę i jesteśmy bardzo zdziwieni nawet podwójnie. Odprawa przebiega bardzo sprawnie i grzecznie. Niestety drugie zdziwienie jest już mniej przyjemne. Erni mówił że wiza kosztuje 10-15€. Akurat, tyle kosztowała ale w ubiegłym roku. Aktualna cena to prawie 50€ za dwudniową tranzytową wizę. Tak w ogóle to mam dobrą radę dla wszystkich wybierających się do Afryki. Nie ma sensu wyrabiać wiz na granicy.

Szczególnie jeżeli ma być ich więcej. Zawsze wychodzi to drogo bo dochodzą jakieś dodatkowe opłaty. Najlepiej zlecić to jakiejś wyspecjalizowanej firmie pośredniczącej. Ona zrobi to za niewielką opłatą i macie spokój. My robiliśmy to sposobem chałupniczym i przez to na każdej granicy tracimy bardzo dużo czasu i pieniędzy. Na szczęście benińscy funkcjonariusze są przynajmniej mili i uprzejmi co osładza nam gorycz wydanych pieniędzy. Nareszcie wjeżdżamy do Beninu i pierwsze co się rzuca w oczy to świetna droga biegnąca od granicy i ogólny porządek panujący w tym kraju. Nie ma tłumów dzieciaków i dorosłych wzdłuż ulic i dróg. W ogóle nie ma tego afrykańskiego rozgorączkowania. Benin wygląda jakby był w przeszłości kolonią niemiecką a nie francuską. Jak zawsze krótki postój na kawę którą przyrządzamy sobie sami i croissanty które oczywiście kupujemy. W końcu przed nami 200 km białej drogi czyli musowo off. Bo przecież w Afryce nawet żółte drogi nie zawsze są asfaltowe. Jakie jest nasze zdziwienie gdy ta droga którą zaplanowaliśmy na cały dzień jazdy okazuje się doskonałym asfaltem który pokonujemy w dwie godziny. Szybka decyzja i zjeżdżamy offem pod słynny wodospad w Parku Narodowym Penjari.

Droga jest bardzo fajna. Szuterek, trochę kamieni, troszkę piachu. Wszystkiego w sam raz. Oczywiście nie może się obyć bez tradycyjnej kąpieli w wodospadzie. Tym razem woda okazuje się dużo cieplejsza więc pływamy zdecydowanie dłużej. W drodze powrotnej spotykamy zagubioną trójkę wraz z Ernestem który przez dwa dni nie mógł znaleźć sieci żeby odpisać na SMS-a. Bidulek. Najważniejsze że Maciek jest już w dużo lepszej formie fizycznej co rownież odbija się na jego formie intelektualnej. Dlatego podejmuje jedyną, rozsądną w tej sytuacji decyzję i zabiera się z nami rezygnując z wodospadu. Jest już dość późno i raczej nie ma to większego sensu. Po powrocie na asfalt i przejechaniu 30 km w kierunku granicy z Burkina Faso znajdujemy w końcu jakieś miejsce na biwak i rozbijamy namioty. Ernest i Darek oczywiście nie docierają chociaż obiecali. Nie martwimy się tak bardzo natomiast bardzo doskwiera nam brak zawartości rotopaxa. Trudno, dzisiaj pójdziemy spać o suchym pysku. Bywa i tak


Dzień osiemnasty
Granica z Burkina Faso – Sabou. Dystans 497 km.

[ext_img=s]2317[/ext_img]

Spanie pod namiotem ma ten plus że wcześnie się wstaje. Podczas gdy my pijemy kawę dojeżdżają do nas Erni z Darkiem. Wczoraj nie mogli do nas zjechać bo była jakaś zadyma i bardzo agresywni ludzie w pickupie więc rozbili się 2 km dalej. Szybko się pakujemy i jedziemy na granicę z Burkina Faso. Policjanci na granicy probują nam wytłumaczyć że myśleli już że nam poderżnęli gardła. Podobno wczoraj w okolicach gdzie spaliśmy właśnie w ten sposób kogoś pozbawiono życia a ponieważ nas stracili z radarów myśleli że z nami mogło stać się to samo. Chyba są trochę przewrażliwieni. Na granicy po raz pierwszy sprawdzają nam bagaże. Za granicą kontrola za kontrolą. Do widoku policji z długą bronią już się przyzwyczailiśmy. Ale widok regularnego wojska w kamizelkach kuloodpornych i z kałasznikowami świadczy o powadze sytuacji.

[article_adv]

Na dodatek pierwsze 200 km to droga dziurawa jak szwajcarski ser. Trzeba zachować maksymalną koncentrację żeby utrzymać jakąś sensowną prędkość i jednocześnie zachować fabryczny kształt naszych felg. Po 200-tu km droga się poprawia ale podobnie jak w całej Afryce i tutaj uprzykrzają nam życie progi zwalniające. Są w każdej wiosce i są ,jak na nasze standardy, monstrualnych rozmiarów. Po sześciu tysiącach przejechanych kilometrów już nam chce się rzygać na ich widok i to dosłownie bo każdy taki próg to huśtawka góra-dół. No i oczywiście ciągle kontrole. Na jednym z posterunków cofają nas kilka kilometrów do dowódcy jednostki. W tym momencie już nie wytrzymuję i mówię ostro co o tym myślę. Na każdy mój zarzut otrzymuję tę samą odpowiedź. "To Burkina Faso nie Polska". Tomek z Darkiem idą się odlać pod lufą karabinu. Niewątpliwa atrakcja.

Przed nami jeszcze przejazd prze Wagadugu, kilkumilionową stolicę Burkiny. Ruch nieprawdopodobny, rzeka mopedów stosujących się do sobie tylko znanych przepisów. Jadę pierwszy i w pewnym momencie tracę chłopaków z pola widzenia. Niełatwo jest zawrócić w tym ruchu na dwupasmówce. W głowie kołaczą się najgorsze myśli. Na szczęście po kilkuset metrach widzę Maćka na dróżce dla mopedów a Eryka i Tomka na poboczu. Africa znowu klękła. Ledwo zdołałem się zatrzymać a na Maćka wpada rowerzysta. Nie miał szans na unik. Kierownica pogięta. Jaja jak berety. To chyba nie jest dobre miejsce na postój. Spychamy moto na pobocze a Maciek szybko usuwa usterkę.

Teraz już bez przeszkód docieramy do Morza Krokodyli w Sabou. Ja już zdążyłem zwątpić że znajdziemy jakiś nocleg ale są bardzo fajne afrykańskie domki nad samym brzegiem. Łóżko z moskitierą i twardym materacem. Mam śpiwór i będzie ok. Jest rownież prysznic. Toalety na zewnątrz ale da się przeżyć. Ja dostaję nawet swój jednoosobowy domek żebym mógł spokojnie pisać dla Was tę relację. Zjadamy kolację. Jaj nie urywa ale poprawiamy humor resztkami z rotopaxa i idziemy spać. Z krokodylami przywitamy się jutro.

Dzień dziewiętnasty. Sabou - Bobo Dioulasso
Dystans 273 km

[ext_img=s]2318[/ext_img]

Poranek i śniadanie nad Morzem Krokodyli. Szumna nazwa ale to raczej bajorko niż morze. Po śniadaniu idziemy nakarmić z naszym opiekunem Michaelem krokodyle. Trochę jesteśmy zdziwieni chodzącymi przy brzegu osłami i świnkami ale Michael objaśnia nam że krokodyle, których jest ponad setka, są regularnie dokarmiane żeby nie stanowiły zagrożenia. Świeżo zabitym kurczakiem udaje nam się wywabić kilka z nich na sesję zdjęciową. Nie są może wielkie ale ich uzębienie i tak robi na nas spore wrażenie. Jeszcze tylko sweetfotka z Michaelem i ruszamy w drogę.

Tym razem wiemy dokładnie dokąd jedziemy. Michael wcześniej zadzwonił do swojego kolegi w Bobo, Chabrela i zamówił nam hotel i zorganizował zwiedzanie. Bobo-Dioulasso to najbardziej znane turystyczne miasto w Burkina Faso i chyba już nasz ostatni postój turystyczny. Dalej już tylko ponad 3000 km paskudnych dróg po Mali, Mauretanii i Saharze Zachodniej. 270 km do Bobo to afrykańska rutyna. Nic się ciekawego nie dzieje oprócz tego że znowu klęka Maćkowa Africa. Ale to też już właściwie rutyna. Wymiana przepalonego bezpiecznika nic nie daje bo nowy spala się równie szybko. Trzeba znaleźć przyczynę. Szczególnie ż Maćkowi został już ostatni bezpiecznik. Na szczęście Eryk tak na wszelki wypadek ma cały komplet mimo że jego BMW nie ma przecież bezpieczników :-) Maciek odłącza wcześniej uszkodzoną pompę z obwodu i wszystko gra. Możemy jechać dalej.

O dziwo przez Bobo przejeżdżamy całkiem szybko i bez trudu znajdujemy nasz hotel a nas równie szybko znajduje Chabrel, daje Erykowi na tylne siedzenie chłopaka z firmy i w normalnych ciuchach bez kasków ruszamy na zwiedzanie Bobo. Najpierw do muzeum ale to nas nie porywa. Pózniej największy i najstarszy meczet w Burkina i na koniec największa wg mnie atrakcja czyli najstarsza dzielnica Bobo-Dioulasso będąca zarazem jego kolebką. Chociaż nie jest to atrakcja w naszym tego słowa rozumieniu. Tutaj mieszkają ludzie w tragicznych wręcz warunkach. Brud, śmieci odpady wręcz niewyobrażalne. Nie lubię nadużywać tego zwrotu ale "tego naprawdę nie da się opisać". Być może zdjęcia choć trochę oddadzą charakter tego miejsca. Na mnie robi to porażające wrażenie. Fakt że w tym samym czasie na tym samym globie mogą jednocześnie istnieć np Nowy York i ta dzielnica nie mieści się w głowie. Ja daję się skusić na wypicie lokalnie wyrabianego piwa chociaż obserwując to w jakich warunkach jest wyrabiane, wymaga to niemałej odwagi. Oprócz tego kupuję sobie kolejną czapkę z wyprawy. To taki mój zwyczaj :-)

Wieczór jest bardzo przyjemny więc odstawiamy motocykle i idziemy naprzeciwko hotelu do restauracji. Próbujemy typowych afrykańskich dań i raczymy się piwem. Po drodze do hotelu kupujemy jeszcze dwie buteleczki wina. To już ostatnie podrygi. Wkrótce Mauretania i zero alkoholu. Ale i na tę okoliczność mamy "zamelinowaną" resztkę rotopaxa. W hotelu czeka na nas Chabrel ze swoją dziewczyną żeby wyciągnąć nas na miasto ale grzecznie mu dziękujemy. Jesteśmy już mocno zmęczeni. Cały dzień jazdy w 34-ro stopniowym upale oraz zwiedzanie dały się trochę we znaki a jutro planujemy kolejne 600 km. Dopijamy więc winko i idziemy spać.


Dzień dwudziesty. Bobo Dioulasso - Segou
Dystans 490 km

[ext_img=s]2319[/ext_img]

Dobrze że wczoraj porozmawialiśmy jeszcze z Chabrelem o drodze do Bamako. Okazało się że ta którą planowaliśmy pojechać na Sikasso jest w bardzo kiepskim stanie. Dlatego razem z Erykiem i Tomkiem postanawiamy wybrać dłuższy wariant i pojechać na Koury. Nałożymy 60 km ale nadrobimy to prędkością. Ernest, Darek i Maciek wybierają krótszą drogę ale przy ich problemach sprzętowych to całkiem rozsądne rozwiązanie bo i tak szybciej nie pojadą. Dojeżdżamy na granicę i tu jak zwykle zaczynają się korowody. Wielokrotnie zadawane te same pytania. Zero komunikacji w języku angielskim i mnóstwo upierdliwych formalności.

[article_adv]

Na szczęście dla nas trafiamy na wyjątek. Jeden z funkcjonariuszy jest bardzo sympatyczny i dobrze mówi po angielsku. Gdy tylko usłyszał że jedziemy przez Segou od razu powiedział że musimy tam zostać bo właśnie w ten weekend odbywa się tam jeden z największych festiwali muzyki etnicznej w Afryce. Ale fart. Nie wahamy się ani chwilę i zmieniamy plany. Postanawiamy zostać w Segou i obejrzeć festiwal. Co prawda Erni chciał nas jeszcze wyciągnąć na północ Mauretanii żeby obejrzeć jakiś kamień, ponoć całkiem duży, my jednak wybieramy imprezę.

Zobaczymy się pewnie dopiero w Dakhli. I to jest właśnie przygoda a planowanie to, jak mawiają mądrzy ludzie, czas stracony. Opuszczamy bez żalu Burkinę Faso i wjeżdżamy do Mali. Czeka nas monotonnych 300 km. Jak na Afrykę to spory dystans. O jakości dróg już pisałem. Ilośc i częstotliwość występowania dziur jest tak duża że nie można sobie pozwolić na chwilę dekoncentracji. Nawet jak jest odcinek dobrej drogi to i tak trzeba zachować rozsądną prędkość bo krowy i kozy to dla nas równoprawni użytkownicy drogi tylko trochę mało przewidywalni. Do tego dochodzi upał. Co prawda na nas już te 35 stopni nie robi wrażenia ale po całym dniu jazdy, zmęczenie i trudność z utrzymaniem koncentracji dają się mocno we znaki. Na dodatek przez cały dzień nie możemy znaleźć miejsca w którym moglibyśmy coś zjeść. Wizyta w jednej z "restauracji" nawet mnie odrzuciła a przecież wszyscy którzy mnie znają, wiedzą że jestem w stanie zjeść prawie z każdego "pieca". Jedynym naszym pożywieniem są banany. Zapasy mamy zbyt głęboko schowane. Jutro je przypakujemy.

Dlatego z radością kończymy dzisiejszą jazdę w Segou. Hotel który przypadkowo wybrałem w nawigacji okazał się strzałem w dziesiątkę. Piękny i położony nad samym brzegiem Nigru. Parkujemy nasze motocykle w bezpieczne miejsce, przebieramy się i ruszamy natychmiast do wioski festiwalowej. Co prawda to 3 km " z buta" ale nie wahamy się nawet minuty. Spacer jest bardzo fajny bo możemy przy okazji obserwować lokalne życie z prędkością trochę mniejszą niż z motocykla. Festiwal to istna feeria barw, dźwięków i smaków. Po ścisłej kontroli przez antyterrorystów dostajemy się do środka. Pierwsze co robimy to "rzucamy się" na piwo. Cały dzień jazdy, upał i spacer zrobiły swoje. Zaspokoiwszy pragnienie możemy delektować się festiwalowym życiem. Fantastyczna muzyka, tańce i żywiołowa reakcja widzów robią na nas ogromne wrażenie. Niestety w pewnym momencie zdajemy że jest już noc i trzeba wracać. Przy wyjściu napotykamy stragan. Obiecaliśmy że nic już nie będziemy jeść ale widząc te długie bułeczki napełnione szaszłykiem warzywami z grilla i jakimiś przyprawami nie możemy się oprzeć. Akurat mamy szczęście że stoją tam trzy sympatyczne i nawet niebrzydkie dziewczyny które pomagają nawet skonfigurować taki zestaw smakowy. Bardzo im dziękujemy i rozkoszujemy się prawdziwym smakiem Afryki kierując się w stronę hotelu. W pokoju do północy wymieniamy się wrażeniami napoczynając resztki z rotopaxa przeznaczone na czarną godzinę. Jeszcze raz mogę stwierdzić. Planowanie - czas stracony.

Dzień dwudziesty pierwszy. Segou - Diema
Dystans 601 km

[ext_img=s]2320[/ext_img]

Zaraz po przebudzeniu wracają do nas echa wczorajszej wizyty we wiosce festiwalowej. Żal nam że nasi koledzy w pędzie do monstrualnego kamienia przepuścili taką możliwość zobaczenia Afryki w pełni okazałości jej kultury. Ale cóż, bywa i tak.

Wstajemy z przekonaniem że tutaj już nic lepszego nas nie spotka. I w pewnym sensie mamy rację. Śniadania w całej Afryce są marne. Ale nie ma znaczenia co się je jeżeli spożywa się ten posiłek na tarasie nad brzegiem Nigru. My tutaj sobie wcinamy małe co nieco a 100 m dalej rybak wybiera ze swojej łódki wczoraj zastawione sieci. A obok robotnicy uwijają się wyładowywując drewno dopiero co zaparkowanej barki. Afryka w całej, spokojnej i niespiesznej okazałości. Niestety my, Europejczycy śpieszymy się po nową przygodę. Ciągle nam mało. Droga do Bamako pyszna. Równiutka i w końcu 200 km bez "leżących policjantów". Jadę, o zgrozo, na tempomacie. Następny punkt programu przejazd przez Bamako. Chciałbym przy okazji zauważyć że tutaj w Afryce pojęcie takie jak obwodnica jest zupełnie nieznane. W związku z tym każdy kto na swojej drodze ma którąś z tych wielomilionowych, tętniących życiem aglomeracji musi się w nią zagłębić. Tym razem wyjątkowo sprawia mi to ogromną przyjemność. Jestem w dobrej dyspozycji i przeciskanie się między autami i wdzierającymi się z każdej strony "motopiździkami" sprawia mi wyjątkową przyjemność. Są chwile grozy, adrenalina buzuje ale w końcu po to się żyje :-)

Następne 200 km to niestety powrót do rzeczywistości. Nierówny asfalt, dziury, w końcu szuter z resztkami asfaltu. Na początku naszej eskapady jak tylko widzieliśmy kawałek szuterku to każdy z nas odkręcał gaz ile fabryka dała. Teraz jest inaczej. W rozmowach między sobą nie wstydzimy się że jesteśmy już mocno zmęczeni. 7 000 km po trudnych a czasami wręcz ekstremalnie trudnych drogach w upale i słońcu zrobiły swoje. Do zamknięcia naszej pętli mamy mniej niż 3 000 km. Chcemy dowieźć siebie i nasze motki w całości do Dakhli pamiętając o tym że najwięcej nieszczęść zdarza się na ostatniej prostej przed domem. Dlatego nie kozaczymy i spokojnie lawirujemy między dziurami.

W miejscowości Didjeni robimy krótką przerwę na małe co nieco. Tomek wypatrzył grilla z mięsem. Wygląda okropnie czyli tak jak lubię. Znalazłem w Tomku kompana do kuchennego ryzyka. Tomek pyta się czy to "muuu". Na szczęście to "beee" i od razu zamawiamy dwie porcje. Nic to że szef nakłada wszystko rękoma. Ważne że dodaje cebulę , przyprawy i wykałaczki i wszystko podaje na kawałkach worka po cemencie. Pyyyycha. Niestety trzeba szybko jeść bo nam białasom czas szybko ucieka. Mapa wskazuje jakąś drogę, moja nawigacja rownież ale to totalny piach. 150 km nie damy rady. Brakuje czasu. Na szczęście Tomek ma inną mapę i dzięki niemu znajdujemy tę właściwą drogę. Od razu przypomina mi się Frank Sinatra w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego i podążamy właściwą drogą. Na punkcie kontrolnym w Didjeni dowiadujemy się że nasi już tu byli w pędzie do wielkiego kamienia. My, w odróżnieniu od nich rozbijamy obozowisko przed granicą i postanawiamy przeczekać do jutra. Z sąsiedniego namiotu Tomek krzyczy żebym napisał o rozgwieżdżonym niebie więc piszę ale się specjalnie nie przyglądałem. Niebo jak niebo. Widziałem je na Atacamie i jak mawiają starożytni Rzymianie, "chwatit". Trzymajcie się ciepło bo my nic innego nie robimy. Dobranoc

Czytaj ciąg dalszy tutaj.

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458475307" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(58) "https://facetpo40.pl/motocykle/afryka-zachodnia-2016-cz-2/" ["link_info"]=> string(20) "Dalszy ciąg wyprawy" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1997" ["visits_counter"]=> string(4) "9378" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [3]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1996" ["slug"]=> string(20) "dalej-niz-dakar-solo" ["dont_use_tags"]=> string(0) "" ["title"]=> string(23) "Dalej niż Dakar. Solo." ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(445) "Luty - sezon ogórkowy w temacie związanym z jazdą motocyklem, wiadomo zamiast motorów rządzą narty. Środek astrologicznej zimy każdego zapalonego moto maniaka nastraja raczej pesymistycznie…2 lata temu o tej porze roku kończyłem swój pierwszy w życiu rajd. Budapest – Bamako – najdłuższy amatorski rajd świata, często nazywany „niskobudżetowym Dakarem” dla każdego, zadziałał na mnie jak przysłowiowy lep na muchy." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(18481) "

Hasło rajdu bardzo wymowne – Anyone. By Anything. In Any Way. By Any Means. Nic więcej nie potrzebowałem żeby poczuć motyle i dostać pozytywnego pierdolnięcia ;) I inne podhasła które rozpalały moją wyobraźnię – „The World’s Largest Amateur Rally”, „Low-budget Dakar alternative”, „Dakar for the poor”, „Ultimate African Road Trip”. Marzenie żeby stanąć na mecie najtrudniejszego kiedyś rajdu świata. Bezcenne.

[ext_img=s]2340[/ext_img]

Od tego się zaczęło – od marzenia o Dakarze

[article_adv]Rajd ten, biegnący w większości przez dakarowe odcinki – nie może zostać obojętnym dla każdego kto choć raz widział i przeżywał te uczucia w telewizornii. Kto pamięta te lata to doskonale wie o co chodzi. To była magia. Cały świat śledził zmagania pustynnych jeźdźców, codziennie wyczekując wieczornych wiadomości i kolejnych doniesień z rajdu. Bez nowoczesnych środków łączności te chwile były jak przekaz z nie z tego świata. I te twarze z odciśniętym znojem, potem i wysiłkiem. Chyba każdy facet gdzieś w środku gniótł w sobie skrajne emocje. Podziw, odwaga, strach i obawa. Ten rajd zbudował mit który trwa do dziś. Legenda która wciąż żyje i żyła też we mnie.

[ext_img=s]2341[/ext_img]

Marzenie o piaskach Sahary

Dużą zachętą i inspiracją żeby o tym „pomyśleć” była informacja, że nie istnieją żadne ograniczenia dotyczące pojazdów lub osób które mogą wystartować. No limits.

Generalnie są do przejechania dzienne etapy które należy ukończyć pomiędzy Budapesztem a….Bamako w Mali. Nie ma limitu czasowego. Niepisana zasada jest taka, aby zdążyć dojechać do kolejnego odcinka przed zachodem słońca. Punkty są przyznawane za ukończenie kolejnego etapu. Są dodatkowe wyzwania w postaci punktów za orientację w terenie. I najważniejsza zasada: pojazd nie ma obowiązku być na mecie tylko UCZESTNIK można ukończyć rajd po prostu z kimś innym z innym zespołem…więc hulaj dusza piekła nie ma! Piękna i cudowna alternatywa.

[ext_img=s]2342[/ext_img]

Trasa rajdu przez Afrykę

[ext_img=s]2343[/ext_img]

Poszczególne etapy w kilometrach


[article_adv] Oczywiście zgodnie z hasłami przewodnimi organizator praktycznie nie zapewniał nic oprócz numeru startowego, roadbook’a, pomocy w załatwieniu wiz i niezbędnych ubezpieczeń w każdym afrykańskim kraju przez który przebiegała trasa rajdu. Majestatyczne i czarowne Maroko, niewzruszona Sahara Zachodnia, magiczna, wręcz mistyczna Mauretania, kolorowy i radosny Senegal czy wreszcie entuzjastyczna Gambia, tam gdzie była meta w stolicy Banjul. Ze względu na sytuację polityczną ostatecznie zrezygnowano z dotychczasowej mety jaką była stolica Mali, Bamako.

[ext_img=s]2344[/ext_img]

Jeden z „hardkorowców” na ETZ 250

[ext_img=s]2345[/ext_img]

Nawet nasz „maluch” brał udział w edycji w 2013r, numer startowy 143

Organizator informuje, że transkontynentalny rajd nie jest dla niedzielnych kierowców; jest maksymalną przygodą z minimalną pomocą (w praktyce absolutnie żadną) obsługa nie posiada śmigłowców ratowniczych, holowników samochodowych, tłumaczy, prawników czy przewodników. Generalna zasada to poleganie na własnym szczęściu, zasobach i umiejętnościach. Jedyne co jest pewne na Budapest-Bamako to niepewność. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. To przygoda. To duże wydarzenie społeczności na dwóch kontynentach w ciągu 2 tygodni. 9000 km to wyzwanie dla maszyn i dla ludzi. Tyle słów zachęty. Albo zniechęcenia. Do wyboru.

[ext_img=s]2346[/ext_img]

Jeden z etapów przez pustkowia Maroka, dziś „tylko” 650 km

I z takimi informacjami zapisałem się we wrześniu na rajd. Start w styczniu. Motocykl zakupiłem w maju już z myślą o tym rajdzie. Kalkulowałem, obliczałem czytałem o dakarowskich legendach i wybór padł na jedyny optymalny i w miarę ekonomiczny motocykl - Yamaha Super Tenere XTZ 750. Jednocześnie zgodny z duchem low budget’owych założeń. Zrównoważona moc dwóch cylindrów, masa oleju, sucha miska, łatwość w obsłudze czy nawet dostępność części. Jak się później okazało decyzja ta była kluczowa planując rajd w pojedynkę. Legendarna niezawodność i trwałość jednostki napędowej (przebiegi nawet 250.000km). Zaufałem japońskim technologom z lat 80-tych kiedy to właśnie tworzyli z myślą o Dakarze. Masa żelastwa gwarantowała bezkompromisowość i w miarę bezawaryjność a o to przecież chodziło. Bez zespołu. Bez żadnego wsparcia. Bez oglądania się na nikogo. Wielka wiara we własne umiejętności prowadzenia ciężkiej (na sucho 240 kg) maszyny. I niezachwiana wiara w Tośka – tak nazwałem swojego nowego przyjaciela. Kompletny odpał.

[ext_img=s]2347[/ext_img]

Legendarna Yamaha Super Tenere XTZ 750 – model który wielokrotnie zdobył 1 miejsce w rajdzie Paryż - Dakar.

[ext_img=s]2348[/ext_img]

W oczekiwaniu na prom do Maroka

Na początku miałem jeszcze w miarę sporo rzeczy – w sumie razem ze mną było tego jakieś prawie 400kg. Bez szans na piaskach pustyni. Pozbywałem się balastu bardzo szybko jak tylko skończyły się utwardzone nawierzchnie. Niezbędne minimum do przeżycia. Lekki śpiwór, wędzona szynka która dawała radę w 40st upale, zapas paliwa i wody, ręczna profesjonalna pompka (niezbędna!) komplet kluczy, świec, regulator napięcia który lubił się palić, dętki i parę tam jeszcze szpejów.

[ext_img=s]2349[/ext_img]

Bagażnik na kanistry 

[ext_img=s]2350[/ext_img]

Maroko – na początku afrykańskiego odcinka mróz, zimno, śnieg, buty wersja zimowa, temperatura poniżej zera

[ext_img=s]2351[/ext_img]

Maroko – początkowy odcinek rajdu, wysokość ponad 2000m n.p.m. – przejazd przez Atlas Wysoki

[ext_img=s]2352[/ext_img]

Atlas Wysoki

[ext_img=s]2353[/ext_img]

A zaledwie kilka dni później tylko piach, suchy piach ….


[article_adv]W takich pięknych okolicznościach przyrody, banalna butelka z wodą stawała się lejkiem i wybawieniem w pośrodku niczego na 450 kilometrowym odcinku przez pustynię w Mauretanii. I zabawna historia, gdzie porywisty wiatr wyrywa mi ją z ręki i widzę jak oddala się w szybkim tempie i biegnę za nią jak szalony bo wiem, że jak jej nie dopadnę to stracę cenne litry przy wlewaniu paliwa z kanistra do baku…a ta skubana tańczy, turla, podskakuje a ja śmieję się do rozpuku widząc komizm całej tej sytuacji.

[ext_img=s]2354[/ext_img]

Etap do Laayoune 

A potem mega wyzwanie. Spalone sprzęgło jakieś 120km przed końcem kolejnego etapu. Zdradliwy odcinek nad oceanem i maź która dosłownie zalepiła Tośka na amen po silnik. I tu opatrzność miała mnie w swej opiece, bo pojawili się chwilę potem Słowacy swoim Jeepem Rangerem. Zabrałem się z nimi i wróciłem po motocykl z…Ministrem Turystyki Islamskiej Republiki Mauretanii który po długich negocjacjach zdecydował się mi pomóc (tylko 350 Eur ;) a był na kolejnym odcinku jako zabezpieczenie rajdu. To właśnie z powodu śmierci kilku Francuzów w Mauretanii przeniesiono rajd Paryż-Dakar do Ameryki Południowej.

Przeżyliśmy wspólnie chwile grozy jadąc brzegiem oceanu podczas przypływu – bezcenne - żeby skrócić sobie dystans. Dodatkowe 240 km tam i z powrotem po pustyni plus ponad 150km do najbliższego miasta gdzie lądujemy o 5.30 rano. 3h snu i jedziemy do lokalnego mechanika. Oczywiście sprzęgła nie ma, ale to NO PROBLEM. W Afryka jest wszystko. Po kilku godzinach faktycznie zjawia się inny ciemnoskóry jegomość z kółeczkami w ręce. Cena wywoławcza 400Eur. Zbijam do 200Eur po jakiejś pół godzinie, i tak nie mam wyjścia. Po zamontowaniu oczywiście sprzęgło ślizga ale nie jest tak źle. Jestem uratowany!!! Mogę jechać dalej i w kolejnym obozie witają mnie skonsternowane miny innych uczestników rajdu, którzy położyli już na mnie przysłowiowy krzyżyk.

Jestem dalej w grze. Ależ jestem dumny z siebie!

[ext_img=s]2355[/ext_img]

Znowu w trasie!!

[ext_img=s]2356[/ext_img]

Serwis Yamaha gdzieś na trasie – jeszcze w Maroku, potem pozostało już tylko zawierzenie w maszynę

Kolejne etapy w Senegalu już bardziej spokojne. Piaski pustyni zamieniły się w sawannę, pojawia się roślinność, drzewa i trawa. I bardziej utwardzone nawierzchnie. To miód dla nowego „sprzęgła”. Wioski i mnóstwo dzieci które co przystanek oblegały mnie zewsząd. Chłopacy dotykali każdego elementu Tośka z uwielbieniem i podziwem. W ich oczach widać było szczerą radość i fascynację z powodu „odwiedzin” gościa z innej planety. I wtedy dotarło do mnie że kiedyś ja sam, mniej więcej w ich wieku z niewiarygodnym namaszczeniem patrzyłem na takich facetów… i… zamarzyłem…

[ext_img=s]2357[/ext_img]

Camping w Senegalu

Robi się bardzo gorąco, temperatura dzień w dzień dochodzi do 40st. Jak na początek lutego wymarzona pogoda na moto ;) Niektóre asfaltowe odcinki popołudniami zamieniały się w niebezpieczne „lodowisko” i jakiś gwałtowniejszy manewr na „kostkach” mógł zakończyć się glebą. Dalej pełna koncentracja pomimo lejącego się wszędzie potu. Dakar nie był na trasie rajdu ale mijając go gdzieś niejako po drodze pojawiło się uczucie zwycięstwa. I ogromna satysfakcja.

[ext_img=s]2358[/ext_img]

Jeden z uczestników na trasie w Gambii, jak widać Łada daje radę

Potem Gambia. Krótkie odcinki w tumanach kurzu wśród roześmianych tubylców. I wreszcie stolica – Banjul. Przejazd przez metę, gratulacje od wszystkich poznanych w trasie i nieskłamana radość którą wspólnie celebrujemy wraz z Gambijskimi muzykami na scenie pod gołym niebem. W rozmowach pojawiają się kolejne plany i wyzwania. Może znowu za rok???

[ext_img=s]2359[/ext_img]

Na mecie w Banjul, Gambia

[ext_img=s]2360[/ext_img]

Na mecie rajdu w Banjul, wraz Z Chrisem z Anglii i Guy’em z Belgii

[ext_img=s]2361[/ext_img]

Mocno wyluzowani z Chrisem na imprezie zakańczającej rajd w Banjul

[ext_img=s]2362[/ext_img]

„Dakarowe” srebro


[article_adv]Genezą rajdu przez pomysłodawcę było wskrzeszenie ducha rajdu Paryż-Dakar tworząc jego niskobudżetową odmianę „dla każdego”, jednocześnie krzewiąc charytatywną pomoc dla mieszkańców Afryki. Uczestnicy w ramach rajdu samodzielnie organizują środki by potem zawieźć je do Afryki. Każdego roku zawożone są środki medyczne, techniczne, wykopywane są nowe studnie, budowane nowe szkoły, wyposażane obiekty w instalacje fotowoltaiczne a nawet przywożone całe, kompletne ambulansy. Pomysłowość uczestników jest imponująca. Dotychczas przekazano na te cele kila milionów Euro z prywatnych środków. To druga twarz rajdu a być może pierwsza. Każdego roku zespół który wykona najbardziej wybitną, charytatywną pracę odbiera nagrodę – Mother Teresa Charity Award.

[ext_img=s]2363[/ext_img]

Najmłodsi uczestnicy rajdu to dzieciaki które zaangażowały się w akcję charytatywną. Przekazywały dla dzieci z Afryki swoje zabawki  i dołączały własnoręcznie namalowane obrazki  

[ext_img=s]2364[/ext_img]

Paczki do Afryki dzięki pomocy wielu przyjaciół, znajomych i Gości hotelu villa Toscana  którzy zaangażowali się w akcję charytatywną

W 2011r. wprowadzono nową kategorię tzw. Bamako Spirit Category której celem jest zachowanie oryginalnego ducha założycielskiego rajdu. Organizatorzy zapraszają najbardziej kreatywne, śmiałe, szalone i śmieszne załogi, które mają szansę na wystartowanie w rajdzie bez kosztów organizacyjnych. Masz odważną wizję? Przyjdź i ją zrealizuj. Nawet wysłużonym ale wciąż sprawnym wozem strażackim ;)

I w ten właśnie sposób, dzięki szalonym marzycielom dla marzycieli powstał najdłuższy, amatorski rajd świata.

Afrykańskie kraje Islamskie. Czarna Afryka. Bezmiar pustyni. Solo. Czy trzeba być wariatem? Trochę tak :-) ale to właśnie wariaci pchają ten wózek zwany światem do przodu.

Na koniec podzielę się z wami tym, co mi pomogło zrealizować tak karkołomny projekt.

Medytacja w czasie jazdy – codziennie banan nie schodził mi z gęby ;)

Koncentracja na sobie, na chwili obecnej – czujność, uwaga, obserwacja.

Radość z jazdy dzień po dniu – dla tego uczucia dam się pociąć na żyletki ;)

[ext_img=s]2365[/ext_img]

Chwila zadumy…

Jerzy Strama

PS. W trakcie rajdu okazało się że organizator zainteresowany był wyłącznie własnym interesem i mówiąc wprost, zarobieniem kasy. Pojawiło się kilka wątków które pokazały jeszcze inną twarz organizowanego rajdu. Takie życie. Ale to tylko mały szczegół pośród ogromu niezapomnianych doznań i nawiązanych nowych znajomości i przyjaźni.

Najlepszą sprawą byli uczestnicy samego rajdu którzy podeszli do całości z dużym profesjonalizmem i zaangażowaniem czego nie można powiedzieć o organizatorach.

W trakcie ostatniego wydarzenia na przełomie stycznia i lutego 2016 r ze względu na zagrożenie terrorystyczne została zmieniona trasa rajdu – odbywała się tylko po terytorium Maroka. Ze względu na brak odwołania a tylko zmianę trasy rajdu, organizator nie przewidywał i nie zwracał pieniędzy za wpłacone koszty organizacyjne. Wiele załóg poczuło się oszukanych. Wiele z nich na własną rękę kontynuowało wcześniej zaplanowaną trasę do stolicy Mali, Bamako.

[ext_img=s]2366[/ext_img]

Z Medical Team – Belgia, w Saint Louis Senegal

[ext_img=s]2367[/ext_img]

Medical Team udziela pomocy węgierskiemu motocykliście na trasie rajdu. Na co dzień dwójka Belgów pracuje jako wojskowi medycy na misjach 

[ext_img=s]2368[/ext_img]

Z Krisem podpisujemy się na ambulansie który został dostarczony w jednym kawałku przez belgijski Medical Team dla szpitala w Banjul. 

[ext_img=s]2369[/ext_img]

Medical Team z Merem miasta Banjul (ten największy w niebieskim stroju ;) i zarządem szpitala któremu ofiarowano ambulans

[ext_img=s]2370[/ext_img]

Ambulans został zbudowany za pieniądze kilkuset osób, każda „wpłaciła” 5EUR i podpisała się na karoserii samochodu, wewnątrz znajduje się kompletna aparatura do pomocy medycznej 

[ext_img=s]2371[/ext_img]

Kolejny dar od uczestników

A po rajdzie przyszedł czas na przegląd przed sezonem ;)
Mechanik się załamał ale dał radę! Chwała mu, bo były chwile załamania nerwowego…

[ext_img=s]2372[/ext_img]

Tosiek after rally…cdn…

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458472424" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1996" ["visits_counter"]=> string(4) "5813" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [4]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1995" ["slug"]=> string(22) "gory-deklinacja-wolacz" ["dont_use_tags"]=> string(0) "" ["title"]=> string(29) "Góry! (deklinacja: wołacz.)" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(235) "Ostatnim czasem, zewsząd atakuje nas pewien producent medykamentu w spray'u mającego pomóc w rzuceniu palenia. Parafrazując ową reklamę w TV, aż chciałoby się powiedzieć: góry zdobywa się ciężko... ale nie na motocyklu!" ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(18275) "

O ile z rzuceniem palenia to i owszem, problem jest i to spory, o tyle motocyklowi podróżnicy owe góry zdobywają z przemożną wręcz łatwością. Chciało by się powiedzieć: przewaga dzięki technice (org. Vorsprung durch Technik ). Te słowa Hansa Bauera (slogan na potrzeby AUDI) nabierają nowego znaczenia, gdyż to właśnie dzięki sprawnemu jednośladowi każdy z nas może doświadczyć na własnej skórze tej "łatwości", bez bólu stóp, syndromu łydek piechura czy chociażby litrów potu przelanych na podejściu.

[article_adv]

Prawie każdy z "Nas" ma możność (choć nie zawsze możliwość, a szkoda) odbycia choć raz niezapomnianej podróży w osławione górskie przełęcze... gdzie zawsze spotkasz kogoś na dwóch kołach. Nota bene wśród nich są także i motocyklowi palacze! Wiec coś we wspomnianej na początku reklamie życiowego jednak jest. C'est la vie...

Wśród populacji (także tej motocyklowej) jest oczywiście także grupa ludzi niezbyt przepadających za górami, co nawet jestem w stanie zrozumieć, gdyż wizja letnich wakacji w górach to nigdy nie było coś z tych rzeczy za które oddałbym życie, ba, nawet sama wizja nigdy nie spowodowała krzty podniecenia ani nawet zwiększenia tętna ponad 65 uderzeń na minutę. Ale jak to mówią, wszystko do czasu...

Jako, że przydługich wstępów nigdy nie należy nadużywać, a czytelnika zawsze należy traktować z należytą atencją i szacunkiem – do rzeczy!

Pierwsza "poważna" motocyklowa wyprawa jest zawsze przeżyciem niezapomnianym. Ale i każda kolejna nie traci nic z tej pierwotnej magii, jeżeli dobrze zaplanujesz trasę i należycie się do tego przygotujesz. Co najważniejsze - pole do popisu jest duże. Europa obfituje w mnóstwo ciekawych miejsc, które warto odwiedzić jednośladem. Oczywiście wszystko jest kwestią indywidualnych upodobań każdego "turysty" z osobna, lecz wysokogórskie przełęcze są czymś tak oczywistym, że nie ma sensu się nad tym zbytnio rozwodzić. Jak mawiał klasyk: "oczywista oczywistość". Choć to prakseologiczna sprzeczność, śmiało podpisuję się obiema "ręcami". I nogami zresztą też.

[ext_img=s]2273[/ext_img]

Raz spróbujesz, i już zawsze będziesz miał na to ochotę. Brzmi jak gadka o seksie? To prawda, bo emocje jakie wywołują ten wspomniany, oraz nawijanie kilometrów po równych wyjątkowo krętych drogach położonych wiele metrów nad poziomem morza, nierzadko wyrwanych naturze – wyrytych w litej skale przy akompaniamencie innych uroczych okoliczności przyrody ma wspólny mianownik – niczym nieskrępowana radość.


Dopóki nie spróbujesz wejść na wyższy poziom motocyklowego "jestestwa", doputy twoje motocyklowe życie nie będzie spełnione. Owszem, są i tacy którym do szczęścia wystarcza bulwarowy lans o zmierzchu w niedalekiej odległości od garażu oraz duże logo markowego producenta na plecach. Ale nie o tym idzie tekst!

Ciężko jest podać idealną trasę, gdyż nie każdy dysponuje wystarczająca ilością środków i czasu, niemniej warto jest stawiać sobie za cel odleglejsze miejsca naszego kontynentu. Samo snucie marzeń samo w sobie jest przyjemne, a ich ziszczanie to już kompletna nirvana. Zwłaszcza gdy "trafisz" z pogodą, co wcale nie jest niestety takie oczywiste. W górach zwłaszcza. Hołdując pewnym zasadom o czym za chwilę, sprawisz sobie potężną przyjemność, która będzie napędzać cię przez zimę do kolejnego sezonu. I tak (totalny "must have" jak to mówi młodzież, takie czasy mości panowie...):

Zaplanuj z wyprzedzeniem dokładnie trasę, najlepiej miejscowość po miejscowości, a unikniesz tego że twój nader inteligentny GPS wybierze za ciebie i każe gnać ci nudną autostradą, bo że niby szybciej będzie. Zapamiętaj - na wakacjach sie nigdzie nie spieszymy! W tym temacie sporo znajdziesz w necie za sprawą takich ułatwień jak chociażby alpentourer.eu czy inne pokrewne, choć nic nie zastąpi przeglądania google map pod dużym zbliżeniem – im bardziej zakręcony żółty pasek drogi, tym zapowiada się ciekawiej.

[ext_img=s]2274[/ext_img]

Starannie przygotuj siebie i motocykl. Koniecznie weź kilka "trytek", śrubokręt jakiś klucz i koniecznie jak to mówią yankesi srebrną "duct tape",

Staraj się nie jechać do i z powrotem tą samą drogą. Weź sobie do serca słowa Grzesia Skawińskiego z "Kombii", w końcu "jest tyle dróg do zdobycia...",

Możesz "myśleć technologicznie", ale papierowa mapa może uratować ci tyłek. Pozostając w klimacie polskiej piosenki, aż chciałoby się zaśpiewać: "Nigdy nie wierz kobiecie..." W miejsce słowa kobieta podstaw wyraz GPS.

[article_adv]

Twój nawet najdroższy elektroniczny przyrząd nawigacji satelitarnej może po prostu zawieść. A to padnie antena, czasem ładowanie, uszkodzi się podczas wywrotki bądź znajdzie śniadego amatora cudzej własność rodem z kraju Wlada "Palownika". Nie mówiąc już nic o cyber ataku chińskich hakerów. Bądź przezorny, co nie znaczy że masz być staromodny. Tak czy siak, mapy ci raczej nikt nie pożyczy na wieczne oddanie, a jak "staruszka" dostanie trochę wilgoci najwyżej lekko zblednie.

Wiem coś o tym, raz kiedyś już pierwszego dnia moto-wakacji, podczas szybkiego przelotu szwedzką autostradą pękł plastikowy uchwyt "marketowego giepeesa". Na nic zdały się lamenty i nieskuteczna próba włożenia urządzenia pod odbijające promienie słoneczne przezroczyste wieko tankbaga. Z pomocą (jak zwykle zresztą) przyszli krajanie znad Wisły i ich darowizna w postaci osławionego "daktejpa", który zamocował ustrojstwo na pulpicie, metodą klejenia na krzyż do zegarów. "Nie łamiotsa". Innym razem czerwcowa śnieżyca w okolicach szwajcarskiego Davos skutecznie pozbawiła życia tego bądź co bądź pożytecznego urządzenia, które do dziś "nie doschło" (choć suszy się już dwa lata).


A propos schnięcia, nie dopuść ażeby twoje wdzianko zmokło na wylot. Nie ma nic gorszego niż podróż w mokrych majtkach. Wierzcie bądź nie, ale w takim przypadku odechciewa się dosłownie wszystkiego, zaś zdrowo przemoczone grube ciuchy motocyklowe nie mają chęci schnąć zbyt szybko. W takiej chociażby Norwegii potrafi to trwać i ze dwa dni. Zawczasu pomyśl o dobrej przeciwdeszczówce, najlepiej takiej dwuczęściowej jeśli drogi czytelniku jesteś kobietą. Z wiadomych względów, których wyjaśniać publicznie mi nie wypada. Panowie mogą się do tego zalecenia nie stosować, choć warto zwrócić uwagę na zamek, czy akurat nie jest tam gdzie zwykle gromadzi się woda w postaci deszczu, gdyż ta zawsze ale to zawsze durnie dziwnym trafem spływa w "to" miejsce. No i buty. Mokre potrafią zabić "na śmierć" każdą przyjemność z jazdy,

[article_adv]Bagaże. Nie przesadzaj z odzieżą, jej nadmiar będzie twoim utrapieniem przy każdy pakowaniu toreb czy kufrów, tym bardziej jeśli przyjmujesz wersje "low budget" z codziennym rozstawianiem namiotu przed nocą. Dwa pakowania w ciągu doby skutecznie hamują entuzjazm. Jak mawiają wysocy rangą wojskowi do gawiedzi na poligonie, z brudu jeszcze nikt nie umarł. Wystarczy ci parę sztuk bielizny i szczoteczka do zębów. Rozsądniej jest zabrać cieplejszy śpiwór wszakże biwakowanie nawet w środku lata na wysokościach przekraczających 1000 m. n.p.m. potrafi dać w kość, no i koniecznie dmuchaną matę. Jeśli nie masz płuc hutnika ze Szklarskiej Poręby, zainwestuj w pompko-dmuchawę pod 12v.

Kwestie jedzenia w zasadzie można by pominąć. Wszakże czasy mamy takie, że w każdym większym "Dorfie" można zanabyć drogą kupna co tylko dusza zapragnie, i to nie rzadko do 22.00. Tym niemniej własny mini palnik i metalowy kubek, jest wskazany jeżeli obudzi się w tobie nutka "master szefa" kiedy najdzie cię ochota na podgrzewaną mielonkę z puszki, która dzielnie towarzyszyła ci przez pół wyprawy.

[ext_img=s]2275[/ext_img]

Posuwając się naprzód w konwencji gastronomicznej Pamiętaj, że góry to nie bułka z masłem. Obowiązują cię te same reguły co traperów. Staraj się nie zdobywać przełęczy po zmroku, gdyż na szczycie zazwyczaj nie znajdziesz noclegu ani żywej duszy, zaś zjazd w dolinę po ciemku bywa niebezpieczny i nierzadko zajmuje sporo czasu. Dlatego dokładnie planuj dzień, a zmian dokonuj na bieżąco biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności.


Benzyna. To dzięki jej sile rozprężania, bez zadyszki docieramy w miejsca położone częstokroć bardzo wysoko. Ale należy mieć na uwadze, że im wyżej się wspinamy, wraz ze zmianą wysokości silnik traci sporo swojego animuszu. Rozrzedzone powietrze, ma wpływ na skład mieszanki dlatego też rozważnie planuj wyprzedzanie. Na drogach położonych powyżej 2000 m.n.p.m. (a jest ich w Europie wcale nie tak mało jak mogłoby się wydawać) wyraźnie da się odczuć braki w nominalnej mocy. Tip nr. 2, tankuj zawsze do pełna nawet jeśli wydaje ci się, że za kilka kilkadziesiąt kilometrów będzie taniej, zaś na wszelki "słuczaj" dobrze mieć 500-1000 ml płynnego złota pod kanapą, jak to mówią przezorny zawsze ubezpieczony,

No i najważniejsze, Weź kumpla, bądź dwóch ale raczej nie więcej. Zawsze jest do kogo otworzyć gębę, z kim wypić piwo kontemplując widoki jakie ciemnieją w promieniach zachodzącego słońca (twoja dziewczyna, żona, kochanka prawdopodobnie będzie zazdrosna, one wszystkie są takie romantyczne! Przytul mnie! No cóż... drogie Panie, nie tym razem) Nie wspominając o tym, że łatwiej wtedy o tańszy nocleg, kiedy często nie małe koszty "apartamentu" rozdzielicie między siebie. Kumpel to także pomoc w sytuacjach kryzysowych, przyda się chociażby kiedy zabraknie ci paliwa, bądź kiedy zajdzie potrzeba wezwania pomocy.

[ext_img=s]2276[/ext_img]

Zbyt duża ilość "kumpli" podczas ostrzejszego śmigania po winklach rodzi niemałe trudności, zwłaszcza jeśli różnią się oni między sobą nie tylko wzrostem czy zarostem, ale przede wszystkim umiejętnościami. Nie daj boże kiedy ci mniej zaawansowani zaczną gonić tych z większym skill'em. To w 99 proc. zawsze kończy się źle. W 100 proc. zawsze źle kończą się próby pokazania autochtonom "kto tu rządzi", zwłaszcza kiedy taki Luca, Allesandro czy Tobias spieszy się drogą, która zna na pamięć w stronę doliny do dziewczyny która napisała mu że ma "wolną chatę" ... Słowo na niedziele brzmi: Nie przeceniaj swoich możliwości, nie ignoruj starych i "mniejszych" pojemnościowo motocykli od twojego. "Szymon mówi:" Niejedno 30 letnie Moto Guzzi z zarośniętym brodaczem w siodle są w stanie sprawić, że będziesz wąchał jego rozgrzany nieprzepalony olej.

Czy ja już mówiłem nie przeginaj? Chyba nikt z nas nie lubi otrzepywać się z drogowego pyłu, pół biedy jeśli będzie to "parkingówka" wg. żargonu motocyklowych sprzedawców pokroju "Mirka-handlarza", kłopoty (i straty) mogą być większe na ciasnych "kehre, tornatii" gdzie "wyjaśnienie centrala" w bandę częstokroć kończy się w najlepszym wariancie przedterminowym końcem urlopu i przymusowym powrotem do domu,

[article_adv]Pozostając w kwestii bezpieczeństwa i wspomnianego na wstępie nawiązania do papierosów, to warto wspomnieć o "klubach" ubranych w pełne barwy, snujących się dostojnie drogami od przełęczy do przełęczy, w liczbie od kilku do kilkudziesięciu maszyn. Jeżeli masz to niebywałe szczęście, że są to Niemcy (a prawdopodobieństwo jest niestety duże) to zapomnij o wyprzedzaniu tej kolumny, zjedź na najbliższy parking i sobie po prostu zapal jednego a nawet dwa, tylko się nie spiesz zanadto. Po pierwsze robią problemy żeby ich wyprzedzić, po drugie nie są nazbyt uprzejmi. Więc lepiej nie zatrzymuj się "na zdjęcia" na parkingu na szczycie przełęczy jeżeli im choć trochę podpadłeś...


Na sam koniec, warto chyba wspomnieć o gestach uprzejmości czyli o tzw. "lewej w górze". Serce rośnie jak dostajesz taki widok z naprzeciwka, ale pamiętaj że brak lewej dłoni w górze nie zawsze jest oznaką ignorancji. Bezpieczeństwo jazdy w łuku zapewnia przede wszystkim pewny chwyt kierownicy obiema kończynami, stąd nie ma co wieszać psów na nieodmachujących, no chyba że są to już wcześniej wspomniani "Niemcy" – ci z jakiegoś powodu (zapewne z mocy jakiejś staro-teutońskiej zasady) po prostu nie podnoszą ręki. Ot taki naród...

[article_adv]Byłbym zapomniał, żadna nawet najlepsza wycieczka motocyklem nie może obejść się bez aparatu fotograficznego. #Ever. Co prawda samo robienie zdjęć w dzisiejszych czasach nie jest czynnością jakoś specjalnie skomplikowaną i utrudniającą życie, ale gdy aparat masz w plecaku czy innej torbie, a na to wszystko musisz zatrzymać się, zdjąć rękawice... zaczynasz inaczej podchodzić do tematu. Początkowa euforia i nawał zdjęć z każdym kolejnym dniem wyprawy sukcesywnie się zmniejszają, tak że z ostatnich dwóch dni wycieczki jest zazwyczaj jedno zdjęcie. #True. Mimo wszystko, warto od czasu do czasu strzelić fotkę, nie tyle żeby było co na fejsbuka wrzucić po powrocie, ale żeby móc powspominać jak opadnie kurz i echa wyprawy przebrzmią i przeminą. Oglądanie zdjęć zwłaszcza w zimie, niejako w środku martwego sezonu, z kumplami przy piwie rozgrzewa wyobraźnie bardziej niż wyjście do klubu go-go, a do tego wszystkiego jest szansa, że nie wrócisz nad ranem z pustą, służbową kartą kredytową. Daj boże, o ile jest służbowa!

W związku z licznymi degresjami powyżej, aby nie być gołosłownym wypadałoby podać choć kilka namiarów na miejsca warte odwiedzenia motocyklem.

Żeby było nie za długo po tym przepastnym wprowadzeniu, można by powiedzieć tak: szczególnie polecana jest Austria (m.in. okolice Salzburga) chociażby dlatego, że ma mnóstwo "gór" przez które przebiegają dziesiątki dróg o doskonałej wręcz (w porównaniu z naszymi) nawierzchni. Po drugie jest tania i dobra, czyli trochę tak jak z tanim winem. Przy tej okazji nie sposób nie wspomnieć, iż ceny paliwa na stacjach benzynowych w kraju ojców Josefa Fritzla są (nie liczą bezcłowych miast-państewek) jednymi z najniższych w Europie. Osławiony Grossglockner hochalpenstrasse, przełęcz Hochtor, Brenner pass, Timmelsjoh czy inne w ich okolicy to klasyki gatunku, które można polecać w ciemno. Niemniej ciekawe i warte odwiedzin są położone na pograniczu austriackim północne Włochy, gdzie również znajduje się kilka "masthewów" jak chociażby np. Stilfserjoh znane bardziej jako mekka motocyklistów "Passo dello Stelvio" gdzie dopiero za drugim podejściem udało sie zdobyć szczyt przełęczy gdzie strzaskałem trochę jeden z bocznych kufrów, (za pierwszym anomalie śniegowe zmusiły do powrotu do hotelowego pokoju w Bolzano), czy niezwykła Gavia Pass – wyjątkowo wąska i zdradliwa zwłaszcza pośród zmierzchu.

Sporym zaskoczeniem oczywiście in plus jest Słowenia, a szczególnie jej północna cześć np. Vrsic Pass. Wyjątkowo urokliwa zdaje się być Norwegia, o ile akurat masz to szczęście, że nie pada, za to komfort jazdy przez wiele kilometrów w totalnej ciszy znajdziesz tylko tam. Warto pofatygować się w okolice wybrzeża Morza Północnego, i "zjechać" drabiną Trolli, zahaczyć o "Drogę atlantycką" (wielka szkoda, że taka krótka) czy chociażby przejechać "Dach Norwegii" z kilku piętrowym tunelem ślimakiem na końcu, nie wspominając o zapierającym wręcz kosmicznym krajobrazie parku narodowego Rondane. Ponadto rekomendacji odwiedzin nie potrzebuje Szwajcaria (kraj ludzi zafascynowanych Mazdą i Toyotą), przede wszystkim z uwagi na stan dróg (bajka!) o ile komuś nie żal na wcale nie tanią winietę i drogie paliwo. A na sam koniec deser (choć zdecydowanie dalej od domu niż pozostałe), nie bez powodu napiszę creme de la creme, południowa Francja z zapierającym kanionem rzeki Verdon i jedną z ważniejszych przełęczy Col d'Iseran i kamienistą jak na marsie Col' du Galibier (co roku przebiega tędy Tour do France, stąd mnogość cyklistów o dziwo żyjących w niespotykanej symbiozie z motocyklistami).

[gallery_bare]188[/gallery_bare]

W nagrodę dla tych wszystkich, którzy dotrwali do końca tej "neverending story" przypominam, iż już za niewiele ponad dwa miesiące zaczynamy nowy sezon! Poniżej linii tekstu kilka własnoręcznie ustrzelonych fotek, a nuż staną się dla któregoś z Was wystarczającą inspiracją... żeby któregoś pięknego dnia ruszyć między górskie przełęcze - zatopić opony w asfaltowym spaghetti...

Szymon Szram

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458414035" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1995" ["visits_counter"]=> string(4) "5432" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [5]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1994" ["slug"]=> string(7) "syberia" ["dont_use_tags"]=> string(0) "" ["title"]=> string(7) "Syberia" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(144) "Samotna eskapada na Wschód, tysiące kilometrów przejechanych na motocyklu, spotkani ludzie, krajobrazy, przygoda. Cel: droga, przed siebie. " ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(20079) "

Jestem szczęściarzem! Wyruszyłem w kierunku Syberii w czerwcu 2009 roku a dotarłem latem 2011. Trzy lata trwały próby zjednania sobie losu oraz podporządkowania sprzętu. Pierwsza wyprawa zakończyła się kolizją w Moskwie, w konsekwencji rozbitym motocyklem i uszkodzeniami ciała. Wyjazd musiałem przerwać – ech..., ciężkie doświadczenie. Przygotowania do następnej wyprawy trwały rok i nie było dnia, abym nie myślał o kontynuacji.

[article_adv]

Dzięki temu wyjazdowi zasmakowałem rosyjskiego klimatu, bezinteresownej pomocy oraz gościnności. Doświadczenia, które zebrałem pozwoliły mi na zweryfikowanie sprzętu podróżniczego i motocykla nadającego się do wyprawy na wschód. Niecierpliwie czekałem do czerwca 2010 i ponownego wyjazdu. Czas oczekiwania szybko upłynął i nastał upragniony dzień. Wyruszyłem w piękny słoneczny dzień, idealny do motocyklowych podróży. Przejechałem Polskę, Ukrainę i po kilku dniach wjechałem do Rosji. Po przejechaniu ok. 1,5 tys. km mój KTM LC4 Adv zaczął mieć poważne problemy ze sprzęgłem. Dojechałem do Ufy i ponownie musiałem przerwać wyprawę z powodu awarii motocykla.

Podczas tego wyjazdu poznałem kilka fajnych osób i sporą grupę motocyklistów. W drodze powrotnej wraz z motocyklistami z Niżnyj Nowgorodu zawitałem na festiwal do Pavlova. Po raz kolejny udało się zakosztować rosyjskiego klimatu, tym razem czysto motocyklowego. Po powrocie postanowiłem, że do przyszłorocznej wyprawy przygotuję motocykl od podstaw. Rozebrałem cały piec na części pierwsze, wymieniłem uszkodzone elementy (kartery). Przez zimę przeprowadziłem samodzielnie kapitalny remont silnika LC4 640 - od wymiany łożysk wału korbowego, uszczelniaczy, po ręczne docieranie gniazd zaworowych. Przygotowałem i poznałem sprzęt do następnej wyprawy. Będąc nieco obeznany z rosyjskimi warunkami wiedziałem, że podczas wyprawy dużą rolę odgrywa szczęście. Również pozornie błahe sprawy, które na zachodzie można szybko załatwić przez telefon na wschodzie są problemem. Dzięki poprzednim wyjazdom miałem przyjaciół motocyklowych rozsianych w Polsce oraz całej Rosji. 

30 maja 2011 ruszyłem po raz trzeci w kierunku Syberii.

Wyruszyłem z nadzieją spełnienia mojego marzenia i pełnego zasmakowania Syberii.

[ext_img=s]2169[/ext_img]

To gdzieś na Litwie, moto jeszcze czyściutkie.

[ext_img=s]2170[/ext_img]

Droga do granicy łotewsko–rosyjskiej minęła wzorowo, bez niespodzianek. Na granicy podjechałem jak zwykle pod szlaban. Niestety musiałem zająć ostatnie miejsce w kolejce razem z samochodami. Został wprowadzony system listy kolejkowej, spisywanych nr rejestracji przez pogranicznika. Oczywiście jest możliwość obejścia kolejki, przeprowadzając pieszo motocykl, ale w moim przypadku jest on jednak zbyt obładowany do bezpiecznego prowadzenia na odcinku kilkuset metrów. Po sześciu godzinach stania w ogonku, dopełnieniu formalności, około godziny czwartej nad ranem przejeżdżam ostatni szlaban graniczny i jestem w Rosji.

[ext_img=s]2171[/ext_img]

Zmęczony i senny podjeżdżam na pierwszą napotkaną stację benzynową i za nią na kawałku miękkiej zielonej trawy rozstawiam namiot. Spałem cztery godziny. Obudzony przez słońce ogrzewające powietrze w namiocie, wyruszam w dalszą drogę.

[ext_img=s]2172[/ext_img]

W tym dniu ładna pogoda mnie rozpieszcza i mogę przyjemnie jechać w kierunku Moskwy.

[ext_img=s]2173[/ext_img]

Zajeżdżam do mojego ulubionego sklepu w którym zaopatruję się w produkty spożywcze. W 2009 roku skomplikowane obliczenia wykonywano przy pomocy liczydła, ale w 2010 był już kalkulator. Od zeszłego roku w wyposażeniu zmian brak, a był dreszczyk emocji. Na kasę fiskalną przyjdzie jeszcze poczekać.

[ext_img=s]2174[/ext_img]


Pokonywanie następnych kilkuset kilometrów upływało mi długo i monotonnie. Po całodziennej jeździe i lawirowaniu w korku na moskiewskiej obwodnicy, zmęczony rozbijam biwak na zaprawce kilkanaście kilometrów za Moskwą.

[ext_img=s]2175[/ext_img]

Podstawę diety w moich wyjazdach na wschód stanowią konserwy kupowane w lokalnych sklepach. Jako smakosz tuszonek posiadający wyrafinowane podniebienie, muszę stwierdzić, że w tym dniu źle trafiłem.

[ext_img=s]2176[/ext_img]

[article_adv]Późnym popołudniem dojechałem do Niżnyj Nowgorod, gdzie miałem zaprzyjaźnionych motocyklistów poznanych podczas poprzednich wyjazdów. Będąc już na miejscu zadzwoniłem do Aleksieja, przedstawiłem moją lokalizację i odpoczywając spokojnie czekałem w cieniu budynku. Po około trzydziestu minutach jechaliśmy już wspólnie do sklepu motocyklowego, w którym czekał na mnie olej zamówiony jeszcze z Polski. Będzie mi potrzebny za kilka dni podczas wykonywania serwisu, gdy KTM przejedzie w trasie 5kkm.

[ext_img=s]2177[/ext_img]

Kilka godzin później u Aleksieja spożywamy pyszny obiad przygotowany przez gospodarza. Posiłek składał się z ziemniaków, kurczaka, wędzonej ryby, pomidorów, ogórka i oczywiście chleba. Trochę mi tęskno za tym wschodnim jedzeniem.

[ext_img=s]2178[/ext_img]

Wieczorem idziemy spotkać się z Kabanem, motocyklistą z NN poznanym również rok wcześniej na festiwalu w Pavlovie. Korzystam z lokalnej atrakcji turystycznej i fotografuję się na mosiężnej kozie, rzeźba 1:1. Podobno jest taka tradycja.

[ext_img=s]2179[/ext_img]

Koledzy zaprosili mnie do restauracji Beerłoga na ucztę składającą się z rosyjskich przysmaków z suszonymi rybami na czele - mniam. Na foto początek uczty.

[ext_img=s]2180[/ext_img]

Po kolacji poszliśmy jeszcze nad Wołgę i chwilę powłóczyliśmy się po mieście. Po północy taksówką wróciliśmy do domu.

[ext_img=s]2181[/ext_img]

[ext_img=s]2182[/ext_img]

[ext_img=s]2183[/ext_img]


Krótka noc, pobudka około godziny dziewiątej, śniadanie i czas ruszać w dalszą drogę. Po przytroczeniu worków do moto, pojechaliśmy jeszcze na szybką kawę do Kabana.

[ext_img=s]2184[/ext_img]

Przy okazji robię kilka fotek z widokiem na Niżnij Nowgorod.

[ext_img=s]2185[/ext_img]

[ext_img=s]2186[/ext_img]

Aleksiej wyprowadził mnie na przedmieścia NN w kierunku Kazania, pożegnaliśmy się i dalej w drogę. W tym dniu dopada mnie ulewa i przejeżdżam tylko 300 km. Następny dzień podobny – ulewa i burze. Od wilgoci w KTM`ie uszkadza się Tripmaster. Od tej pory o prędkości i ilości przejechanych kilometrów informuje mnie GPS.

[ext_img=s]2187[/ext_img]

[ext_img=s]2188[/ext_img]

Błoto, glina – było trochę lekkiego off.

[ext_img=s]2189[/ext_img]

Podczas wyprawowego biwakowania i rozbijania się gdzieś w „plenerze” brak jest podstawowych wygód. Za to pod dostatkiem jest przestrzeni.

[ext_img=s]2190[/ext_img]

Następnego dnia słoneczko wyszło, a dalszą część kilkudniowej drogi spędzałem na ciśnięciu moto w kierunku Syberii.

[ext_img=s]2191[/ext_img]

[ext_img=s]2192[/ext_img]

[ext_img=s]2193[/ext_img]

[article_adv]Wszystkie niedogodności dotychczasowej drogi, łącznie z burzowo-deszczową pogodą zrekompensowały mi góry Ural. Otaczające krajobrazy dodają skrzydeł, a położone w dolinach miasta wyglądają bajkowo.

[ext_img=s]2194[/ext_img]

Co prawda jest to niski Ural, ale moim zdaniem wart zobaczenia.

[ext_img=s]2195[/ext_img]

[ext_img=s]2196[/ext_img]

[ext_img=s]2197[/ext_img]


Dojeżdżam do granicy Azji i Europy. Część planu wyjazdu zostaje zrealizowana.

[ext_img=s]2198[/ext_img]

W Czelabińsku poznaję Bikera, który pokazuje mi nową drogę do Ishim. Droga jest dłuższa, ale tylko 2 km grawiejki, reszta po czarnym.

[ext_img=s]2199[/ext_img]

Gdzieś za Uralem.

[ext_img=s]2200[/ext_img]

[ext_img=s]2201[/ext_img]

Nadeszła pora na trochę luksusu. Z powodu serwisu KTM`a (ma już przejechane w trasie 5kkm) zatrzymuję się w motelu.

[ext_img=s]2202[/ext_img]

Następnego dnia szybka wymiana oleju i filtrów. Serwis udało się zakończyć przed deszczem.

[ext_img=s]2203[/ext_img]

Tego samego dnia zostałem zatrzymany na punkcie DPS. Moja wina, dałem pretekst do kontroli objeżdżając rondo w drugą stronę w kierunku robotników pielęgnujących zieleń. Chciałem o drogę zapytać. Gostek zabrał mi dokumenty i "zaprosił" do biura.

[article_adv]DPSowiec: Na jaki adres wysłać dokumenty?
Ja: A warto, przecież podjechałem tylko zapytać o drogę.
DPSowiec: Tak nie wolno. Będzie mandat.

I taka bezsensowna rozmowa przez dłuższą chwilę - tzw. test psychologiczny.

Ja: Wymyśl coś, bo spieszy mi się.
DPSowiec: Będzie mandat.
Ja: Ile?
DPSowiec: 5000 rubli.
Ja: Tu masz adres do wysłania dokumentów.
DPSowiec:??????
Ja: Mogę dać najwyżej 10$
DPSowiec: A co ja za to kupię?
Ja: No przecież na samochód tobie nie dam?
DPSowiec: To czekamy na naczelnika.
Ja: 20$ i uciekam.
DPSowiec: 50$
Ja: To czekamy na naczelnika.
DPSowiec: Dobra dawaj 20$.

Lokalny widok wart udokumentowania.

[ext_img=s]2204[/ext_img]

Podczas następnej kontroli to już bez czajenia mówiłem: jestem dziennikarzem, robię fotoreportaż o Rosji. Rzuciłem kilka tytułów pism, które łamałem na rynek rosyjski. Zapytałem o możliwość zrobienia wspólnej foty. I wsjo OK! Obiecałem publikację i oto spełniam obietnicę.

[ext_img=s]2205[/ext_img]

[ext_img=s]2206[/ext_img]


Tradycyjnie zabrakło paliwa, gdzieś w głębokiej dziurze.

[ext_img=s]2207[/ext_img]

Po ok. dwóch godzinach nadjeżdża Italiano - Davide. Moja 5 i jego 4 litry umożliwiają zaciągnięcie paliwa przez pompę.

[ext_img=s]2208[/ext_img]

60 km dalej na stacji benzynowej spotykamy trzech Niemców, którzy jadą z Władywostoku na starych XT. Bardzo chwalą sobie sprzęt.

[ext_img=s]2209[/ext_img]

[article_adv]W ramach podziękowania zapraszam Italiano na przysłowiową kawę. Wymieniamy się informacjami oraz mailami. David jedzie dookoła świata zrealizować swoje marzenie. Dostał od Yamahy moto - Super Tenere, a jutro ma się stawić na serwis w Nowosybirsku. Jako, że Italiano poza włoskim tylko w angielskim się porozumiewa, prosi mnie o ew. pomoc w tłumaczeniu. Jedziemy w tym samym kierunku, więc nie ma problemu.

[ext_img=s]2210[/ext_img]

Zaczynają się problemy z rozbiciem namiotu - dookoła bagna. Dzisiejszą krótką noc spędzamy w zajeździe.

[ext_img=s]2211[/ext_img]

Następnego dnia jesteśmy w serwisie i mamy jeszcze godzinę do otwarcia. Przy okazji odpowietrzam tylny hamulec.

[ext_img=s]2212[/ext_img]

Italiano łapie stresa, bo to nie są zachodnie serwisy. Pomoc w tłumaczeniach przydała się, dzięki czemu zaoszczędził sporo kasy na "dodatkowych pracach".

[ext_img=s]2213[/ext_img]

[ext_img=s]2214[/ext_img]

Fotka z Menago Yamahy. Lubię te klimaty zapleczne.

[ext_img=s]2215[/ext_img]

A tu cała ekipa Yamaha Nowosybirsk.

[ext_img=s]2216[/ext_img]


Jest późne popołudnie ok. godz. 19. Temperatura 30oC.

[ext_img=s]2217[/ext_img]

Przerywnik przyrodniczy

[ext_img=s]2218[/ext_img]

Dwa dni później zatrzymujemy się w miejscowości Tulun - nuda

[ext_img=s]2219[/ext_img]

[article_adv]Następny przystanek - Angarsk. I zaczynają się problemy z moim sprzętem. Od benzyny 92 zaczyna dziwnie chodzić. Jest spadek mocy i pojawiają się dziwne stuki (może spalanie).

[ext_img=s]2220[/ext_img]

Postanawiam wyczyścić gaźnik (trochę jazdy było po grawiejce w kurzu) oraz wyregulować zawory.

[ext_img=s]2221[/ext_img]

Facet od KTM'a

[ext_img=s]2222[/ext_img]

Facet od Yamahy

[ext_img=s]2223[/ext_img]

Facet od KTM'a

[ext_img=s]2224[/ext_img]

Facet od Yamahy - jest różnica!

[ext_img=s]2225[/ext_img]


Dzień następny w Irkutsku - jestem zadowolony. Kawałek trudnej drogi udało mi się przejechać.

[ext_img=s]2226[/ext_img]

Nadbajkalskie stragany z zakurzonymi rybkami. Omul najsmaczniejszy.

[ext_img=s]2227[/ext_img]

Za mną w tle jezioro Bajkał. Zadowolenie po raz drugi w tym samym dniu - rzadkość.

[ext_img=s]2228[/ext_img]

Sprzęt po kilku tysiącach km.

[ext_img=s]2229[/ext_img]

Ruszam dalej! Jak do tej pory najlepsza trasa i najfajniejsze widoki (poza Uralem) rozpoczęły się za Irkutskiem. Przejazd drogą z winklami, prowadzącą wzgórzami obok Bajkału - rewelacja. Daje się odczuć chłód jeziora. Teren zmienia się na górzysty.

[ext_img=s]2230[/ext_img]

[ext_img=s]2231[/ext_img]

[article_adv]Widoki za Ulan-Ude. W oddali widać kłęby dymu. Pożary tajgi lub tundry to raczej normalne zjawisko na Syberii. Kilkukrotnie spotykałem pojedyncze ogniska zapalne. Na obszarach stepowych przy drodze są rozstawione patrole kontrolujące ew. wystąpienie pożaru. Temperatura w dzień zaczyna dochodzić do 45oC.

[ext_img=s]2232[/ext_img]

[ext_img=s]2233[/ext_img]

[ext_img=s]2234[/ext_img]


[article_adv]40 km od Czity dzwonię do Igora, znanego w środowisku rosyjskich bikerów jako Dusty. Umawiamy się na spotkanie na parkingu zlokalizowanym na przedmieściach Czity. Igor wita nas ze swoją żoną Allą i zaprasza do siebie. Siedzimy do późnych godzin nocnych spędzając czas na rozmowach o moto i nie tylko.

[ext_img=s]2235[/ext_img]

Szybka pobudka po krótkiej nocy, śniadanie i w drogę. Igor ze swoją córką wyprowadzają nas na przedmieścia Czity w kierunku Skovorodino.

[ext_img=s]2236[/ext_img]

[ext_img=s]2237[/ext_img]

[ext_img=s]2238[/ext_img]

Tego dnia z przyczyn ode mnie niezależnych podejmuję decyzję o zakończeniu wyprawy. Dojeżdżam z Italiano do Czernyszewska (307 km za Czitą) i spędzamy noc na stacji benzynowej.

[ext_img=s]2239[/ext_img]

[ext_img=s]2240[/ext_img]

[ext_img=s]2241[/ext_img]

Nastał świt. Żegnam się z Italiano i wracam do Czity.

[ext_img=s]2242[/ext_img]

[ext_img=s]2243[/ext_img]


Mucha (wielkość 2cm) syberyjski towarzysz

[ext_img=s]2244[/ext_img]

[ext_img=s]2245[/ext_img]

[ext_img=s]2246[/ext_img]

Dojeżdżam do Czity i motocykl zostawiam w warsztacie u Vlada - motocyklisty.

[ext_img=s]2247[/ext_img]

Zatrzymuję się ponownie u Igora na następne dwa dni. Czas spędzam na zwiedzaniu miasta i czynnym korzystaniu z komunikacji miejskiej.

[ext_img=s]2248[/ext_img]

[ext_img=s]2249[/ext_img]

[ext_img=s]2250[/ext_img]

[article_adv]

[ext_img=s]2251[/ext_img]

[ext_img=s]2252[/ext_img]

[ext_img=s]2253[/ext_img]


W międzyczasie idę kupić bilet lotniczy do Moskwy.

[ext_img=s]2254[/ext_img]

Ostatni wspólny wieczór z rodziną Igora spędzamy na zwiedzaniu domu oficera.

[ext_img=s]2255[/ext_img]

[ext_img=s]2256[/ext_img]

[ext_img=s]2257[/ext_img]

Rankiem żegnamy się, a KTM zostaje na Syberii pod opieką Igora do następnego roku. Wsiadam do taksówki i jadę na lotnisko.

Odprawiam się z moim dziwnym bagażem.

[ext_img=s]2258[/ext_img]

[ext_img=s]2259[/ext_img]

Czekając na lot zjadam zakupione w bufecie kanapki i po dwóch godzinach wychodzę na płytę lotniska.

[ext_img=s]2260[/ext_img]

[ext_img=s]2261[/ext_img]

Widok na budynek Portu Lotniczego w Czita. Wylot o 10 rano z Czity, a o 12 w południe, po 6 godzinach lotu, jestem w Moskwie.

[ext_img=s]2262[/ext_img]

[article_adv]Jestem mile zaskoczony bardzo dobrą organizacją połączeń komunikacyjnych w Moskwie. Z lotniska Domodiedowo koleją do dworca Paweleckiego, następnie metrem do dworca Białoruskiego i na pierwsze piętro po bilet kolejowy do Warszawy.

[ext_img=s]2263[/ext_img]

[ext_img=s]2264[/ext_img]

[ext_img=s]2265[/ext_img]

[ext_img=s]2266[/ext_img]

[ext_img=s]2267[/ext_img]


Zajmuję miejsce w kuszetce i mogę trochę odpocząć. Po rozłożeniu łóżek zasypiam błyskawicznie.

[ext_img=s]2268[/ext_img]

[article_adv]Około godz. czwartej nad ranem zostaję obudzony w Brześciu do kontroli granicznej. Jest problem – nie mam wizy białoruskiej. Celnik mówi, żebym zabrał wszystkie bagaże i opuszczamy wagon. Na dworcu, w punkcie kontroli granicznej, spędzam dwie godziny. Padła nawet „propozycja” deportacji. Część czasu zajęła mi rozmowa o motocyklach z oficerem, który mnie wyprowadził. Zapytał, czy do Bajkału dojechałem, bo to miejsce jest celem jego podróży motocyklowej, gdy będzie na emeryturze. Po rozłożeniu mapy i pokazaniu przebytej trasy, wokół stolika stanęli inni pogranicznicy i rozmowa przybrała inną, lepszą formę. Oficer poszedł do pokoju, w którym była prowadzona moja sprawa. Po powrocie wszystko nabrało tempa. Zapłaciłem niewielki mandat za nielegalne przekroczenie granicy i nielegalny pobyt na Białorusi.

[ext_img=s]2269[/ext_img]

Dworzec w Brześciu.

Wyrobiłem wizę dwudniową na posterunku milicji i opłaciłem ją w banku.

[ext_img=s]2270[/ext_img]

Tym sposobem o godzinie 14 siedziałem już w pociągu jadącym do Warszawy i spoglądałem na płot oddzielający peron międzynarodowy od dworca krajowego.

[ext_img=s]2271[/ext_img]

Dwie godziny jazdy i jestem w Warszawie. Przede mną najtrudniejszy odcinek mojej podróży: pociąg relacji Kraków – Kołobrzeg. Trzynaście godzin w zatłoczonym pociągu z Warszawy do Kołobrzegu. Komunikacja przeniesiona z Indii, brakowało tylko zwierząt w wagonach i ludzi na dachu.

O godzinie trzynastej w niedziele koleją żelazną dojeżdżam do kołobrzeskiego dworca. Wita mnie szczęśliwa żona z córeczką, na foto Jagódka. Robię głęboki wdech i wyprawę uznaję za udaną.

[ext_img=s]2272[/ext_img]

Chociaż nie byłbym sobą, gdybym już w drodze powrotnej nie myślał o Syberii 2012 :)

Sławek Elson

www.motoazja.pl

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458409385" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1994" ["visits_counter"]=> string(5) "12383" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [6]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1993" ["slug"]=> string(47) "long-way-up-czyli-250-ka-po-ameryce-poludniowej" ["dont_use_tags"]=> string(38) "cel , badania , charakter , jadłospis" ["title"]=> string(51) ""Long Way Up" czyli 250-ką po Ameryce Południowej" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(299) "Odkąd pamiętam moim największym marzeniem była motocyklowa wyprawa z Ushuaia na Ziemi Ognistej do Prudhoe Bay na Alasce, więc kiedy pojawiła się możliwość transportu motocykla do Ameryki Płd. natłok myśli, ekscytacja i bezsenność stały się moimi nieodłącznymi towarzyszami życia." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(21712) "

Największym jednak problemem było przekazanie tego pomysłu mojej kochanej żonie, której cierpliwość tak namiętnie testowałem. Przecież miałem jechać do Afryki na ok. pięć tygodni, a tu taki "zwrot akcji". Przy tak dużym przedsięwzięciu okres pięciu tygodni byłby delikatnie mówiąc nieporozumieniem.

Koniec końców, po tygodniowej "bitwie", w której czułem się jak jeden z 300 Spartan w bitwie pod Termopilami zszedłem z pola walki z tarczą. Dostałem 3 miesięczne "zielone światło", więc przygotowania ruszyły pełną parą, czego finałem było umieszczenie w kontenerze płynącym do chilijskiego Valparaiso mojego rumaka Hondy CRF250L. Gdzieś wewnątrz czułem, że te trzy miesiące, kiedy będę już tam da się jakoś przedłużyć. Klasyczne, męskie podejście do sprawy.

Nie czekając aż motocykl dopłynie do wybrzeży Chile, trzy tygodnie przed rozpoczęciem astronomicznej zimy lądowałem w rozpalonym słońcem Rio de Janeiro. Tego miasta nie trzeba nikomu reklamować. Wspaniałe plaże jak Copacabana czy Ipanema, wzgórze Corcovado ze statuą Chrystusa czy "Głowa cukru" oraz wesoła natura Brazylijczyków, to najlepszy początek mojej wyprawy.

[ext_img=s]2164[/ext_img]

Rio nocą

Po tygodniowym pobycie w Rio, kolejnym przystankiem na mojej drodze były słynne wodospady Iguazu. Woda opada tam z blisko 70 progów skalnych z czego najwyższy ma 82 m. wysokości. Odwiedziny z obydwu stron brazylijskiej i argentyńskiej utwierdziły mnie, że wpisanie ich na listę nowych siedmiu cudów natury było posunięciem jak najbardziej trafionym. Już na drugi dzień dostałem się "miasta miast" jak się o nim mówi czyli stolicy Paragwaju Asuncion. Ta jedna z najstarszych hiszpańskich osad było bazą wypadową kolonialnych ekspedycji, które zakładały miasta na podbitych terenach. Dwudniowe zwiedzanie Asuncion zakończyłem w momencie, w którym wsiadłem do autobusu jadącego poprzez Paragwaj, Argentynę do Valparaiso gdzie moja przygoda miała się zacząć na dobre.

Po odebraniu motocykla, w dniu kiedy wszyscy zasiadali do wigilijnych stołów, ja zasiadłem na siodło mojej 250-tki i ruszyłem na południe. Kierunek Patagonia!

[article_adv]

Ponieważ moje wyprawy zawsze trzymają poziom już na drugi dzień zorientowałem się, że zgubiłem kartę kredytową, jedyną jaką ze sobą zabrałem. Na szczęście nauczony doświadczeniem, zawsze noszę przy sobie gotówkę rozmieszczoną w różnych miejscach, w walucie wymienialnej na całym świecie czyli amerykańskich dolarach. Tym razem była to suma 2 tys., a przy moim ulubionym stylu włóczenia się "na Polaka" czyli zobaczyć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem wyliczyłem, że suma ta powinna mi wystarczyć na pokonanie Patagonii w obydwie strony, dojechanie do Ziemi Ognistej i powrót do Valparaiso, gdzie będzie czekać na mnie nowa karta wysłana z Polski.

Podróżując samotnie przez Patagonię tak naprawdę nie jest się samemu. Ma się wiernego przyjaciela, który im bardziej na południe, coraz silniej podkreśla swoją obecność, a jego imię to Vientos Patagonicos czyli patagoński jak go pieszczotliwie nazwałem "zefirek". Dzięki niemu dowiedziałem się, że jadąc motocyklem pochylonym pod dużym kątem można wciąż jechać prosto i że rozbijanie namiotu w Patagonii zajmuje dwa razy więcej czasu, no chyba, że ktoś jest mistrzem w rozkładaniu namiotu w locie. Dowiedziałem się również, że w oczekiwaniu na paliwo można spędzić na stacji benzynowej cały dzień oraz kiedy pewnego ranka, gdzieś na odludziu Ruty 40 mój rumak odmówił posłuszeństwa, że motocykliści bez względu na narodowość i kto jaka maszynę dosiada chętnie sobie pomagają. Świadomość, że ten obszar, nieustannie smagany huraganowymi wiatrami pozostaje niezmieniony od milionów lat, a jedynym śladem ludzkiej ingerencji jest ta cienka, asfaltowo-szutrowa nitka uświadamiała mnie jak kruchą i mało znaczącą istotą jest człowiek wobec potęgi natury.

 


Jadąc przez Patagonię odwiedziłem trzy miejsca z mojej listy "miejsc, których muszę zobaczyć przed śmiercią".

Pierwszą było miasteczko El Chalten położone u podnóża rzeźbionych surowym klimatem Ptagonii gór z dwoma słynnymi szczytami Fitz Roy'em (3359 m.n.p.m.) oraz jednym z najtrudniejszych na świecie do wspinania Cerro Torre (3128 m n.p.m.) Wschód słońca w tym miejscu, kiedy szczyty wyglądają jakby płonęły był jednym z najładniejszych jakie w życiu widziałem.

Kolejnym miejscem był słynny Perito Moreno czyli 30 kilometrowy lodowiec znajdujący się w parku narodowym Los Glaciares. Odłamujące się od niego kawały lodu czyli tzw. cielenie się lodowca wpadały z ogromnym hukiem do ciemnych wód okalającego go jeziora, które kontrastowały z nimi najszerszą gamą koloru błękitnego jaką kiedykolwiek widziałem.

Ostatnim miejscem był chilijski Torres del Paine N.P. ze słynnymi wieżami skalnymi, do którego udało mi się wjechać bez opłaty. Znalazłem osłonięte od drogi miejsce do rozbicia namiotu i przygotowując kolację delektowałem się niesamowitym widokiem jaki się przede mną rozpościerał. Po około 10 dniach od momentu opuszczenia Valparaiso dotarłem do Punta Arenas i stamtąd przeprawiając się promem płynącym przez Cieśninę Magellana ruszyłem przez Ziemie Ognistą w kierunku wysuniętego najdalej na południe miasta na świecie, argentyńskiej Ushuai. To z tego dziś już typowo turystycznego miejsca wypływają statki badawcze oraz wycieczkowe, które zabierają bogatych turystów (cena kursu od 3500$) do oddalonego tylko ok.1200 km. Ziemi Grahama na Antarktydzie.

[ext_img=s]2166[/ext_img]

Biwak w Torres del Paine N.P.

Po dwudniowym pobycie na "końcu świata" czekała mnie kilkutysięczna "dojazdówka" przez Patagonię, ale tym razem jej wschodnią stroną, wzdłuż wybrzeża Atlantyku do Buenos Aires, bo tam swoją metę miał najcięższy rajd terenowy czyli Dakar.

Po ośmiu dniach walki z patagońskim "zefirkiem", który po tej stronie był wyjątkowo silny dotarłem do drugiego, największego miasta Argentyny Rosario czyli mety przedostatniego odcinka rajdu.

[article_adv]

Krążąc po mieście w poszukiwaniu biwaku na stacji benzynowej podeszli do mnie lokalesi i zaoferowali mi swą pomoc w znalezieniu noclegu. Zaproponowali abym pojechał za nimi, a oni poprowadzą na "camping municipal" czyli taki odpowiednik naszego MOSiRu. Po ok 15 min. byliśmy na miejscu. Podziękowałem życzliwym Argentyńczykom i ruszyłem w kierunku bramy wjazdowej. Po chwili spotkałem starszego mężczyznę z uroczą młodą dziewczyną o pięknych oczach, jak się później okazało jego córką, która była tłumaczem języka angielskiego. Makarena, bo tak miała na imię poinformowała mnie, że tutaj nie można rozbijać namiotów, ale oni mają tu łódkę i znają właściciela i zobaczą co da się zrobić. Wróciła po chwili z Juanem, właścicielem tego miejsca, którego de facto dziadkiem był Polak z Warszawy. Powiedział mi, że dzisiaj są urodziny jego przyjaciela, więc będzie asado, czyli wołowina z grila, w przygotowaniu której Argentyńczycy są prawdziwymi mistrzami. Będzie znakomite argentyńskie wino, muzyka a ja jestem jego gościem. Gościnność Argentyńczyków jest niesamowita.

Rozbiłem namiot na samym brzegu Rio Parany co dla mnie było lepsze od najlepszego 5 gwiazdkowego hotelu.

Przyszedł wieczór i impreza się zaczęła. Po jakimś czasie Juan zapytał mnie czy tańczę salsę i zanim odpowiedziałem byliśmy w drodze do lokalnego klubu umiejscowionego na plaży. Jak tylko tam weszliśmy obok mnie pojawiła się filigranowa Argentynka ,której talia zbudowana była chyba na jakiś przegubach. Moja instruktorka salsy zabrała mnie na środek i tak oto stałem się główną atrakcją imprezy. Gringo tańczący salsę, to mówi wszystko!

O poranku podziękowałem moim argentyńskim przyjaciołom i ruszyłem pod bramy biwaku Dakaru. Spędziłem tam cały dzień obserwując zawodników zjeżdżających z ponad 1000-kilometrowego odcinka. Wieczorem udałem się na pobliską stację benzynową w celu zatankowania motocykla przed podróżą do Buenos Aires, gdzie mieściła się w dniu jutrzejszym meta Dakaru. W momencie płacenia, kiedy byłem w środku, ktoś ukradł mi kask. Obsługa stacji nic nie widziała, kamery nie działały, a ja stałem jak ta "Sierotka Marysia", bo jak tu dalej jechać bez kasku. Całą sytuację obserwował pewien Argentyńczyk i zaoferował mi swą pomoc. Wykonał telefon do swojego przyjaciela, który po 10 minutach przywiózł mi najbardziej rejli kask jaki w życiu widziałem. Patrzę na niego i myślę, że jeżdżenie w nim byłoby bardziej niebezpieczne niż bez tego "cuda techniki", ale pozory bezpieczeństwa muszą być zachowane, więc robimy szybkie machniom, daję mu koszulkę, z gracją zawodnika Dakaru wciskam orzeszka na głowę i trochę podłamany zaistniałą sytuacją odjeżdżam w stronę Buenos.

Jest już środek nocy, więc rozbijam namiot na stacji benzynowej i wyczerpany wydarzeniami z ostatnich dni zasypiam z tą samą prędkością jaką zniknął mój kask.

Rano kontynuuję swoją podróż i kiedy na przedmieściach Buenos dostrzegam KTMa Kuby Przygońskiego, w miarę możliwości (nie moich, ale mojej 250-tki) "przyklejam" się do pleców zawodnika Orlenu i pędzę z Nim do samej mety rajdu. Ochrona biorąc mnie za zawodnika wpuszcza mnie na drogę prowadzącą do rampy finiszu, ale po chwili zauważa swoją pomyłkę i pyta co ja tu robię? Odpowiadam więc, że jestem z Orlen Teamu, pada pytanie czy z asysty? Odpowiadam pewnie, że tak i kierują mnie do innego wjazdu.


Po jakimś czasie spotykam quadowca Rafała Sonika, który dokonał historycznego wyczynu i jako pierwszy Polak wygrał rajd. Po krótkiej rozmowie pytam czy zechciałby złożyć autograf na moim rejli kasku. Zgadza się, więc umawiamy się przy jego biwakowym stanowisku. Pędzę więc po kask, ale ubrany w strój enduro, brudny wyglądam jak rasowy zawodnik rajdu, więc zgromadzeni kibice za takiego mnie biorą i zaczyna się sesja zdjęciowa w różnych konfiguracjach. Od selfie po zdjęcia z dziećmi na rękach i całymi rodzinami. Choć przez chwilę czuję się jak gwiazda ;) Kiedy udaje mi się wydostać z tłumu idę po obiecany mi autograf. Dostaję go a mój "orzeszek" nabiera nowej, sentymentalnej wartości. Poznaję również mnóstwo wspaniałych ludzi z otoczenia Rafała Sonika m.in. Maćka Berdysza, motocyklistę, który w tegorocznej edycji jako pierwszy Polak w historii ukończył Dakar bez wsparcia serwisu. Pada propozycja noclegu na biwaku. Biegnę więc po motocykl i pokazując na wjeździe opaskę uprawniającą do przebywania na biwaku parkuję swój motocykl obok pojazdów "Poland National Team".

[ext_img=s]2167[/ext_img]

Dakar

Wygląd mojej "wyprawówki" plus rejli kask wywołują grymas politowania na twarzach męskiej części teamu, a dla towarzyszące im panie dręczy jedno zasadnicze pytanie: jak można się spakować w dwie sakwy i torbę na tak długą wyprawę? Typowe damskie podejście do sprawy.

Zostaję zaproszony na jutrzejsze spotkanie w polskiej misji katolickiej w Martin Coronado gdzie w kameralnym gronie słucham wielu ciekawych, rajdowych historii oraz o życiu Polonii w Argentynie. Za wstawiennictwem Rafała zostaję tam jeszcze dwa dni mile spędzając czas w towarzystwie Ojców Franciszkanów.

Czas wracać do Valparaiso, odebrać nowa kartę kredytową, więc przecinam kontynent ze wschodu na zachód pokonując Andy, w których moim oczom ukazuje się Aconcagua (6962 m.n.p.m.) najwyższa góra obydwu Ameryk, z którą podczas tej wyprawy miałem się zmierzyć. Niestety zagubienie karty odsunęło ten pomysł na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Kiedy dotarłem do Valparaiso okazało się, że moja karta jeszcze tam nie dotarła i zanim ją dostałem minęło jeszcze 10 dni niepewności, które zleciały mi na zwiedzaniu tego niezwykle interesującego miasta portowego, rozrzuconego na wzgórzach, z wąskimi pokręconymi uliczkami, ciekawą architekturą, kolorowymi grafitti oraz ascensorami czyli ponad 100-letnimi wagonikami, wożącymi ludzi na wzgórza.

Po odebraniu nowej karty przyszedł czas na zakup nowego kasku i przygotowanie William, bo tak zacząłem nazywać moją dzielną 250-kę,od imienia Williama Wallace'a szkockiego bohatera, którego odegrał Mel Gibson w filmie "Braveheart-waleczne serce" do kolejnego etapu. Tym razem czas uderzyć na północ.

Zmierzałem do Boliwii, ale najpierw czekał mnie pojedynek z najsuchszą pustynią na świecie Atacamą.

Przez kolejne kilka dni towarzyszyły mi wysokie temperatury sięgające nawet do 48 stopni Celsjusza w słońcu, skały, piach oraz silny wiatr chwilami podobny do tego z Patagonii. Przekroczyłem Zwrotnik Koziorożca czyli oficjalnie z Williamem wjechaliśmy w tropiki jak również odwiedziłem najsłynniejszą rzeźbę Atacamy czyli "Mano del Desierto". Olbrzymia dłoń wystająca z ziemi symbolizuje kruchość człowieka.

Po kilku dniach odwiedzając Antofagastę i Calamę dojechałem do granicy chilijsko-boliwijskiej, która znajdywała się na wysokości 3800 m n.p.m. na "Tybecie Ameryki Pd" czyli Altiplano. Wulkany, salary, kaktusy i szutry, tak w skrócie opisałbym to miejsce. Temperatura spadła do kilku stopni, aby w nocy pokazać w namiocie kilka kresek poniżej zera, ale największym problemem była wysokość. William stał się słabszy a i u mnie pojawiły się objawy związane z przebywaniem w miejscu ze zmniejszoną zawartością tlenu. Bezsenność, płytki oddech i ból głowy towarzyszyły mi aż do Salaru de Uyuni gdzie moje ciało przyzwyczaiło się do panujących warunków.

[ext_img=s]2165[/ext_img]

Altiplano

To największe na świecie solnisko, rozmiarem przypominające województwo świętokrzyskie, w okresie, w którym ja tam przebywałem pokryte było wodą co dawało efekt zlewania się ziemi z niebem. Linia horyzontu była słabo widoczna nadając temu miejscu jeszcze bardziej magiczny wygląd.

Z Uyuni skierowałem się do Sucre, starego boliwijskiego miasta z kolonialną zabudową koloru białego, z czerwonymi dachówkami kontrastującymi z zielonymi wzgórzami otaczającymi miasto.

Następnie postanowiłem dotrzeć do malutkiej wioski, gdzieś głęboko w górach wschodniej Boliwii. La Higuera bo tak się nazywa, to miejsce, w którym w 1967 r. zabito człowieka będącego najbardziej rozpoznawalnym symbolem rewolucji Ernesto Guevarę czyli słynnego "Che".Jadąc tam dowiedziałem się, że jeżeli droga jest tu dzisiaj, to nie znaczy, że będzie tam też jutro, bo ulewny deszcz padający całą noc może ją zamienić w rwącą rzekę.

Kolejne dni poprzez Cochabambę, Oruro gdzie obserwowałem obchody karnawału dotarłem do La Paz. Ta położona najwyżej na świecie stolica Boliwii zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Położona w dolinie, a otoczona dookoła 6 tyś. szczytami szybko wskoczyła na czołówkę najładniejszych miast jakie do tej pory odwiedziłem.


Stąd postanowiłem wypuścić się z Williamem na jednodniową wycieczkę na mającą złą reputację boliwijską "Drogę śmierci". Droga ta łącząca Andy z dżunglą była świadkiem wielu tragicznych wypadków. Jest to również jedyna droga w Boliwii, na której obowiązuje ruch lewostronny, a pojazd jadący pod górę ma zawsze pierwszeństwo. Wydrążona w pionowych zboczach gór, usiana krzyżami, z nawisami, z których spada woda i przepastnymi urwiskami robi ogromne wrażenie. Na szczęście jest już ona zamknięta i stanowi teraz atrakcję dla rowerzystów downhillowych, z których jak do tej pory 18 zginęło.

[article_adv]

Głównym jednak powodem przyjazdu do La Paz była chęć wspięcia na Huayna Potosi (6088 m n.p.m.),który byłby moim pierwszym sześciotysięcznikiem. W celu aklimatyzacyjnym i sprawdzenia kondycji, no bo trzy miesiące w siodle na pewno zrobiły swoje wszedłem na Chacaltaya (5395 m n.p.m.) Po uzgodnieniu ceny i warunków w lokalnej agencji wyruszyłem do bazy pod Huayna Potosi. Po dwóch dniach wspinaczki osiągnąłem szczyt, dedykując go mojemu synkowi.

Mission completed, więc przyszedł czas "zwijać się" z La Paz i ruszyć w kierunku Peru, zatrzymując się w miejscowości Copacabana gdzie udałem się na jednodniową wycieczkę po jeziorze Titicaca odwiedzając Wyspę Słońca i Wyspę Księżyca z jego Pałacem Dziewic datowanym na czasy prekolumbijskie.

Kiedy przekroczyłem granicę z Peru obrałem kierunek na centrum imperium Inków miasto Cuzco. To w tym starym z niesamowitymi zabytkami mieście spróbowałem dania, z którym zawsze chciałem się zmierzyć. Mianowicie pieczoną świnką morską. Mięso w smaku nie mogę porównać do żadnego innego jakie dotychczas jadłem, ale była smaczna, choć mięsa na niej dużo nie ma.

Przyszedł czas na "wisienkę na torcie" mojej wyprawy czyli najlepiej zachowane inkaskie miasto Machu Picchu.

[ext_img=s]2168[/ext_img]

Machu Picchu

Miejsce to odkąd zacząłem rozumieć to co widzę rozpalało moją wyobraźnię do granic możliwości, a móc dojechać tam motocyklem, pokonując przełęcz Abra de Malaga i krętą, urwistą drogę z St. Teresy do Hidroelectrici, a potem marsz przez dżunglę wzdłuż linii kolejowej pachniał mi przygodą rodem z filmów o moim bohaterze z młodości Indianie Jones. Muszę przyznać, że się nie zawiodłem i po całym dniu ekscytującej, ale i wyczerpującej podróży, około północy dotarłem do Aguas Calientes, bazy wypadowej na Machu Picchu. Niezwykle podekscytowany jeszcze zanim wstało słońce zacząłem wspinać się po ogromnych kamiennych stopniach do bram wejściowych, a potem jeszcze pół godziny szybkiej wspinaczki na szczyt Huayna Picchu (2720 m n.p.m.).

Po około dwóch godzinach chmury rozeszły się, a moim oczom ukazał się widok, którego piękna nawet sam Kochanowski z Mickiewiczem nie daliby rady opisać. Machu Picchu to jeden z nowych 7 cudów świata i jak najbardziej zasłużył na numer jeden w tym zestawieniu.

Po powrocie do Cuzco przyszedł czas na powolne żegnanie się z Ameryką Płd. i powrót do Valparaiso skąd miałem wysłać Williama z powrotem do Polski. Na szczęście do Valpo miałem jeszcze ok 3,5 tys. kilometrów, więc w drodze powrotnej zdążyłem jeszcze zahaczyć o Kanion Colca, Arequipe z jej starym miastem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jeszcze raz przejechać Atacamę odwiedzając chilijską Aricę i Iquique.

[gallery_bare]187[/gallery_bare]

W sumie tułając się po Ameryce Pd. spędziłem cztery miesiące obfitujące w przygody, spotykanie wspaniałych, inspirujących ludzi i spełnianie pozornie niemożliwych marzeń. Przejechałem 18 tys. kilometrów moim dzielnym Williamem plus kilka kolejnych innymi środkami lokomocji. Odwiedziłem 6 krajów, jeździłem w upale i mrozie, deszczu i palącym słońcu, piachu i błocie. Pokonywałem długie proste patagońskich pustkowi, spalone słońcem drogi Atacamy, wysokie ośnieżone andyjskie przełęcze, a wszystko to w pogoni za marzeniami, bo kto nie marzy, ten nie żyje.

Do Alaski jeszcze dłuuuga droga, więc CDN... :)

Sebastian Żak

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458407428" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1993" ["visits_counter"]=> string(5) "13906" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [7]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1992" ["slug"]=> string(20) "pod-niebem-patagonii" ["dont_use_tags"]=> string(5) "forma" ["title"]=> string(20) "Pod niebem Patagonii" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(215) "Po 40 mi „odbiło”. Poczekałem jeszcze trzy lata, kiedy mojej żonie „odbije” i na fali odbić namówiłem ją na wspólną wyprawę motocyklową… w sumie pierwszą motocyklową wyprawę w naszym życiu. " ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(15534) "

Kiedy moja druga połowa usłyszała, że jedziemy na motocyklach w świat powiedziała:

- O nie, ja za plecak robić nie będę – i rozpoczęła poszukiwania kursów na prawo jazdy. Zaczęła chodzić do przystojnego instruktora, dobrze chociaż, że nie siedział obok i nie łapał jej za kolano (jak to na przykład można było robić w samochodzie, gdzie instruktor siedzi z boku). Nic jej nie było w stanie odwieść od pomysłu, że ona chce swój motocykl i decydować: czy i kiedy skręcamy w prawo, czy w lewo. Decydować jej się zachciało…

Kiedy patrzyłem jak kręci na placu manewrowym ósemki, nie przeczuwałem jeszcze co mnie czeka.

Po pierwsze wymyśliłem, że nasza podroż będzie długa. Nie chciałem jechać na dwa lub trzy tygodnie. Chciałem na dłużej, na kilka miesięcy.

Do tego jeszcze mój tak zwany kryzys po czterdziestce zaczął się rozwijać i postanowiłem, że pojedziemy do Ameryki Południowej. Argentyna – to jest to, niezmierzone przestrzenie Patagonii, droga po horyzont, fantastyczne trasy, drogi szutrowe i kilka fajnych miejsc. Nie ukrywajmy, Mendoza, jako stolica wina argentyńskiego, ciągnęła mnie jak mało co…

Zacząłem szukać, szperać, zbierać informacje. Spędziłem wiele godzin na czytaniu blogów, wiadomości, tekstów.

Kupiliśmy w końcu motocykle. Rok przed wyprawą, w listopadzie. Zadecydowałem, że kupimy dwa takie same BMW F650. Pełnoletnie, bez zbędnej elektroniki. Nie pytajcie mnie, czemu ta marka, czemu ten model. Na tamtą chwilę wydawał się to najlepszy wybór. I tyle. Czterdziestolatkowi nie dajcie za dużo możliwości. Jeszcze plan spali na panewce…

Na 8 miesięcy przed wyjazdem wymyśliłem, że popłyniemy z motocyklami statkiem. A jak, na bogato. Stwierdziłem, że ma to sens, że wezmę motocykl, na którym mogę polegać, bo sam go przygotuję, sprawdzę, wymienię co trzeba i zamontuję co trzeba (na przykład gniazdo zapalniczki, stelaże, gmole).

Moja żona, wcielenie żywotności, jak usłyszała, że ma spędzić miesiąc na statku na którym NIE MA ZUPEŁNIE CO ROBIĆ, to popukała się w głowę. Na szczęście roztoczyłem przed nią wizję włoskiej kuchni, bo linia, którą płynęliśmy to włoska Grimaldi i jakoś udało mi się ją przekabacić na swoją stronę.

I tak pewnego pięknego śnieżnego dnia zapakowaliśmy nasze motocykle na przyczepkę i razem z nimi pojechaliśmy do Hamburga, gdzie wsiedliśmy na statek Grande Amburgo i popłynęliśmy do Montevideo – stolicy Urugwaju. Rejs trochę się dłużył, trochę kołysało i trochę bujało.

Urozmaiceniem podczas tych ponad czterech tygodni było niewątpliwie przekraczanie równika i związany z tym ceremoniał chrztu. Nam się trochę upiekło i zostaliśmy tylko obficie zmoczeni, ale członkom załogi zafundowano solidne emocje, jak przystało na prawdziwych wilków morskich. Kiedy w upalny styczniowy poranek dopłynęliśmy wreszcie do brzegów Ameryki Południowej – wiedziałem, że moje marzenie spełnia się namacalnie jak nigdy.

Dopiero w Urugwaju, kiedy po wszystkich formalnościach celnych wyjechaliśmy na zatłoczone ulice Montevideo pomyślałem, że porwałem się z motyką na słońce. Przede mną jechała moja żona i wiedziałem, że drżą jej nogi, bo jednak jazda po długiej przerwie, z prawie żadnym doświadczeniem na motocyklu wypełnionym bagażami pod sufit, nie stanowiła dla niej przyjemności. Myślałem o tym, jak cholernie wielka ciąży na mnie odpowiedzialność, żeby nie zaliczyła gleby, nie podrapała się, potłukła, albo jeszcze coś gorszego. Nie chciałem mieć później do czynienia z moją teściową…


Montevideo, które zwiedzaliśmy kilka dni było dla nas fantastycznym miejscem, ale mnie przygoda wołała dalej. Naszym celem było Ushuaia. Najniżej położone miasto na świecie. Droga na sam dół mapy usłana była cierniami. Po tygodniu jazdy w upale moja żona zaczęła strajkować.

- Nigdzie nie jadę – mówiła i dodawała – nie możemy codziennie jeździć tak dużo. Po kilkaset kilometrów na dzień, to zdecydowanie przesada.

Nie będę wspominał o tym, że serce mi się rwało to całodziennych jazd, ale musiałem się dostosować. W tak zwanym międzyczasie zwiedziliśmy Buenos Aires, Mar de Plata, Punto Tombo i kilka innych pomniejszych miejscowości. To co mnie najbardziej zdziwiło, to ta przestrzeń Patagonii, która mniej więcej 1000 km od Buenos Aires dawała się odczuć wyraźnie. Jechaliśmy godzinami żeby dojechać z miasteczka do miasteczka. A po drodze nic. Czytałem o tym kilka artykułów, ale dopiero jak na własnej skórze poczułem, że jeśli nie będę miał zapasu paliwa, to utknę na dobre, zdałem sobie sprawę z wielkości Patagonii. Zresztą tankowanie też nie było przyjemne. W Argentynie trwały wakacje w najlepsze i kolejki na nielicznych stacjach benzynowych przyprawiały o zgrzytanie zębów.

[ext_img=s]2163[/ext_img]

Mniej więcej w połowie drogi do Ushuaia permanentnie zaatakował nas wiatr. Wyraźnie zrobiło się też chłodniej. Do tego stopnia, że nawet podpinki oraz termiczna bielizna nie pomagały i wspomagaliśmy się podgrzewanymi rękawicami. Wiedziałem że w Patagonii wieje, ale ten wiatr tam, naprawdę mnie zaskoczył. Do tego gdy jeszcze patrzałem, jak moja piękniejsza połowa ledwo się trzyma na motocyklu w tym wietrze, to przyznaję, czułem lekki niepokój.

Na domiar złego, zaczęły się pierwsze awarie motocykli. Wspominałem już, że nasze motocykle były pełnoletnie. Stwierdziłem, że nadmiar elektroniki może mi przeszkadzać w naprawach. Wybrałem więc w miarę prosty model. Wydawało mi się że z wszystkim mam szansę sobie jako tako poradzić. Najpierw, jakby na rozgrzewkę, zapchał się filtr paliwa, prozaiczna sprawa, która na jakiś czas lekko nas unieruchomiła. Paliwo nie jest jednak najczystsze w Argentynie….

Potem, w drodze na koniec świata zapchał się kolejny filtr, zaczął szwankować regulator napięcia i akumulator, nie było iskry na świecy. Na szczęście, jakoś dawałem sobie radę z tym usterkami. Gdy już dojechaliśmy na Ziemię Ognistą, poczułem że żyję. Przejechaliśmy już ponad 4 tysiące kilometrów, moja żona jakoś dawała radę , motocykle jechały w miarę przyzwoicie. Czułem dumę i radość, ze tak nam dobrze idzie. Tworzyliśmy zgrany duet. Czułem, że marzenia to fajna rzecz, którą właśnie spełniam. Odniosłem wrażenie, że wszystko jest możliwe.

Z Argentyny chcieliśmy pojechać do Chile. Dobra, pomyślałem, kraj może być ciekawszy, zwłaszcza w niektórych częściach. Nie zawiodłem się. Park narodowy Torres del Paine zachwycił nas. Byliśmy w fascynującym miejscu, gdzie podziwialiśmy cuda natury, góry, jeziora, przeskakujące stada guanaku z pagórka na pagórek. Chłonęliśmy te skarby, spoglądając po sobie i czuliśmy to samo. Warto tu być. Warto.

[article_adv]

Nie minęło kilka dni i znowu wracaliśmy do Argentyny. A wszystko po to, by nasza motocyklowa podróż mogła zahaczyć o kolejne fantastyczne miejsce, o którym marzyliśmy, by je zobaczyć – lodowiec Perito Moreno. Najpiękniejszy lodowiec w Argentynie, wysoki na około 50 metrów i szeroki na ponad pięć kilometrów i to wszystko jak na dłoni, widoczne z punktu obserwacyjnego, na którym czułem się malutki jak ogryzek, wszyscy ludzie musieli tam klęknąć przed potęgą natury. Wrażenie piorunujące. Moja żona nie odzywała się przez kilkanaście minut, bo szczęka jej opadła. Nie była w stanie wydobyć słowa, tak piękny i wielki jest ten zakątek Świata. Dzięki temu ja również mogłem poczuć się szczęśliwy. Cisza – myślę że wielu panów mnie zrozumie….

Ledwo pozbieraliśmy się po ogromnych emocjach, przygoda wciągała nas dalej i dalej i dalej. Każdego dnia to samo. Wstajemy rano, zwijamy namiot, pakujemy się i wyruszamy. Jedziemy 100, 200, 300 kilometrów, lądujemy w małym miasteczku, szukamy sklepu, potem miejsca, żeby się rozbić, potem robimy kolację i spać. Rano powtórka. Od nowa.

Aż dojechaliśmy do Jaskini Rąk, gdzie Indianie, rdzenni mieszkańcy tych terenów zostawili swoje ślady w postaci naskalnych odbić swoich dłoni, rysunków guanaku i innych zwierząt. Przepiękne miejsce, piękny kanion, cisza i pustka dokoła. W promieniu 100 km żywego ducha. Moja żona na szutrze niestety, czasem się przewraca, na szczęście gmole które spawałem wcześniej, zabezpieczają silnik przez uszkodzeniem, szyba dostaje tylko trochę uszczerbku, ale nie martwię się tym za bardzo. Mam szarą taśmę… Zmartwiłem się za to nadgryzionym zwierzęciem guanaku, niedaleko miejsca gdzie rozbiliśmy namiot. Na wszelki wypadek wziąłem nóż i umieściłem przy sobie w śpiworze. Ot, tak dla bezpieczeństwa. Nie mówiłem wtedy o tym żonie…


Kolejny poranek to już tylko sklejenie szyby i mogliśmy ruszyć dalej. Przyznaję, było to też taki czas na przemyślenia, że jednak ten upadek mógł skończyć się źle. Ale na szczęście wszystko się udało.

Powoli, powoli, dzień za dniem przesuwaliśmy się na północ Argentyny, do pięknej Mendozy, gdzie dotarliśmy podekscytowani. I wierzcie mi to miejsce warte jest wszystkich tych trudów, żeby tam dojechać. Mnogość okolicznych bodeg, gdzie możesz przyjść, zobaczyć jak wino się produkuje, jak się je butelkuje, jak się je etykietuje. Jak dojrzewa w dębowych beczkach w wielkich, przepastnych piwnicach, w których zapach wina unosi się w powietrzu. Fascynujące miejsca.

[article_adv]

Oczywiście w każdej bodedze, którą odwiedzisz degustujesz. To nieodłączny element wizyty w tym miejscu. Wszak trzeba spróbować rezultatów zbioru, białe, czerwone, wytrawne, półsłodkie, i inne, miesza się potem już w głowie. Ale frajda jest pełną gębą.

Z Mendozy pojechaliśmy ponownie do Chile. Przekroczyliśmy Andy, a wierzcie mi jest to jeden z najlepszych elementów tej wyprawy. Trasy w Andach przyprawiają o zawrót głowy. Piękne widoki, piękne zakręty, niepowtarzalne miejsca, które trzeba odwiedzić. Na przykład kamienne mostki, skały naciekowe, czy podnóże szczytu Aconcagua (ot, żeby po prostu tam być…), to tylko niektóre z atrakcji na tej trasie, która wspina się miejscami na około 4000 m.n.p.m.

Atrakcją jest też wątpliwa przyjemność obcowania z chilijskimi celnikami, ale wszystko jest dla ludzi. Kto jak nie my?!

W Chile zwiedzamy szybkim trawersem Valparaiso, Vina del Mar i Santiago. Przejeżdżamy do Antofagasty, przez pustynię Atacama. Słynną Panamericaną suniemy dostojnie naszymi motocyklami, zahaczając o kolejne ciekawe punkty wyprawy, do których na pewno należy zamknięte miasto San Pedro de Atacama. Miasto kwitło w latach 1935-1995, kiedy to funkcjonowała obok niego kopalnia saletry, dająca miejscowym utrzymanie. Niestety, kopalnie zamknięto, a ludzie, nie mając źródła dochodu, zaczęli emigrować z tego miasta, aż finalnie zostało ono zamknięte. Niesamowite wrażenie robi wizyta w tym miejscu. Pusto, domy stoją otworem, wszystko pokryte piachem, kurzem i białym saletrzanym pyłem. Wrażenie jak z horroru. Ciągle słyszałem tylko głos mojej żony w komunikatorze:

-Jedźmy już stąd, jedźmy, ja się boję.

Wytrzymaliśmy tam godzinę, ja bym tam jeszcze chętnie pomyszkował, ale przerażenie mojej połowicy nieznacznie skróciło czas pobytu w tym niezwykłym miejscu.

Na samej północy Chile, pod granicą z Boliwią, z powrotem przekroczyliśmy Andy. Wracaliśmy do Argentyny. Czekało nas jeszcze wiele kilometrów, bo będąc w Argentynie, wydawało mi się niedorzecznością, żeby nie odwiedzić jeszcze jednego ważnego punktu - wodospadów Iquazu. To niezwykłe i magiczne miejsce. To największe wodospady na Świecie. To skupisko wielu kaskad w jednym miejscu. Te hektolitry spadającej z łoskotem wody... Patrzyłem na ten cud natury i wiedziałem, że decyzja o wyjeździe na tą wyprawę była najlepszą decyzją jaką podjąłem po czterdziestce. A może nawet i przed nią… Cała wyprawa oprócz wielu trudów i męczarni, wielu przeciwności losu, marudzenia żony, jej fochów, które w początkowej fazie były nie do zniesienia, kiedy już przyzwyczailiśmy się do nowego trybu życia, wszystko to było warte by poczuć ten wiatr, ten smak argentyńskiej wołowiny, wina. Widoki nie do opisania, które mieliśmy okazję podziwiać, a co najważniejsze czas spędzony wspólnie, gdzie naprawdę mogliśmy się poznać. W trudzie i znoju, a równocześnie radości każdego dnia bycia w drodze. Wyraz zadowolenia na twarzy partnerki był równie bezcenny, jak widoki dookoła…

Wyjazd, podczas którego czułem wolność. Pierwszy raz w życiu nie musiałem nic robić. Pojechaliśmy bez biletu powrotnego, bez przymusu powrotu… planowałem, że wyjedziemy na trzy miesiące. Dzięki niskobudżetowej podróży, spaniem pod namiotem, gotowaniem, korzystaniem z gościnności ludzi, udało nam się wydłużyć podróż do 8 miesięcy, podczas których przejechaliśmy ponad 20 tysięcy kilometrów.

Najdroższy był bilet do Ameryki Południowej. Miesięczny rejs statkiem kosztował 20 tysięcy PLN w jedną stronę, na miejscu mieściliśmy się w budżecie 50 USD dziennie na nas dwoje.

Najsłabszym i najsilniejszym jednocześnie punktem tej wyprawy była moja żona. Ciągłe marudzenie doprowadzało mnie czasem do szału, ale jednocześnie to ona, jako ekstrawertyczka załatwiała tysiące spraw z innymi ludźmi (w końcu to ona nauczyła się hiszpańskiego specjalnie na tą wyprawę). Z perspektywy czasu wydaje mi się, że bez jej wsparcia wyjazd mógłby się nie udać. Ja za to naprawiałem motory, które często się psuły. Poza tym czułem się za nią odpowiedzialny. Cały czas. Może to trochę trzymało mnie w cuglach. Dlatego „nie popłynąłem”…

[gallery_bare]186[/gallery_bare]

Warto jest spełniać swoje marzenia, a wierzcie mi, ta wyprawa, to jedno z niewielu marzeń, które udało mi się w życiu spełnić. Jako facet po czterdziestce pokusiłem się o jeszcze jedno, nasza wyprawa została opisana dzień po dniu i wydana w formie książki „ Pod niebem Patagonii”. Nie jestem może nieśmiertelny dzięki temu, ale jakże dumny.

Krzysztof Rudź

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458406268" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1992" ["visits_counter"]=> string(4) "7758" ["comments_counter"]=> string(1) "2" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [8]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1991" ["slug"]=> string(30) "motocyklowa-randka-w-kapadocji" ["dont_use_tags"]=> string(0) "" ["title"]=> string(33) "Motocyklowa randka w… Kapadocji" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(285) "Wyobraź sobie, że kobieta poznaje mężczyznę przez aplikację randkową i nagle dowiaduje się, że jeździ on na motocyklu. No trudno, takie życie. I chociaż nigdy wcześniej nawet nie siedziała na dwukołowej maszynie z silnikiem, daje się zabrać na randkę do… Kapadocji." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(10418) "

Dwa miesiące po poznaniu faceta, 17 dni siedzi za nim na GS-ie w kolorze kalamata, jedzie 6500km i zwiedza 13 krajów, żeby w końcu zakochać się i w mężczyźnie i w motocyklach… Tą wariatką byłam ja, a oto moja (nasza) historia.

Z Krakowa wyjechaliśmy pod koniec kwietnia, żeby przez kilka dni przejechać Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię. Rumuńskie góry przywitały nas śniegiem i zamkniętą częścią trasy Transalpina, ale im dalej posuwaliśmy się według planu podróży, tym robiło się cieplej i można było zrezygnować z podpinek i ciepłych rękawiczek.

Pierwszym ciekawszym przystankiem na trasie był Stambuł – miasto kontrastów, nieoficjalna stolica wszystkiego w Turcji. Przez półtorej dnia pobytu ominął nas na szczęście nocleg w hotelu, bo na miejscu mieszka przyjaciel Pawła, który udostępnił nam swoje mieszkanie w jednej z ciekawszych dzielnic miasta – Beyoglu. Piechotą byliśmy w stanie dojść do wszystkich najciekawszych zakamarków metropolii, więc nasze tyłki miały szansę odpocząć od siedzenia na motorze. Włóczenie się uliczkami Krytego Bazaru*, wąchanie przypraw, siedzenie na pięknych dywanach meczetów czy palenie nargili (turecki odpowiednik sziszy) w 300- letniej sziszarni, to tylko niektóre z atrakcji, które nas tam spotkały. Wszechobecne koty i rybacy na moście Galata tworzą klimat nie do podrobienia. Najedliśmy się kebabów, czyli niesamowicie przyrządzonego mięsa z dodatkiem np… pistacji, zasłodziliśmy baklavą i wchłonęliśmy kilkanaście tureckich herbat. To wszystko pozwoliło nam się zregenerować, by ruszyć w dalszą drogę…

*w tym miejscu należy zdementować możliwość przelecenia na motorze przez okno Krytego Bazaru kol. Jamesa Bonda w filmie Skyfall i nie potrącenia nikogo w zawsze obecnym tam tłumie…

[article_adv]

Turcja dla motocyklisty to zarówno nudne autostrady jak i bardziej lokalne drogi. To barany przebiegające przed kołami jak i miejscowi mieszkańcy machający przyjaźnie z lokalnych kafejek. W mieście Konya znanym ze słynnych wirujących derwiszy, gdzie dojechaliśmy już późnym wieczorem dopadł mnie pierwszy poważny kryzys… Strasznie wymarzłam, więc mimo debiutu w jakże modnym wdzianku nazywanym ‘deszczowcem’ trzęsłam się z zimna. Okazało się, że w całej miejscowości nie ma ani jednego miejsca noclegowego oprócz… pięcio-gwiazdkowego hotelu, który pochłonąłby nasz cały wyprawowy budżet. Mieszkańcy Konyi to dosyć konserwatywni, religijni i nieco nieufni ludzie, więc z ich strony też nie mogliśmy liczyć na otwartość i gościnność. W końcu totalnie bez sił rozbiliśmy namiot w dość absurdalnym miejscu, bo na kawałku pola przy autostradzie. Łyk wina wiezionego z węgierskiego Egeru poprawił nam nieco humor, ale kiedy już prawie zasypialiśmy z równowagi wyrwało nas szczekanie psów i świecenie latarkami obok naszego obozowiska. Okazało się, że odwiedziło nas kilku zaniepokojonych mieszkańców, ale po oględzinach naszych wymęczonych twarzy i nie wyglądającego groźnie GS-a, odpuścili. Kolejnego dnia byliśmy już w drodze do głównego celu naszej podróży, czyli bajkowej Kapadocji.

Kapadocja okazała się być równie urokliwa jak na zdjęciach w internecie, mimo że jedno z drugim nie zawsze się pokrywa. Zwiedzanie dolin z niesamowitymi formacjami skalnymi motorem jest jak najbardziej do zrobienia. Musi to być jednak rumak przystosowany do jazdy w terenie. Największym zagrożeniem dla motocyklistów są w tamtych okolicach… żółwie łażące wzdłuż szutrowych ścieżek. W Kapadocji największą atrakcją są ponoć niesamowite loty balonem, ale dla nas niestety tylko ‘ponoć’… Mimo, że zdecydowaliśmy się na lot i wstaliśmy o barbarzyńsko wczesnej porze, silne wiatry pokrzyżowały plany – loty zostały anulowane. Zamiast tego weszliśmy do podziemnego miasta Derinkuyu, gdzie mieszkało kiedyś tysiące ludzi i piliśmy turecką herbatę pod wielkimi skalnymi fallusami, co było nie lada przeżyciem :-)


[gallery_bare]185[/gallery_bare]

Po Kapadocji jeden nocleg spędziliśmy w Pamukkale, słynącego z wapiennych osadów i gorących źródeł miasteczka. Cały kompleks jest naprawdę spory i zwiedza się go na boso. Niestety dzisiaj duża część zbiorników jest wyschnięta, ponieważ hotele zabierają z nich wodę, która ma ponoć właściwości zdrowotne.

Z Pamukkale ruszyliśmy nad wybrzeże do miejscowości Bodrum skąd łapaliśmy prom na wyspę Kos, a dalej na Santorini. Na drugiej z greckich wysp spędziliśmy już dwa pełne dni śpiąc na absolutnie pustym polu namiotowym, gdzie doszło do naszej pierwszej ostrej kłótni. A poszło o… prysznic. Paweł absolutnie nie mógł zrozumieć, dlaczego ja (podkreślam-kobieta) po godzinach w siodle i kasku na głowie pierwsze co chcę zrobić, gdy jest taka możliwość, to wskoczenie pod prysznic. Według jego męskich instynktów powinniśmy najpierw rozbić obozowisko i zrobić strawę. Dziś już wypracowaliśmy kompromis, ale pamiętaj czytelniku, że wtedy znaliśmy się bardzo krótko  Santorini ma dwa oblicza. Główne, typowo komercyjne pochłonęliśmy pierwszego dnia, tj. wypiliśmy espresso z widokiem na Kalderę, obejrzeliśmy malowniczy zachód słońca czy wygrzaliśmy się na ‘czerwonej’ plaży. W końcu mogłam założyć jedną z trzech sukienek, które wzięłam na wyjazd motocyklowy… (do tej pory jest mi wstyd!). Drugi dzień to odkrywanie innej, bardziej dzikiej części wyspy. Oczywiście na motocyklu. Małe kościółki, pasące się konie i urocze małe plaże to te miejsca, które zdecydowanie łatwiej jest zwiedzić na dwóch kołach. GS był wielofunkcyjny, służył nie tylko za transport, ale i statyw czy… ogrzewanie, kiedy w krótkich spodenkach już po zachodzie słońca tuliliśmy się niemal do silnika.

Po wakacyjnym Santorini czekała nas kolejna przeprawa promem do Aten. To drugie miejsce na naszej trasie, gdzie nocowaliśmy u znajomego – starszego Greka pana Spirosa mieszkającego tuż pod Akropolem przy drzewie z cytrynami wielkości męskiej dłoni. Spiros przez wiele lat pracował jako stróż na Akropolu, więc kiedy nas tam zaprowadził, czuliśmy się jak VIP-y. Nie dość, że nie zapłaciliśmy za wstęp ani grosza, to jeszcze wszyscy pracownicy witali się z nami i naszym osobistym przewodnikiem pełnym szacunku skinieniem głowy. Mimo to, szczerze mówiąc Akropol nas nie zachwycił, dużo ciekawsza okazała się być Stara Agora, gdzie można się niemal potknąć o cenne zabytkowe kolumny ukryte w trawie czy Anafiotika- miasteczko z uliczkami tak wąskimi, że Paweł miał problem z przejściem z powodu zbyt szerokich barków :-)

[article_adv]

Dalsza jazda po Grecji kojarzy mi się przede wszystkim z klasztorami (Meteory) i przygodą z niedźwiedziem. Znaleźliśmy idealne miejsce do noclegu pod namiot. Piękne wzgórze z zapierającym dech w piersiach widokiem, namiot ustawiliśmy tak, żeby rano obudziło nas słońce… brzmi bajkowo? Skończyło się jak horror klasy B. Paweł jak na prawdziwego mężczyznę przystało poszedł rąbać drewno na ognisko, a ja szykowałam powoli jedzenie. Nagle Paweł wraca i karze mi się zbierać, bo widział świeże ślady niedźwiedzia. Byłam pewna, że ściemnia i chce mnie nastraszyć, bo przed wyjazdem oglądaliśmy film, w którym para chodziła po lesie i jego zagryzł niedźwiedź… Mina Pawła mówiła jednak, że to żart. Zebraliśmy się w oka mgnieniu i zaczęliśmy uciekać na GSie. W końcu spaliśmy na jakimś przystanku przy wjeździe do małej miejscowości, a następnego dnia miejscowi uświadomili nas, że niedźwiedzie w tych okolicach są zupełnie nie groźne, wchodzą im do domów i są wielkości większych psów…

Następnie czekała już na nas Macedonia- piękny, niedoceniany przez Polaków kraj. Zatopione kościoły, jezioro Ochrydzkie czy stare klasztory tworzą tam niesamowicie mistyczny klimat. Jeden z kościołów, który miał być zalany wodą zwiedzaliśmy w okresie tamtejszej suszy, więc mogliśmy niemal wjechać motorem w sam środek rozpadającej się budowli. Oprócz nas wnętrze zwiedzały również… krowy - mieszkanki okolicznych pastwisk.

Albania, Kosowo, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina to miejsca, które przywitały nas naprawdę niezłymi asfaltami i piękną pogodą. Co ciekawe, na tym etapie podróży już tak przyzwyczaiłam się do jazdy motocyklem i zaufałam Pawłowi, że na jego ‘zakrętach życia’, kiedy świetnie się bawił, nagle dostawał ‘dzięcioła’, czyli mój kask obijał się o jego. Po prostu… zasypiałam ;) Zapomniałam też dodać, że drugiego dnia naszego wyjazdu zepsuł mi się interkom (może dlatego P. wytrzymał tyle czasu z babą w siodle) i musieliśmy wypracować zespół znaków potrzebnych nam do komunikacji. I tak oto ściśnięcie Pawła udami oznaczało ‘tak’, a machanie ręką przed twarzą ‘zasypiam, szukamy kawy’.

[ext_img=s]2162[/ext_img]

Wspólna podróż uświadomiła mi nie tylko jak fantastycznego mężczyznę poznałam, ale i jak bardzo podróżowanie na motocyklu może być świetną zabawą. Kilka miesięcy później zrobiłam kurs na prawo jazdy kat. A i dziś jesteśmy w fazie planowania kilkumiesięcznej podróży już na dwóch GS-ach z Krakowa do Mongolii. I jak nas znam, to na tym nie poprzestaniemy…

Joanna Bielak

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458405091" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1991" ["visits_counter"]=> string(4) "5070" ["comments_counter"]=> string(1) "1" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [9]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1990" ["slug"]=> string(16) "9-krajow-w-9-dni" ["dont_use_tags"]=> string(31) "mieszkanie , cel , czas , klucz" ["title"]=> string(17) "9 krajów w 9 dni" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(302) "Dziewięć dni, dziewięć państw i dokładnie 3109 km. Tak w największym skrócie można by było opisać naszą podróż. Dla nas jednak było to coś dużo więcej. Podjęcie decyzji było proste ponieważ motory, czy raczej jak mówią motocykliści sprzęty są wielką pasją naszych mężów. " ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(18679) "

Nasza wspólna przygoda z motocyklami rozpoczęła się w 2013 r. Wtedy to kupiliśmy pierwszy motocykl i mogliśmy wreszcie dołączyć do naszych przyjaciół Macieja i Moniki. Początkowo nasze wyprawy ograniczały się do jedno, dwudniowych „podróży” po Polsce. Jednak szybko przestało nam to wystarczać. Poznawanie nowych miejsc na sprzętach ma w sobie coś magicznego. Nie można go porównać z żadną inną formą podróżowania. Dlatego bardzo szybko zrodził się w naszych głowach pomysł przejechania na naszych maszynach większej liczby kilometrów.

Mózgiem wszystkich naszych wypraw jest Monika. To ona opracowuje dokładny plan, wyznacza trasę, rezerwuje noclegi i organizuje czas w taki sposób aby jak najwięcej można było zobaczyć oraz uwiecznia wszystko na zdjęciach. Tak było i tym razem.

[ext_img=s]2135[/ext_img]

MONIKA

Wyruszyliśmy z naszego ukochanego Pleszewa, małego miasta w południowej Wielkopolsce, dokładnie 30 maja 2015 r.

[ext_img=s]2136[/ext_img]

GOTOWI DO WYJAZDU

Pierwszy nocleg mieliśmy zaplanowany w Mariborze w Słowenii. Ponieważ była to największa liczba kilometrów jaką wyznaczyliśmy sobie do przejechania w ciągu jednego dnia nie mieliśmy pewności, że nasz cel zostanie osiągnięty. Jednak chcieć to móc, a my byliśmy tak zdeterminowani, że jak się okazało nie było to wcale takie trudne jak na początku nam się wydawało. Udało się przejechać ponad 800 km. Jednak droga do osiągnięcia naszego pierwszego celu wcale nie była łatwa. Po przejechaniu trasy w Polsce i Czechach, można powiedzieć , że tradycji stało się zadość, bo w Austrii, za Wiedniem złapał nas deszcz i tak już było do samego Mariboru. Zjechaliśmy więc na najbliższy parking i ubraliśmy się w nasze ulubione stroje, czyli kombinezony przeciwdeszczowe, w których wyglądamy niczym cztery urocze teletubisie. Szkoda, że są czarne, a nie kolorowe, bo wtedy to porównanie z pewnością byłoby trafne.

[article_adv]Deszcz i seksowne kombinezony to nie koniec. Zaraz po dotarciu na miejsce naszego pierwszego noclegu, zsiadając z motocykla, zrobiłam to tak zgrabnie, że złamałam mężowi prawe lusterko. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Generalnie sama sytuacja była śmieszna, ale dalsza podróż była trochę utrudniona. Towarzystwo się śmiało, ja byłam wściekła na swoją niezdarność, a mój mąż miał wyraz twarzy , którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Jednak zgodnie z tym co śpiewała „Ordonka” o miłości, która wszystko wybaczy, szybko ochłonął i wieczorem wybraliśmy się na kolację do pobliskiej knajpki.

Po całym dniu spędzonym na motorze nasze apetyty były ogromne, jak się później okazało nie tak ogromne jak porcje, które przyniosła nam kelnerka. Zamówiliśmy pizzę, każdy inną, sałatki, a na przystawkę Maciej dodatkowo zamówił sobie bruschettę. Jakież było nasze zdziwienie gdy na stół wjechały pizze wielkości sombrerro, niewiele mniejsze sałatki i gwóźdź wieczoru czyli bruschetta, a raczej pizza bruschetta, bo swoją wielkością odpowiadała właśnie zamówionym przez nas pizzom. Podejrzewam, że nawet gdybyśmy siedzieli w tej knajpce do rana to i tak nie udałoby nam się zjeść wszystkiego co z taką łatwością wybraliśmy i zamówiliśmy.

I tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy pierwszy dzień naszej podróży. Tak nam się wydawało dopóki nie dotarliśmy do naszego hotelu i nie wyszliśmy na balkony, żeby schować wysuszone buty i rękawice. Buty i rękawice były, ale okazało się, że nad balkonami, na których je suszyliśmy nie było zadaszenia, a deszcz przecież cały czas padał. W związku z powyższym wykręciliśmy rękawice, wylaliśmy wodę z butów i na wszelki wypadek położyliśmy się spać, bo więcej niespodzianek by nas chyba zabiło. Było ich bardzo dużo jak na cztery osoby i pierwszy dzień „wyprawy naszego życia”.

[ext_img=s]2137[/ext_img]

MARIBOR-bez lusterka ale cel osiągnięty

[ext_img=s]2138[/ext_img]

PIERWSZA KOLACJA

Drugi dzień rozpoczęliśmy od pysznego śniadanka, podczas którego na szczęście nic się nie wydarzyło i ruszyliśmy w dalszą drogę. Początkowo nadal w naszych „teletubisiach”, ale z upływem kilometrów deszcz osłabł i w końcu całkowicie przestało padać. Im bliżej Chorwacji tym było cieplej i ładniej. Naszym celem był Trogir, ale po drodze mieliśmy jeszcze zaplanowany spacer po Zadarze.

[ext_img=s]2139[/ext_img]

ZMĘCZONE ALE ZADOWOLONE – my PLECACZKI

[ext_img=s]2140[/ext_img]

DWA ŁYSE „DRAJWERY”


Droga do Trogiru była kręta, ale pokonywanie zakrętów na motorze ma w sobie zupełnie inną magię niż pokonywanie ich samochodem. I wreszcie za kolejnym z wielu malowniczych zakrętów wyłonił się widok jakiego dawno nie doświadczyliśmy pięknego, starego miasteczka. Było już ciemno więc wrażenia estetyczne były dużo silniejsze. Po znalezieniu noclegu zaraz udaliśmy się nad morze. Jeżeli ma się tak mało czasu na pobyt w danym miejscu jak my nie można tracić ani chwili. Chociaż nie był to nasz pierwszy pobyt w Chorwacji to Trogir widziałam po raz pierwszy. Zdecydowanie była to jedna z najładniejszych miejscowości jaką dane mi było do tej pory zobaczyć. Urokliwe stare domy i pięknie zagospodarowane nabrzeże gdzie można było siedzieć godzinami i patrzeć na morze. W tym pięknym, jak to mówi mój mąż „anturażu”, zjedliśmy późną kolację i wypiliśmy piwko.

[ext_img=s]2145[/ext_img]

PÓŹNE PIWKO W PIĘKNYM „ANTURAŻU”

Po spacerze starymi, wąskimi uliczkami wróciliśmy do hotelu bo kolejnego dnia trzeba było ruszać dalej. Nie mogliśmy sobie jednak odmówić ponownej wizyty na nabrzeżu, tym razem w dziennym świetle. Wrażenia były tak samo niezwykłe jak te, które pojawiły się po ujrzeniu Trogiru by night. Po krótkim spacerze nadeszła pora by ruszać dalej.

[ext_img=s]2141[/ext_img]

HOTELOWY PARKING „PRZEZORNY ZAWSZE UBEZPIECZONY”

Kolejnym miejscem na naszej trasie był Split. Tam zatrzymaliśmy się trochę dłużej żeby zobaczyć promenadę, Pałac Dioklecjana, Złotą Bramę i dotknąć palca u nogi Biskupa Grgura Ninskiego ponieważ legenda głosi, że dotknięcie jego palca gwarantuje spełnienie marzenia, o którym podczas tego dotykania się pomyśli. Nikt z nas nie zdradził grupie o czym sobie pomyślał.

[ext_img=s]2142[/ext_img]

MACIEJ I PALUCH GRGULA

I tak po zagwarantowaniu sobie spełnienia naszych marzeń ruszyliśmy w stronę Riwiery Makarskiej. Droga znów bogata była w zakręty i przepiękne widoki. Trudno było oderwać od nich wzrok. Komfort podziwiania tych widoków miałyśmy jedynie my z Moniką, ponieważ nasi panowie skupieni byli na prowadzeniu motocykli i obserwowaniu drogi.

[ext_img=s]2143[/ext_img]

[ext_img=s]2144[/ext_img]

W DRODZE NA MAKARSKĄ

[article_adv]

Na Riwierze poszukiwanie noclegu trwało trochę dłużej, ale udało nam się zakwaterować prawie nad samym morzem. Według planu mieliśmy tu spędzić dwa dni i odpocząć, a przede wszystkim zregenerować obolałe pośladki. Udało nam się nawet dwie godzinki poleżeć na plaży i wykąpać się. W Chorwacji nie jest już tak luksusowo i śniadanka musieliśmy sobie przygotowywać sami. Nie było z tym większego kłopotu ponieważ sklep był blisko, a zjeść można było na urokliwych balkonikach w które wyposażone były nasze pokoje. Po dwóch dniach błogiego lenistwa trzeba było ruszać dalej.

[ext_img=s]2146[/ext_img]

RIWIERA MAKARSKA

[ext_img=s]2147[/ext_img]

W DRODZE NA MAKARSKĄ

Kolejny dzień spędziliśmy głównie na motocyklach. Założyliśmy sobie ambitny plan przejechania przez Mostar i dalej przez całą Bośnię na kolejny nocleg w Chorwacji. Temperatura podczas zwiedzania Mostaru była „piekielna” co spowodowało u mnie kryzys. Musieliśmy więc nieco dłużej tam zostać aby wszyscy doszli do siebie i przy okazji zobaczyliśmy skok z jednego z najsławniejszych mostów w Europie.

[ext_img=s]2148[/ext_img]

MOST W MOSTARZE

Droga przez Bośnię biegła wyłącznie przez góry. Była niezłym wyzwaniem dla naszych Panów. Same zakręty, od których mogło zakręcić się w głowie, ale wszystko wynagradzały nam przepiękne widoki.

[ext_img=s]2149[/ext_img]

BOŚNIA


W tym dniu przejechaliśmy 446 km, z tego większość właśnie przez góry w Bośni.

[ext_img=s]2150[/ext_img]

[ext_img=s]2151[/ext_img]

446 KILOMETRÓW - TYLKO GÓRY I WINKLE MAMY DOŚĆ

W tym dniu znów przypomniało o sobie „nasze szczęście”. Podczas jazdy, najprawdopodobniej z powodu wysokiej temperatury, przestała działać nasza „wypasiona” nawigacja. Użyłam słowa wypasiona ponieważ z oryginalną motocyklową nawigacją nie miała wiele wspólnego. Można powiedzieć, że była to nawigacja własnego pomysłu składająca się z nawigacji samochodowej połączonej ze słuchawkami utkwionymi w uchu Macieja pod kaskiem. Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia. Uratowały nas lata doświadczeń. Oprócz nawigacji zawsze mamy tradycyjne mapy, z których umiemy korzystać.

[ext_img=s]2152[/ext_img]

NAWIGACJA NAM PODZIĘKOWAŁA

Więc po krótkim postoju na stacji benzynowej i zapoznaniu się z mapą w wersji papierowej mogliśmy kontynuować naszą podróż. Podczas podróży po ziemi bośniackiej jeden jedyny raz zostaliśmy poddani kontroli drogowej. Jakież było nasze zdziwienie gdy po zatrzymaniu Maciej i Moniki przez patrol policji okazało się, że jedynym powodem zatrzymania nas przez policję była ciekawość. Policjanci widząc z daleka nadjeżdżające wspaniałe maszyny chcieli je po prostu zobaczyć. Po krótkiej rozmowie i zrobieniu sobie z nami zdjęć pozwolili nam jechać dalej. Szkoda, że polska policja nie jest tak wspaniałomyślna.

[ext_img=s]2153[/ext_img]

SPOTKANIE TOWARZYSKIE Z POLICJĄ W BOŚNI

Granicę z Chorwacją przekraczaliśmy już późnym wieczorem. Perspektywa nie była zbyt różowa. Było późno, chłodno, ciemno, okolica nie zachęcała do spacerów, a noclegu nie było widać. Wreszcie na horyzoncie pojawiło się jakieś miejsce do spania. Z zewnątrz było niezłe, ale środek okazał się mało przyjemny i musieliśmy zrobić sobie „Dzień Dziecka”. Pani słabo mówiła po niemiecku, a po angielsku wcale, ale piwo można było tam wypić. Oprócz nas nikogo w tym klimatycznym miejscu noclegowym nie było, bo nie wiem jak inaczej mam je nazwać. Jednak po całym dniu na motorze w górach nie mieliśmy większych problemów z zaśnięciem, nawet nie umyci. Rano zjedliśmy jajecznicę, dostaliśmy rabat po 5 euro od pokoju i pojechaliśmy dalej.

[article_adv]

Dalsza droga wiodła nas w kierunku granicy z Węgrami. Miejscem docelowym kolejnego dnia podróży był Balaton. Mimo że znów jechaliśmy drogami Chorwacji była to zupełnie inna Chorwacja niż ta, w której najczęściej Polacy spędzają wakacje. Okazało się, że nie jest już tak pięknie i malowniczo jak na Riwierze Makarskiej. Na wielu mijanych po drodze domach wyraźnie widoczne są jeszcze ślady wojny na Bałkanach. Po dotarciu nad największe jezioro Europy Środowej , znaleźliśmy hotel i jak to my natychmiast ruszyliśmy nad jezioro. Nasze wyposażenie było skromne – każdy miał swój ręczniczek oraz coś do picia, do wyboru wino albo piwo. Nasi panowie postanowili wejść do wody, chociaż stopień jej czystości w ogóle do tego nie zachęcał. Po wstępnym szoku spowodowanym temperaturą wody szli i szli i cały czas poziom wody pozostał na wysokości ich kolan. Na kąpiel więc nie było szans. Pozostał odpoczynek na okolicznym trawniczku, na naszych skromnych ręczniczkach. Balaton okazał się więc największym rozczarowaniem podczas tej podróży.

[ext_img=s]2154[/ext_img]

[ext_img=s]2155[/ext_img]

BALATON

[ext_img=s]2156[/ext_img]

BALATON


Nasza podróż nieubłaganie zbliżała się do końca. Pozostał ostatni punkt Budapeszt. Początki nie były łatwe ponieważ mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Zaczynał się weekend i nigdzie nie było wolnych miejsc noclegowych. Dzięki naszej nerwowej objazdówce tego pięknego miasta w poszukiwaniu hotelu mogliśmy się przekonać, że warto było tu przyjechać. To niewątpliwie jedno z najpiękniejszych miast Europy. Po dwóch godzinach udało się. Po zakwaterowaniu i szybkiej kąpieli ruszyliśmy „w miasto”. Na zwiedzanie mieliśmy tylko jedno popołudnie więc stwierdziliśmy, że najlepszym pomysłem będzie tzw. bilet turystyczny uprawniający do zwiedzania miasta specjalnymi autobusami. Za kilka forintów objechaliśmy całe miasto oraz załapaliśmy się na rejs po Dunaju.

[article_adv]

W autobusie, słuchając lektora opowiadającego historię miasta w języku polskim znaleźliśmy małą kolorową ulotkę reklamująca japońską restaurację w centrum miasta. Można było na niej przeczytać, że dziś promocja. I to jedno magiczne słowo nas przekonało i zarazem zgubiło. Ponieważ byliśmy bardzo głodni raźnym krokiem udaliśmy się pod wskazany na ulotce adres. W kasie każdy wpłacił 20 euro i zaczęło się „wielkie żarcie”. Tak to można było określić. Malutkie porcje przejeżdżały na specjalnych talerzykach. Jedliśmy więc wszystko co pojawiło się w zasięgu naszego wzroku, kwaśne, słodkie, słone, gorzkie. Po wyjściu z lokalu udało nam się doczołgać do najbliższego przystanku autobusowego i ruszyć na dalsze zwiedzanie miasta. Nie było to jednak łatwe. Czuliśmy, że każdy z nas jest cięższy o co najmniej 10 kilogramów i było nam niedobrze. Cóż, okazało się, że za łakomstwo, tak jak za głupotę trzeba płacić.

[ext_img=s]2157[/ext_img]

BUDAPESZT

[ext_img=s]2158[/ext_img]

BUDAPESZT

Ponieważ kolejnym dniem była sobota postanowiliśmy, że w drodze powrotnej zatrzymamy się na jeszcze jeden nocleg u naszych znajomych w Stasikówce. Ruszyliśmy więc w drogę powrotną do Polski. Dobra droga skończyła się po około 100 km. Reszta dróg na terenie Węgier była gorsza niż drogi w Polsce. Komfort jazdy nie był więc najwyższy, ale niedogodności „drogowe” wynagradzały nam sympatyczne widoki malowniczych węgierskich wsi. Przez Słowację dotarliśmy do Polski, do Stasikówki.

W drogę do Pleszewa mieliśmy ruszyć nazajutrz rano. Zapomnieliśmy jednak o słynnej góralskiej gościnności i do domu nie wracaliśmy już w czwórkę, ale dwójkami. Maciej i Monika przed południem, a ja i mój mąż wyjechaliśmy ze Stasikówki około 16.00. Do domu pozostało 450 km, korki na Zakopiance i duży ruch na drogach. Motorem, dzięki uprzejmości większości kierowców mogliśmy się, szczególnie na Zakopiance przemieszczać dużo szybciej niż samochodem. Mam na myśli przejeżdżanie pomiędzy stojącymi w korkach samochodami. Do domu dotarliśmy około 23.30. Byliśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi, że udało nam się zrealizować cały plan.

[ext_img=s]2159[/ext_img]

NASZA TRASA

Najważniejszego jeszcze nie napisałam tzn. na jakich sprzętach pokonaliśmy tę trasę YAMAHA XJR1300 i nasza „Becia” czyli BMW K1200R. Tego mój małżonek by mi nie wybaczył, bo zaraz po mnie to właśnie „Becia” jest miłością jego życia.

[ext_img=s]2160[/ext_img]

BECIA

[ext_img=s]2161[/ext_img]

XJR 1300

Zdecydowałam się opisać naszą podróż żeby was zachęcić do włożenia w podróżowanie odrobiny więcej wysiłku. Nie wykupujcie w biurach podróży wakacji w zamkniętym hotelu i nie spędzajcie wolnego czasu nad basenem. Gorąco wszystkim polecam miejsca, które odwiedziliśmy wspólnie z naszymi przyjaciółmi i formę podróżowania jaką jest przemieszczanie się na motocyklu. Warto przeżyć coś takiego. Wierzcie mi podróżowanie motocyklem zawiera w sobie zupełnie inny ładunek emocjonalny, niż podróżowanie samochodem. Nie da się tego porównać. My już nie jesteśmy młodzi. Wszyscy mamy ponad 40 lat, ale dzięki motocyklom mamy w sobie radość życia i chęć poznawania, której wielu młodym ludziom brakuje. Korzystajcie z naszych doświadczeń. Macie teraz inne możliwości. My mogliśmy sobie pozwolić na tę odrobinę szaleństwa jaką daje jazda motorem dopiero teraz, ale Wy nie czekajcie. Powodzenia!!!

LWG
Izabela Wnuk

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458402580" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1990" ["visits_counter"]=> string(4) "7051" ["comments_counter"]=> string(1) "4" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [10]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1989" ["slug"]=> string(34) "podazajac-sladami-dakaru-2015-cz-2" ["dont_use_tags"]=> string(9) "akt , cel" ["title"]=> string(38) "Podążając śladami Dakaru 2015 cz.2" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(138) "ARGENTYNA - BOLIWIA - CHILE - WYSPA WIELKANOCNA Podróż do Chile 01,02,03.01.2015 Ostrava – Praga – Madryt – Santiago de Chile" ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(35867) "

Dzień 16 Pan de Azucar – Huasco 372 km

[ext_img=s]2087[/ext_img]

Wstaję pierwszy. Wyspałem się jak nigdy.

Widok przepiękny. Fajnie byłoby się tak budzić codziennie. Idę umyć zęby i troszkę się odświeżyć. Ze wstydem muszę się przyznać że wczoraj tego nie zrobiłem.

Na początku towarzyszą mi tylko lisy z których obecności słynie to miejsce :-)

[ext_img=s]2088[/ext_img]

Wracając widzę już powoli budzącą się resztę ekipy, na stole pojawia się zupka, kawa, kanapki i arbuz na deser. Ja zostaję przy kawie. Po wczorajszym wieczorze nawet nie myślę o jedzeniu i pewnie długo jeszcze nie pomyślę. Trudno opuścić tak urokliwe miejsce w związku z tym nie śpieszymy się.

[ext_img=s]2089[/ext_img]

Powolutku jednak jeden za drugim nikną z placu namioty i w końcu przychodzi czas na nas. Powtórna przejażdżka przez Pan de Azucar to czysta przyjemność. Tankujemy w Chañaral i dalej krajową 5-tką jedziemy aż do Caldery. Widoki oczywiście podobnie jak wczoraj przepiękne. Jakoś tak się składa że większość bajkerów lubi jeździć wybrzeżami więc i ja nie jestem tutaj chyba wyjątkiem :-)

Początkowo planujemy odwiedzić słynny kurort Bahia Inglesa. Jednak jakimś dziwnym trafem Kazik skręca do Caldery. Caldera to typowo portowe miasteczko. Zaraz dopada nas jakiś naganiacz i kieruje do pobliskiej restauracji. Okazuje się że znajduje się ona w porcie w tym samym budynku co targ rybny.

[ext_img=s]2090[/ext_img]

Zamawiamy zupę z owoców morza i również zapiekankę z owoców morza. Oba dania są nieprawdopodobnie pyszne i całkiem niedrogie :-)

[article_adv]

Dawno nie jadłem tak dobrych owoców morza. Chyba od czasu wyprawy na Maderę. Niestety dalsza droga jest bardzo monotonna i w połączeniu z lekkim nasyceniem posiłkiem powoduje senność. Próbujemy znaleźć jakieś miejsce żeby wypić kawę, ale bez szans. 200 km nie ma nic. To są chilijskie realia. Ponieważ warunki są surowe to ogromne połacie kraju są bezludne i nie opłaca się niczego stawiać. Chilijczycy są przyzwyczajeni że stacje benzynowe często dzieli od siebie dystans 200-tu km i więcej i trzeba być na to przygotowanym. Ja już na oparach ale docieram do stacji w Vallenar. Oprócz benzyny kawa i pyszne lody. Dojazd do Huasco to już pikuś chociaż zachodzące słońce mocno pali w oczy. Nawigacja perfekcyjnie doprowadza mnie do hotelu. Szybkie rozpakowanie motocykla i oczywiście internet żeby nadrobić zaległości z campu. Sambor już zbiera kasę na grilla. Oj będzie się działo :-)

Tymczasem Kazik spotyka w hotelu Polaka który tutaj pracuje przy budowie instalacji odsiarczania spalin w tutejszej elektrowni. Idziemy z nim na piwo na pobliską promenadę i przy okazji staramy się dowiedzieć jak najwięcej o Chile żeby lepiej zrozumieć ten kraj i różne sytuacje które się zdarzają. Janusz opowiada bardzo ciekawie i tak czas schodzi nam przy piwku do 22-giej. Później jeszcze oczywiście wpadam na grilla ale dzisiaj atmosfera już zdecydowanie mniej bojowa jak wczoraj. Jednak grillowanie dwa dni z rzędu mało kto wytrzymuje. Na dzisiaj to zdecydowanie wystarczy. O północy grzecznie idę spać.

Dzień 17 Huasco – Combarbala 437 km

[ext_img=s]2091[/ext_img]

Wstaję rano bardzo wcześnie żeby trochę pogrzebać w internecie. Okazuje się że nie jestem jedyny. Chyba zaczyna już działać syndrom powrotu do domu bo większa część grupy bardziej jest już chyba myślami w domu i zdecydowanie mniej nastawiona na zabawę. A może to już zmęczenie daje się we znaki ? W końcu przejechaliśmy już prawie 5 000 km w często trudnych warunkach. W każdym bądź razie jedno jest pewne, wyjeżdżamy nawet wcześniej niż zaplanowaliśmy. Mamy przed sobą ok 400-tu km po autostradach więc powinniśmy wcześnie być na miejscu. Po drodze mijamy ciągłe roboty drogowe. Widać że Chile mocno inwestuje w infrastrukturę

[ext_img=s]2092[/ext_img]

Jazda jest dosyć monotonna i nie wymagająca wielkiego skupienia dlatego pozwalam sobie na wspominanie i analizowanie tego co nam wczoraj opowiadał o Chile, kraju, ludziach i panujących tu zwyczajach. Chile to kraj ludzi o bardzo patriotycznym nastawieniu. Flagi państwowe powiewają tu nad wieloma domami i właściwie można się na nie natknąć co krok. Chilijczycy są bardzo dumnym żeby nie powiedzieć hardym narodem. Oczywiście potrafią być mili i uprzejmi ale nie przepadają za cudzoziemcami. Żeby otrzymać tu pozwolenie na pracę trzeba przejść bardzo długą i ciernistą drogę i otrzymać je tylko wówczas kiedy nie ma Chilijczyka spełniającego wymagania pracodawcy. Sami Chilijczycy nie są zbyt chętni do pracy. Bardzo często strajkują o byle co. Ostatnio w zakładzie jakiejś zachodniej firmy strajkowali o to żeby pracować tylko dwa tygodnie w miesiącu a brać pieniądze oczywiście za cały miesiąc. Wychodzą z założenia że „gringo” są po to żeby płacić. Ceny są tutaj chyba najwyższe w całej Ameryce Płd. Zarobki w związku z tym też są stosunkowo wysokie. Jeżdżą tutaj całkiem dobre auta i ludzie wyglądają raczej na zadowolonych. Co prawda ich domy i mieszkania wyglądają na ogół bardzo nędznie ale to jest specyfika tego kontynentu. Kraj czerpie bogactwo z kopalin których ma mnóstwo. Bogactwo to widać po stanie dróg. Z tych krajów które zwiedziliśmy są one zdecydowanie najlepsze i nadal mnóstwo nowych tras powstaje. Czasami aż dziw bierze że na zupełnej pustyni przez niezamieszkałe tereny biegnie piękna droga po której mało kto jeździ.

Autostrady są co prawda płatne ale opłaty nie są wygórowane a biorąc poziom cen chilijskich to są wręcz niskie. Moje rozmyślania przerywa pierwszy postój na tankowanie. W kolejce spotykam Chilijczyka który ma żonę Polkę z Leżajska. Miło sobie gadamy. Okazuje się że jednym z największych zagranicznych inwestorów w Chile jest nasz KGHM a on zajmuje się obsługą paneli biznesowych polsko-chilijskich. Po wzajemnych pozdrowieniach rozstajemy się ale przy wyjściu spotykam grupę motocyklistów z Brazylii. Mała wymiana poglądów. Motocykliści z Europy są tu raczej rzadkością więc siłą rzeczy wzbudzają zainteresowanie.

Po tych wymianach poglądów stwierdzam że moi koledzy zalegli pod drzewem i drzemią :(

[ext_img=s]2093[/ext_img]

Trzeba będzie trochę poczekać :-( Takich przerw i postojów będzie jeszcze dzisiaj kilka. Na koniec nawigacja trochę kiepsko nas prowadzi i zaliczamy 30 km po szutrach. W sumie przejechanie 437-iu km zajmuje nam prawie 9 godzin. Mój rekord. Nie przepadam jednak za takim tempem podróżowania. W końcu docieramy do Combarbali i nawet udaje nań się znaleźć nasz hotel. Biorę sobie jedynaczkę bo to ostatnia noc i trzeba zacząć przepakowanie. Wieczorem jedziemy jeszcze zwiedzić obserwatorium astronomiczne. Z tego również słynie Chile. Dzięki bardzo czystemu i suchemu powietrzu oraz wysokości Chile oferuje doskonałe warunki do obserwacji nieba. Aktualnie 50 % istniejących teleskopów jest usytuowanych w Chile. Do 2020 roku planowane jest wybudowanie tylu teleskopów że będą stanowić 75 % „populacji” teleskopów na świecie. Poza tym konstruowany jest największy teleskop na świecie o średnicy 40 m. Oczywiście również oglądamy niebo a właściwie tę część której z naszej półkuli nie widać. Warunki do obserwacji nieba zarówno gołym okiem jak i przez teleskop są zaiste doskonałe.

[ext_img=s]2094[/ext_img]

Po wizycie w obserwatorium jedziemy do hotelu przejeżdżając przez miasteczko. Jest bardzo ładne i pełne ludzi. Jeszcze raz żałuję że nasza podróż była tak długa i że zmarnowaliśmy tyle czasu bez sensu mogąc spędzić go zdecydowanie przyjemniej.

Po powrocie do hotelu natychmiast ląduję w łóżku. Pakowanie zostawiam na jutro.


Dzień 18 ostatni Comparbala – Valparaiso 329km

[ext_img=s]2095[/ext_img]

Dzisiaj wstaję po szóstej bo postanowiliśmy wcześniej wyjechać. Zgodnie z planem udaje nam się wyjechać o ósmej. Ostatnie tankowanie i dalej w drogę.

[ext_img=s]2096[/ext_img]

W międzyczasie jeszcze szybkie śniadanko i booking hotelu przy lotnisku w Santiago. Jest dość chłodno. Okazuje się że w całej strefie przybrzeżnej temperatura jest raczej niska i nie ma upałów. To oczywiście wpływ zimnego Pacyfiku. Ciepłe powietrze pojawia się za pasmem gór które oddziela ocean od lądu i bardziej w głąb zamienia się w gorące. Po pierwszym, tym razem króciutkim postoju na kawę który wykorzystujemy na ubranie się, pojawia się deszcz. Przez jakiś czas nam towarzyszy ale jeszcze daleko przed Valparaiso znika. Dzięki temu ciuchy wysychają i nie będziemy musieli mokrych pakować do toreb.

[article_adv]

W końcu jest nasz cel czyli Valparaiso. Ten sam hotel w którym zaczynałem swoją wielką przygodę. Trochę smutno jak sobie człowiek przypomni w jakim nastroju, pełnym euforii, był tutaj trzy tygodnie temu. No cóż, wszystko ma swój początek i swój kres. Wszyscy to wiemy, ale mimo to, zawsze odczuwamy jakiś smutek że coś tak pięknego się skończyło. Teraz jeszcze musimy poczekać na samochód który zawiezie nas do magazynów gdzie zostawimy motocykle, przebierzemy się w „normalne” ciuchy i ruszymy dalej w drogę. Przede mną jeszcze Wyspa Wielkanocna i Buenos Aires ale to już nie to. Wyprawa motocyklowa ewidentne dobiega końca. Bogu dzięki że szczęśliwie. Samochód przyjeżdża o godzinie 15-tej i jedziemy do magazynów. W tym momencie najmocniej czuję że wyprawa się kończy. Tutaj wsiadałem na motocykl pełen nadziei i ciekawości przed tym co mnie spotka. Nie zawiodłem się. Jeszcze nie wszystko do mnie dociera. Na prawdziwe podsumowanie przyjdzie czas po powrocie do kraju. Na razie jeszcze jest pośpiech, niepewność czy wszystko prawidłowo przepakowane ale na szczęście nie ma czasu na rozmyślanie bo taksówka już czeka. Pakujemy nasze bagaże i ruszamy w drogę do Santiago. Ponieważ podróż trwa 1,5 godziny rozpijamy symbolicznie pół butelki Torresa zakupionego jeszcze w Madrycie. Smakuje wybornie. Taksówka zawozi nad do hostelu w którym nocleg mamy Kazik, Kuba i ja.

Daro i Antonio mają hotel w centrum ale postanawiamy spędzić wspólnie ostatni wieczór i idziemy na przechadzkę. Santiago to imponujące miasto. Piękne stare budowle przemieszane są z równie ciekawymi architektonicznie nowymi budynkami oraz rozpadającymi się starymi ruderami bez szyb a czasem bez okien.

Dzielnica w której się znajdujemy to dzielnica akademicka. Po krótkich poszukiwaniach w których pomaga nam sympatyczna Chilijka ;-)…

[ext_img=s]2097[/ext_img]

…trafiamy do super klimatycznego pubu gdzie wypijamy dwa dzbanki piwa.

[ext_img=s]2098[/ext_img]

Ponieważ głód nas strasznie męczy wciągamy po hot-dogu od ulicznego sprzedawcy. Dobry ale prawdziwa uczta czeka nas w skromnym, typowo lokalnym barze obok hostelu. Wariacje na temat wołowiny są niesamowicie dobre i tanie. Lubię takie klimaty i zawsze ich szukam podczas swoich podróży.

[ext_img=s]2099[/ext_img]

Robi się już późno ale ostatni wieczór nie może się obyć bez symbolicznej butelki chilijskiego wina. Daro prosi mnie żebym nie kierował się swoim gustem i tym razem nie kupował jakiegoś drogiego kwasa w stylu Cabernet Sauvignon Robię zadość jego prośbie i kupuję lekkie wino stołowe. Jego ogromną zaletą jest pojemność 1,5 L. Z tą butelczyną lądujemy w hostelu.

[ext_img=s]2100[/ext_img]

Muszę przyznać się ze wstydem że pierwszy raz śpię w typowym hostelu. Strasznie podoba mi się ten klimat. Sporo młodych ludzi, coś sobie pichcą lub siedzą w internecie. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi i bardzo pozytywnie nastawieni do świata.

My również z bardzo pozytywnym nastawieniem do świata opróżniamy butelczynę w ekspresowym tempie. Żegnamy się z Darkiem i Antonim i obiecujemy sobie że spotkamy się w kraju. Dzisiaj trzeba szybko spać bo taksówka na lotnisko zamówiona jest na 5-tą rano.

Wyspa Wielkanocna 22,23.01.2015

Pobudka o 4.30. Kazik zamówił Taxi na 5.00. Przyjeżdża punktualnie, wypasiony Hyundai i po pół godziny jazdy jesteśmy na lotnisku. Myśleliśmy że odprawa będzie dłuższa. Tymczasem wszystko odbywa się w błyskawicznym tempie. W końcu to lot krajowy więc formalności dużo mniej. Siadamy w Dunkin Donuts na kawie i pączkach. O tej porze wszystko smakuje wybornie. Organizm pragnie kofeiny jak kania dżdżu :-) Teraz możemy zająć się swoimi sprawami i czekać dwie godziny na odlot. Ja wykorzystuje ten czas na zrobienie porządku z różnymi papierami które uzbierałem przez te trzy tygodnie. Większość skrupulatnie zniszczona w ręcznej niszczarce ląduje w koszu. Wschodzi słońce i powoli zaczynam się odnajdywać w nowej sytuacji. Nie ma już motocykla ale podróż trwa dalej. Tylko środki lokomocji trochę się zmieniają:-) Podczas spaceru mój wzrok przyciągają pamiątki związane z Wyspą Wielkanocną. Są bardzo ładne ale z zakupem poczekam na przylot na wyspę.

Chilijskie linie lotnicze LAN dysponują na szczęście bardzo dobrymi i nowymi samolotami. My lecimy szerokokadłubowym Airbusem 340-300. Bardzo dużo miejsca na nogi i świetny serwis pozwalają miło spędzić 5 godzin lotu na wyspę a właściwie 6 godzin bo start nastąpił z godzinnym opóźnieniem. Lądowanie jest dość twarde i gwałtowne ze względu na dość krótki pas startowy. Z zaskoczeniem słyszę brawa po lądowaniu. Słyszałem to zawsze podczas lotów polskimi liniami ale było to wiele, wiele lat temu :-) Po wyjściu z samolotu już dziwię się mniej. Pas jest tak krótki że zatrzymanie się jeszcze przed „budynkiem” lotniska należy nagrodzić brawami ;-)

[ext_img=s]2101[/ext_img]

Odprawa to czysta formalność. W końcu lecimy lotem krajowym :-) Podczas mojego długiego oczekiwania na bagaż Kazik zdąża wynająć małe terenowe Suzuki. Taksówkarz chciał za przewiezienie do hotelu 60 USD tymczasem za 150 USD mamy auto do swojej dyspozycji na dwa dni. Szybko jedziemy do hotelu Iorana. Śliczny komplet bungalowów położonych na skarpie nad brzegiem oceanu. Dostajemy klucze i rozkoszujemy się widokiem z naszego tarasu.

[ext_img=s]2102[/ext_img]

Później lunch w restauracji hotelowej z nie mniej pięknymi widokami. Trzeba przyznać że początek pobytu już robi wielkie wrażenie. Strach pomyśleć co będzie dalej.

[ext_img=s]2103[/ext_img]

Na pierwszy ogień wybieramy krótką pętlę i kilka „wielkanocnych głów”. Droga na mapie oznaczona jest jako szutrowa. Obiecywaliśmy sobie że szutrów już mamy dość na tym wyjeździe lecz cóż jak trzeba to trudno :-( Na początku wygląda to jeszcze całkiem, całkiem. Do pierwszych głów i zatoki docieramy bez problemów.

Po krótkim czasie okazuje się że to nie jest droga szutrowa tylko skaliste bezdroże. Wokół pasą się tylko konie,

[ext_img=s]2104[/ext_img]

…z rzadka pojawi się jakiś pieszy turysta lub w najgorszym przypadku na rowerze górskim. Drugich śmiałków w aucie nie spotkaliśmy. Kuba prowadząc nasze Suzuki musiał pokonywać czasami tak karkołomne podjazdy i zjazdy że aż trudno uwierzyć. Na szczęście świetnie się przy tym bawił więc dobrze mu to wychodziło.

[ext_img=s]2105[/ext_img]

Podczas jednego z takich zjazdów wysiadłem żeby nakręcić go na kamerze. Po tym wsiadłem z powrotem i po stu metrach jazdy zorientowałem się że nie mam aparatu. Wysiadam z samochodu i biegiem wracam w to miejsce. To był naprawdę chyba jeden z moich lepszych czasów na setkę :-) Akurat w tym miejscu zatrzymali się rowerzyści. Myślę sobie „może znaleźli”. Niestety nie, obiecują jednak że jak znajdą aparat to przywiozą mi do hotelu. Zaczynam przeczesywać piędź po piędzi ziemi tymczasem chłopaki wracają autem. Ja jestem przekonany że miałem aparat wysiadając z samochodu i że, w takim razie, musi gdzieś tu być. Kazik twierdzi że to mogło się zdarzyć podczas poprzedniego postoju. Ja uparcie zostaję i przeszukuję to miejsce a Kuba jeszcze raz pokonuje ten nieszczęsny podjazd i jadą z Kazikiem w poprzednie miejsce. Trochę to trwa, ja już troszkę zrezygnowany zaczynam się godzić z utratą aparatu. Na szczęście wszystkie zdjęcia mam zwyczaj zgrywać codziennie więc będzie to tylko strata finansowa i brak zrobienia dobrych zdjęć na wyspie i w Buenos. Taki już lekko podłamany widzę wracających chłopaków. Oczywiście muszą się nade mną troszkę jeszcze poznęcać ale pokazują odnaleziony aparat. Super!!! Będzie trzeba wieczorem to opić.

Kuba jeszcze raz pokonuje ten zjazd i jeszcze kilkanaście albo więcej następnych i w końcu w dużo lepszych nastrojach docieramy do głównego skupiska głów w dniu dzisiejszym.

[ext_img=s]2106[/ext_img]

Do centrum wracamy już asfaltem. Tutaj fundujemy sobie najlepsze podczas tego wyjazdu lody i zasiadamy na drinku.

[ext_img=s]2107[/ext_img]

Margarita i Daiquiri smakuje tutaj zupełnie inaczej niż w Polsce. Zasługa świeżutkich i słodkich jak nie wiem co ananasów. Później jeszcze zaglądamy na salę gimnastyczną gdzie miejscowi ćwiczą tutejsze tańce. Fantastyczny widok ale niestety nie wolno filmować. Szkoda. Na koniec jeszcze zakupy drobnych prezentów z Wyspy i oczywiście dwie butelki dobrego chilijskiego wina, oraz sera i szynki. Tak zaopatrzeni lądujemy nad brzegiem oceanu gdzie konsumując te specjały podziwiamy zachód słońca.

[ext_img=s]2108[/ext_img]

Przepiękny widok i fantastyczna kolacja. Najlepsza jaką można chyba sobie wyobrazić w takim miejscu. Wracamy do pokoju, wyłączamy klimę otwieramy balkon i przy akompaniamencie fal Pacyfiku idziemy spać. Ja śpię przy samym tarasie więc zasypiam błyskawicznie.

Budzę się rano a właściwie budzi mnie szum fal, i konstatuję że chyba źle spałem bo za oknem ciemno a mnie nie chce się spać. Zaraz jednak sobie przypominam że przecież według chilijskiego czasu mamy już dziewiątą nie siódmą a świt tutaj pojawia się później ale dużo bardziej gwałtownie. I tak się staje. Za chwilę słońce wschodzi bardzo szybko robi się jasno, ptaszki zaczynają świergotać i to wszystko zastaje mnie piszącego te słowa na tarasie z widokiem na Pacyfik. Niewiarygodne !!!

Jemy śniadanie i ruszamy na zwiedzanie wyspy. Mamy cały dzień bo samolot mamy o 23-iej.


Życie na Wyspie Wielkanocnej podobnie jak na każdej tego typu, małej odosobnionej wyspie toczy się własnym rytmem. Trudno tu zauważyć jakiś pośpiech. Ludzie robią w swoim niczym nie zmąconym rytmie. Przecież i tak nic gwałtownie się nie zdarzy i nic gwałtownie się nie zmieni więc po co się śpieszyć ? Ten luzacki styl szybko również szybko przejmują przybywający goście poddając mu się z przyjemnością. Tak też robimy i my :-) Zwłaszcza że dziewczyny, Bogu dzięki, nie przypominają Chilijek. Są bardzo ładne i atrakcyjne więc jest na czym oko zawiesić z przyjemnością :-)

Jeszcze jeden przykład tutejszego podejścia do życia. Siedzę teraz w hotelu przy recepcji. Mija już jakieś pół godziny. Nikogo nie ma. Wszystko leży na wierzchu. Co chwilę ktoś przychodzi kto chciałby coś załatwić. Niestety Pani w recepcji nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. Kto by się tym przejmował :-)) W końcu przychodzi i kupuję kilka drobiazgów na prezenciki :-)

Po śniadaniu robimy drugi objazd wyspy. Tym razem staramy się unikać tak ekstremalnych dróg jak wczoraj. Pierwszy postój to jakaś „upadła główka” i stado pasących się spokojnie krów.

[ext_img=s]2109[/ext_img]

Co jakiś czas docieramy do kolejnego skupiska tajemniczych głów z Wyspy Wielkanocnej (Rapa Nui) i za każdym razem robi to na nas ogromne wrażenie. Są one zachowane w takim stanie w jakim dotrwały do naszych czasów. Dlatego niektóre są poprzewracane i w kawałkach. Przy takich najłatwiej zrobić sobie zdjęcie zdobywcy :-)

[ext_img=s]2110[/ext_img]

Po drodze do Parku Narodowego Rano Raraku spotykamy miejscowych którzy sprzedają pamiątki. Dobrze że zdążyliśmy. Zbliża się południe i lokalesi już się zwijają. Mocno się napracowali ;-), robi się ciepło i trzeba odpocząć. Przecież jutro też będą turyści i pojutrze też więc nie ma się co przemęczać :-) Trzeba przyznać że niektórzy z nich imponują swoim wyglądem.

[ext_img=s]2111[/ext_img]

My jeszcze zatrzymujemy się przy chyba najciekawszym skupisku posągów i podziwiamy wyjątkowo piękne widoki.

[ext_img=s]2112[/ext_img]

Co było przyczyną że ludzie byli gotowi zdobyć na taki wysiłek i stworzyć taką masę posągów w niewiadomym celu nie posiadając nawet do tego odpowiednich narzędzi?

[article_adv]

Wiem, wiem że są teorie o powstaniu tych głów ale mój wiek i doświadczenie pozwala mi być sceptycznym w stosunku do wielu, nawet najlepiej uzasadnionych teorii. Po krótkich przemyśleniach wsiadamy w nasze niezawodne Suzuki i pędzimy dalej.

Przy wejściu do Parku Narodowego Rano Raraku okazuje się że powinniśmy mieć bilety które kupuje się na lotnisku. Na szczęście strażnik po tym jak dowiaduje się że jesteśmy z Polski natychmiast przywołuje osobę naszego niezapomnianego Papieża, staje się bardziej wyrozumiały i wpuszcza nas bez biletów. Dzięki temu możemy zwiedzić miejsce gdzie z pewnością wykuwano te wielkie posągi w skale. Jeden nawet nie został wykończony i leży nie odkuty i nie podniesiony. Oprócz tego jest wiele pomniejszych główek które być może zostały porzucone ponieważ miejscem docelowym wszystkich posągów moai było wybrzeże.

[ext_img=s]2113[/ext_img]

Długie zwiedzanie powodowało że niektórzy zaczęli dostawać małpiego rozumu i przeszkadzali dziewczynom w robieniu zdjęć :-))

[ext_img=s]2114[/ext_img]

Pełni wrażeń docieramy na plażę która nie jest zbyt mocno rozpropagowana a jest zaiste piękna. Jesteśmy tu sami we trzech i możemy w końcu zakosztować kąpieli w Pacyfiku.

[ext_img=s]2115[/ext_img]

W tym momencie bardzo brak mi żony. Byłaby zachwycona widząc ten widok. Woda jest bardzo ciepła. W ogóle nie przypomina tej w Chile omiatanej przez prąd Humboldta. Widoki jak w bajce, coś niesamowitego !!!

[ext_img=s]2116[/ext_img]

Na tym praktycznie kończymy zwiedzania wyspy. Po drodze mijamy jeszcze piękną wioskę turystyczną.

[ext_img=s]2117[/ext_img]

Mamy ochotę na rybę więc kierujemy swe kroki do knajpy rybnej wcześniej już upatrzonej przez nas. Wyobrażamy sobie dobrze wysmażoną rybę ze wspaniałymi dodatkami. Tymczasem dostajemy rybę praktycznie surową, chyba jakoś tam zamarynowaną. Do tego jeszcze pyszne krewetki. Ja powoli odnajduję rożne smaki i zaczyna mi smakować i to nawet bardzo. Kazikowi chyba też. Natomiast Kuba jako przedstawiciel młodego, bardziej wymagającego pokolenia jest zdecydowanie niezadowolony z dokonanego przez nas wyboru. Wracamy do hotelu, pakujemy się i jedziemy na to śmieszne lotnisko-nielotnisko żeby wzbić się w powietrze i zacząć w końcu powrót do domu po prawie miesięcznej tułaczce :-)

Jednak jeszcze po drodze czeka nas dwudniowy postój w Buenos Aires. Z pewnością i tam nie zabraknie wrażeń.

Buenos Aires 24,25.01.2015

Wysp Wielkanocna żegna nas deszczem i ogromną wilgotnością. Jest to o tyle uciążliwe że musimy biec do samolotu w strugach deszczu. To dopiero jest folklor. Wychodzisz z baraczku, biegniesz w deszczu i wsiadasz do nowoczesnego jumbo-jeta :-)

[ext_img=s]2118[/ext_img]

Buenos z kolei wita nas słońcem i temperaturą 35 stopni. Temperatura nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Dużo gorzej wygląda sprawa ze słońcem. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do pionowo padających promieni które potrafią nawet spalić przez koszulkę. Na szczęście bardzo uważam. Smaruje się przed i po i nic złego się nie dzieje.

Na lotnisku w Buenos czeka zamówiona wcześniej taksówka i dość szybko docieramy do hotelu. Hotel jest super. Wysokiej klasy z historią wyzierającą z każdego kąta i bardzo dobrym otoczeniem :-)

[ext_img=s]2119[/ext_img]


Po zameldowaniu ruszamy w miasto. Jesteśmy nastawieni na zwiedzanie jak szczerbaty na orzechy :-) Miasto najpierw robi na mnie złe wrażenie. Przedmieście to straszne slumsy i biedę widać na każdym kroku. Jednak zasadnicze stare Buenos to już inna bajka. W końcu to jedno z największych i najważniejszych miast Ameryki Płd. Piękna, postkolonialna architektura, wielkie i piękne budowle i szerokie arterie komunikacyjne świadczą o rozmachu z jakim tworzona była ta metropolia.

Co chwila muszę się zatrzymać i zrobić zdjęcie nie mogąc się oprzeć wrażeniu jakie robi na mnie ta architektura i nie tylko.

[ext_img=s]2120[/ext_img]

Szczególnie że ta cześć Buenos zwana Recoleta jest siedliskiem najbogatszych mieszkańców tego zacnego miasta. Jednak mocne słońce daje znać o sobie. Najpierw staramy się schować w cieniu spożywając wspaniałe koktajle ze świeżych owoców i soku z tychże.

Później przed słońcem ratuje nad przyjemny chłód panujący w Narodowym Muzeum Sztuki. Spędzamy tam sporo czasu ponieważ od niektórych dzieł aż trudno się oderwać. Muzeum to posiada bardzo bogate zbiory. Reprezentowani tutaj są tak wybitni artyści jak Goya, El Greco czy Cranach, że o wielu innych nie mniej wybitnych nie wspomnę. Po zwiedzeniu muzeum wracamy z muzeum piechotką do hotelu. Po drodze konstatuję pewną regułę. Prawie na każdym kroku spotyka tu się jakąś restaurację. Widać że ludzie muszą di nich drzwiami i oknami bo inaczej musiałyby ogłosić bankructwo. Skoro jakoś tego nie czynią to świadczy to o tym że widocznie nie jest tak źle a ciągłe balansowanie Argentyny na krawędzi bankructwa jest raczej ich sposobem na gospodarowanie się. Z takimi przemyśleniami wracamy do hotelu. Po drodze kupujemy oczywiście wino. W tym kraju nie wolno inaczej. Po lampce wina zasypiamy i o 20-tej ruszamy w miasto i kompletny szok. To zupełnie inne miasto. Na ulicach, w sklepach i lokalach pełno ludzi. Temperatura cudowna do spaceru.

[ext_img=s]2121[/ext_img]

Co chwila napotykamy na artystów tańczących tango. Ciekawe jest to że i owszem zbierają datki ale proszą żeby nie dawać jakiś drobnych ponieważ oni są artystami i albo konkret albo nic :-)

[ext_img=s]2122[/ext_img]

Ruszamy przed siebie w kierunku Plaza de Mayo gdzie siedzibę swoją mają najważniejsze urzędy publiczne Argentyny. Widać to po ciągle mijanych posterunkach policji. Jednak zanim tam docieramy trafiamy na paradę karnawałową w Buenos. Bawią się wszyscy od dzieci poczynając :-)

[ext_img=s]2123[/ext_img]

Feeria barw, dynamiczna muzyka i tańce powodują przyspieszone bicie serca. To niesamowite jak Ci ludzie potrafią się bawić. Czasami słaniają już się na nogach ale muzyka ponownie porywa ich do tańca i znowu dają z siebie wszystko. Jestem zauroczony a Kazik i Kuba pozują do zdjęcia :-)

[ext_img=s]2124[/ext_img]

Po chwili pełni wrażeń udajemy się na nabrzeże Puerto Madero gdzie cumuje słynna królewska fregata, która opłynęła cały świat nie staczając ani jednej bitwy.

My również cumujemy w barku obok i toczymy bitwę z wielkimi butelkami piwa. Oczywiście nie muszę mówić że bitwę zwycięską ;-)

Mostem kobiet wracamy do miasta

[ext_img=s]2125[/ext_img]

żeby jeszcze nasycić wzrok i słuch karnawałem po drodze mijając trochę zmęczonych już uczestników.

Barek hotelowy jest tak piękny i stary że nie możemy się oprzeć wysadzeniu lampki Burbona i pysznej kawy. Tak, teraz już można iść spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku :-)

[ext_img=s]2126[/ext_img]

Śniadanie w tym samym lobby co wieczorny drink to czysta przyjemność. Chłopaki jeszcze śpią więc przy kawie i ciasteczku wymyślam plan na dziś. Najpierw targowisko San Telmo. To tylko 2,5 km pieszo. Na szczęście jest zadaszone więc można przeczekać najgorętsze chwile. Później La Bombonera – stadion Boca Juniors i sanktuarium Diego Armando Maradony. To tylko następne 2 km. W drodze powrotnej dzielnica La Boca i nocne Pokazy tanga w San Telmo. Myślę że to świetny plan na dzisiejszy dzień i na pożegnanie Buenos Aires. Zgodnie z planem najpierw jedziemy do San Telmo.Po drodze do stacji metra mijamy nie sprzątnięte jeszcze śmieci. Miasto dopiero się budzi :-)

Z małymi kłopotami nawigacyjnymi docieramy w końcu na targ. Okazuje się że samo targowisko w formie hali jest małe. Chociaż ma niewątpliwie swój cudowny klimat

[ext_img=s]2127[/ext_img]

Jednak znów szczęście nam dopisuje. Dzisiaj jest coroczne wielkie targowisko staroci i wszelkiej innej maści artykułów na terenie praktycznie całego San Telmo. Widząc to rozdzielamy się, umawiamy na spotkanie o 13-tej i ruszamy w stragany. Rzeczywiście staroci jest tu cała masa. Moja żona byłaby szczęśliwa będąc tutaj.

[ext_img=s]2128[/ext_img]

Ja jednak poszukuje jakichś ładnych, artystycznych drobiazgów na prezenty. Udaje mi się znaleźć kilka rarytasików i kontent wracam na spotkanie.

W tzw. międzyczasie popijam sok ze świeżych pomarańczy z lodem. Rewelacja. Wypijam kilka soków ponieważ słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewać. Przechadzając się co chwila napotykam różnej maści muzyków i innych artystów.

[ext_img=s]2129[/ext_img]

Spotykamy się o 13-tej. Kuba znalazł Kazikowi starego winyla który go kiedyś zainspirował do marzeń o Wyspie Wielkanocnej, więc można powiedzieć wszyscy mamy pełnię szczęścia. Robi się strasznie gorąco.

[article_adv]

Siadamy w klimatyzowanej kawiarence i przy szklaneczce frappe dochodzimy do wniosku że stadion Boca Juniors możemy sobie darować. Żaden z nas w końcu nie jest wielkim fanem Diego Armando ;-). Ja osobiście jestem fanem Realu więc Estadio Santiago Bernabeu mi w zupełności wystarczy :-) Wracamy do hotelu żeby w klimatyzowanym pomieszczeniu lub na basenie przeczekać największy upał. Dalsze poznawanie Buenos będzie możliwe dopiero wieczorem. Zresztą miasto zdecydowanie wieczorem nabiera uroku. Nie widać jakichś odrapanych murów czy walących się kamienic. Wszystko zdominowane jest feerią barw i niebywałą wręcz żywotnością Argentyńczyków. Dla nas smutnych i goniących za mamoną ludzi zachodu, którym wmówiono że to jest jedyny sposób na życie i że nie ma innej drogi, to miód lany na spragnione innego życia serca :-)

Ale przejdźmy do tego co kocham, czyli do wina. Wykorzystując to że Kazik i Kuba postanowili nadrobić zaległości ze snem wymknąłem się na miasto. Wiecie już że uwielbiam się szwendać. Mam już taki gen w duszy że muszę. Wykorzystując skrawki cienia udałem się do pobliskiej winiarni. Trudno było się zresztą oprzeć zaproszeniu wystosowanemu przez dwie przemiłe panie :-)

[ext_img=s]2130[/ext_img]

Najpierw Pani zaproponowała mi kupaż Cabernet Sauvignon i Malbec z 2009 roku. Był pyszny. Ale widząc że lubię dobre wino postawiła przede mną butelkę czystego Malbec z 2010-go roku. To dopiero była jazda. Teraz już wiem, jestem w Buenos Aires. Buenos Aires to stolica Argentyny. A Argentyna to kraj wina. Wszystko jasne :-)

[ext_img=s]2131[/ext_img]

Przy okazji fajnie jest pogadać z Argentyńczykami. Dla nich Polska to bardzo odległy kraj. Oczywiście nasz Papież jest bardzo dobrze pamiętany i otwiera serca Argentyńczyków. Jednak do butelki wina wzywam pomoc w postaci Kazika i jakoś wespół dajemy radę :-) Teraz w dobrych nastrojach udajemy się dalej, tym razem jednak następuje zmiana planu. Nowy cel to Hard Rock Cafe. Chcemy zobaczyć jak smakuje hamburger wołowy w Argentynie. Sam lokal jest fantastyczny, dużo fajniejszy od tych które dotychczas znałem czyli Berlin i oczywiście Warszawa.

Hamburgery rewelacja. Niestety Kazik zamawia jeszcze przekąskę na początek. W sumie ledwo to wszystko zjadamy ale z ogromnym smakiem i zadowoleniem ;-)

[ext_img=s]2132[/ext_img]

Jesteśmy tak najedzeni i ociężali że odpuszczamy sobie powtórną wizytę na San Telmo. Oglądamy wraz z całą salą koncert rockowy oczywiście.

[ext_img=s]2133[/ext_img]

i wracamy piechotą 2 km do hotelu. Przynajmniej tyle dla zdrowia :-) Po drodze mijamy piękny kościółek który nagle w księżycowej poświacie nabiera takiego jakiegoś wyjątkowego uroku.

[ext_img=s]2134[/ext_img]

Na pożegnanie jeszcze lampka wina w hotelowym lobby i idziemy spać.

Budzę się rano i nadal czuję się najedzony. Schodzę na dół ale tylko na kawę i owoce. Śniadanie mogę sobie darować. Wczorajszy hamburger robi swoje. Teraz tylko pakowanie i lot z Buenos Aires do Berlina via Sao Paulo i Frankfurt.

W tym miejscu kończę swoją relację z miesięcznej wyprawy. Dziękuję wszystkim, którzy dali się zabrać wirtualnie we wszystkie miejsca które odwiedziłem. Bardzo chętnie ponowię zaproszenie w przyszłości lub sam dam się zabrać.

Pozdrawiam i trzymajcie kciuki za szczęśliwy lot do kraju :-)

Grzegorz Malicki

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458398079" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1989" ["visits_counter"]=> string(4) "2666" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [11]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1988" ["slug"]=> string(34) "podazajac-sladami-dakaru-2015-cz-1" ["dont_use_tags"]=> string(30) "cena , cel , czas , mieszkanie" ["title"]=> string(38) "Podążając śladami Dakaru 2015 cz.1" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(138) "ARGENTYNA - BOLIWIA - CHILE - WYSPA WIELKANOCNA Podróż do Chile 01,02,03.01.2015 Ostrava – Praga – Madryt – Santiago de Chile" ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(0) "" ["superbox_avatar"]=> NULL ["body"]=> string(64746) "

Nadszedł dzień wyjazdu. Mimo wszystkich perypetii jednak jadę. Z ciężkim sercem, ponieważ zostawiam żonę w szpitalu ale jednak. Mam nadzieję że po powrocie żona będzie w bardzo dobrym stanie a ja postaram się jej wszystko wynagrodzić i zająć się jej dalszym leczeniem.

Tymczasem nasza trójka startuje z Ostrawy i to miasto przyjmujemy jako początek naszej podróży. Pierwszy etap to jazda pociągiem do Pragi. Korzystamy ze słynnego już w Polsce pendolino i w trzy i pół godziny jesteśmy w Pradze. Cała podróż kosztuje nad po 50 zeta na „łebka”. Sami musicie przyznać że w porównaniu z Polskimi cenami to pikuś. Na dodatek córka mojego przyjaciela zarezerwowała nam super miejsca. Jedyne w wagonie ze stoliczkiem. Całą drogę „rżniemy” w tysiąca. Kuba musi przejść szybki kurs ale daje radę. Obie partie ja wygrywam. A przed wyjazdem żona mówiła że mnie kocha. I jak tu wierzyć kobiecie?

[ext_img=s]2027[/ext_img]

Do Pragi docieramy wieczorem. Piwko i szaszłyczki tudzież kiełbaska na Waclavaku

Później jeszcze piwko w bardzo fajnym pubie i można iść spać.

Hotel „Venezia” jaj nie urywa ale za 40 Euro w centrum Pragi cudów nie ma się co spodziewać. Rano pobudka o siódmej i taksówką za 27 Euro jedziemy na lotnisko. Jak dotąd wszystko idzie zgodnie z planem żeby nie powiedzieć jak z płatka. Jasne że tak dalej być nie może. Przy wejściu na pokład słyszę wywoływane swoje nazwisko. Okazuje się że muszę wrócić z powrotem do odprawy bo coś jest nie w porządku. Od razu domyślam się o co chodzi. Kazik ze względu na mały nadbagaż przeładował coś do mojej torby. Dziwnym trafem była to butla gazowa :-) Chcę wierzyć że nie zrobił tego celowo :-)

[article_adv]

Po wyrzuceniu butli zasuwamy z moją torbą bezpośrednio do samolotu i pakujemy się na pokład. Na szczęście lot jest minimalnie opóźniony więc nikt nie patrzy na nas z wyrzutem :-)

W Madrycie lądujemy zgodnie z planem. Do odlotu do Santiago mamy 10 godzin więc jedziemy autobusem za 5€ do centrum.

Madryt to miasto z bardzo bogatą historią i wieloma muzeami. Wszystkiego z pewnością nie da się zobaczyć ale próbujemy szukać :-)

My jako wielcy miłośnicy sztuki postanawiamy zwiedzić świątynię sztuki futbolowej czyli słynny Estadio Santiago Bernabeu i zobaczyć miejsce gdzie grają wielkie gwiazdy Realu Madryt. Pod stadion zawozi nas oczywiście Cristiano Ronaldo :-)

Wstęp kosztuje 19 € ale nie żałujemy. Obiekt robi ogromne wrażenie. Nie wiadomo co większe, samo boisko z trybunami, muzeum czy szatnie. Przez całe trzy godziny zwiedzania nie mogę wyjsć z podziwu jak to jest fantastycznie zorganizowane. Po prostu maszynka do robienia pieniędzy. Teraz rozumiem dlaczego można za zawodnika zapłacić 100 mln € :-) Już sam stadion z zewnątrz robi wielkie wrażenie.

[ext_img=s]2028[/ext_img]

Wrażenie to jeszcze się potęguje wewnątrz. Stadion jest naprawdę piękny a nad stanem murawy cały czas czuwa sztuczne słońce sterowane komputerowo :-)

[ext_img=s]2029[/ext_img]

Przyjemnie jest popatrzeć na nią z loży VIP lub z ławki rezerwowych…

[ext_img=s]2030[/ext_img]

Równie wielkie wrażenie robi muzeum z wielką klubową galerią chwały klubu. Puchary, koszulki, zdjęcia i cała galeria multimedialna.

Mnie najbardziej spodobało się zdjęcie z 1959 roku. wiadomo dlaczego :-) Również szatnia gospodarzy zrobiła na mnie duże wrażenie

[ext_img=s]2031[/ext_img]

Ze stadionu wracamy metrem i robimy sobie spacer pięknie wystrojoną główną aleją miasta. Podziwiamy pięknie podświetlone budowle, rzekę Hiszpanów płynącą aleją i lokale pełne ludzi. Jakoś nie widać kryzysu ;-)

[ext_img=s]2032[/ext_img]

Oczywiście również wpadamy do jednego z nich na tapas i piwko. Ponieważ mamy ładnych parę kilometrów w nogach wracamy na lotnisko i pozostałe trzy godziny organizujemy sobie mały prywatny barek w miejscu do ładowania telefonów. Kazik zarządza zakup brendy Torres. Ja go realizuję aby uczcić zakup czytnika kart SD do iPada. Swój zostawiłem w domu i nie mógłbym wrzucić ani jednego zdjęcia. W sklepie na lotnisku mają ostatnia sztukę. Gdyby to była ekspedientka z pewnością bym ją wycałował z radości. Ponieważ jest to facet tylko dziękuję i stawiam chłopakom flaszkę :-)

Brendy Torres 15-tka okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przekąszona pysznym serem tworzy wspaniały podkład do dalszego lotu. Wsiadamy na pokład Boeinga 787 i natychmiast zasypiam na całych 10 godzin. Chyba mój rekord. Przeżycia przed wyjazdem plus wypity alkohol zrobiły swoje. I tak po 48-iu godzinach podróży znajdujemy się prawie u celu. Santiago de Chile wita nas upalną pogodą. Aktualnie 25 a prognozy wskazują maksymalnie 33 stopnie. Będzie się trzeba przyzwyczaić. Odprawa niestety bardzo długa a co za tym idzie mecząca :-)

Na szczęście nam się nie śpieszy bo czekamy na Rafała. W międzyczasie organizujemy transport i zasiadamy w knajpce. Odzywa się Ola więc mamy już z nią kontakt i wiemy co dalej robić. Niestety oczekiwanie przedłuża się do trzech godzin ale w końcu chłopaki się pojawiają i możemy ruszać po nasze motocykle do Valparaiso. Niestety trafia się nam totalny gamoń-kierowca. Błądzimy godzinę po Valparaiso. Nie wiem dlaczego Kazik daje mu 10€ napiwku. To pozostanie jego słodką tajemnicą :-) W końcu jednak dojeżdżamy na miejsce gdzie czeka na nas Sambor.

[ext_img=s]2033[/ext_img]

Wszystkie beemki odpalają. Niestety jeden KTM stwarza nam problemy i nie chce zapalić. Na szczęście po godzinie pchania i ciągnięcia odpala i możemy jechać do hotelu. Najwyższy czas !!!Po rozpakowaniu krótkie spotkanie organizacyjne nad brzegiem basenu i możemy udać się na kolację. Nareszcie wiemy gdzie jesteśmy. Doskonale steki po mistrzowsku przyrządzone plus rewelacyjne wino dopełniają wieczoru. Przygoda rozpoczęta. Jutro ciąg dalszy :-))

[ext_img=s]2034[/ext_img]


Dakar 2015 Dzień 1 Valparaiso – Uspallata 382 km

[ext_img=s]2035[/ext_img]

To pierwszy dzień prawdziwej wyprawy motocyklowej. Niestety nie spałem najlepiej. Jednak zmiana czasu robi swoje. 6-ta rano to u nas 10-ta. Planowany czas wyjazdu 9.00. Do tego czasu trzeba się przepakować, załadować motocykle, zjeść śniadanie i uregulować należność za pokój. Cała ekipa jednak daje radę bez problemu i 9.07 ruszamy spod hotelu.

[ext_img=s]2036[/ext_img]

Zaskakuje nas trochę pogoda, jest 16 stopni. Później przekonamy się że w Ameryce Płd. trzeba być przygotowanym na wszystko. Temperatura rośnie gwałtownie z 16-tu do 32-u żeby za chwilę spaść do 20-tu i znowu wzrosnąć do 28-iu. Pogodowy rollercoaster.

Valparaiso jest bardzo mocno pofałdowane więc jazda wąskimi uliczkami sprawia nam dużo frajdy. Dzisiaj mamy w planie przejazd do Argentyny piękną drogą andyjską. To najstarszy trakt łączący Chile z Argentyną. Już starożytni Inkowie korzystali z niego. Widoki są rzeczywiście bajeczne.

[ext_img=s]2037[/ext_img]

Niestety przyjemność z jazdy psuje nam trochę awaria Rafałowego GSa. Coś z elektroniką. Co chwilę się dusi albo gaśnie. Tak dowlekamy się do granicy. Tutaj po krótkiej naradzie Rafał zostaje z wozem serwisowym a my jedziemy na granicę.

Wiemy że to nie Unia Europejska i formalności są dosyć uciążliwe ale trzy godziny czekania w słońcu naprawdę dają nam się mocno we znaki. Mamy już w pewnym momencie dość. Bogu dzięki że widoki podczas zjazdu z granicy rekompensują nam te trudy. Takich gór jeszcze w życiu nie widziałem. Muszę przyznać że nasz glob jest bardzo urozmaicony i warto ponosić trudy podróży żeby w każdym zakątku świata zobaczyć coś innego :-). Jednak szybko daje się zauważyć różnicę między Chile a Argentyną. Argentyna jest dużo biedniejsza, drogi gorsze ale ceny za to niższe. Już pierwsze tankowanie sprawia dużą przyjemność. Benzyna kosztuje ok dolara za litr. W świetnych nastrojach zjeżdżamy do Uspallata.

Tradycyjnie raczymy się mięsem z grilla i nie widząc nikogo z naszych postanawiamy jechać do hotelu zgodnie z trackiem przygotowanym przez Sambora. Początek drogi jest piękny, wykorzystujemy ostatnie promienie zachodzącego słońca żeby zrobić kilka fotek :-)

Niestety do tego tracku wkradł się drobny błąd i robimy ponadplanowe 50 km po szutrze. Robi się bardzo ciemno. W drodze powrotnej jadę pierwszy na pełnym oświetleniu czyli halogeny i długie. Dzięki temu udaje mi się w ostatniej chwili zauważyć machającą Olę. Wyjechała po nas wozem serwisowym i złapała gumę :-( Utytłani i zmęczeni o godz. 22-giej docieramy do hotelu. Odpuszczamy wieczorne piwo tudzież inne atrakcje i grzecznie kładziemy się spać. Na dzisiaj zdecydowanie wystarczy !!!

Mam nadzieję że jutrzejszy dzień będzie lepszy :-)

Dakar 2015 Dzień 2 Uspallata – San Juan 302 km

[ext_img=s]2038[/ext_img]

Wczorajsze wczesne pójście do łóżka było genialnym pomysłem. Wstaję wypoczęty, wyspany i we wspaniałym nastroju. Śniadanko jest skromne ale ok. Są nawet croissanty do kawy. Pycha :-)

Wyjazd jak wczoraj o 9-tej a ja jestem gotowy pół godziny wcześniej. Nadal nie wiadomo co z GS-em Rafała. Pojedziemy – zobaczymy…

Ruszamy spod hotelu i jedziemy przejechać się dawnym odcinkiem dakarowym i zobaczyć piękny punkt widokowy. Obowiązkowa sesja zdjęciowa i dostajemy 40 minut wolnego na zatankowanie i zrobienie drobnych zakupów. Jak się okazuje to ostatnie zdjęcie tak szczęśliwego Andrzeja. Na offowym odcinku doznaje złamania ale twardziel jedzie dalej…

Przy okazji tankowania motocykla podziwiam piękne widoki i tankuję również swój camelbag. 2 litry izotonika musi być.

[ext_img=s]2039[/ext_img]

Czeka nas ciężki dzień. 100 km szutrów z przerwą na zwiedzanie kopalni srebra,ołowiu i cynku. Nawet Kazikowi się podobał chociaż „niejedna gruba” już widział :-) Kopalnia pochodzi z XVIII wieku. Założona przez Jezuitów w celu nawracania Indian. Dość ciekawy i dochodowy sposób :-) Na miejsce dowozi nas pickup. większość jedzie na pace :-)

[ext_img=s]2040[/ext_img]

Duży plus dla kopalni za niską temperaturę. Można odpocząć trochę od upału.

Niestety z budynków biurowych pozostały tylko resztki :-)

Zapowiedziany odcinek szutrowy okazuje się dość wymagający. Są to szutrowe serpentynki w górę na przełęcz gdzie robimy małą przerwę na zdjęcia

[ext_img=s]2041[/ext_img]

i dalej w dół w kierunku Mendozy. Po drodze rzut oka na piękny kanion wyżłobiony w górach.

 

Czas oczekiwania na przyjazd Oli niektórzy, co bardziej zmęczeni :-) wykorzystują na zalegnięcie na poboczu

[ext_img=s]2042[/ext_img]

Po tym krótkim odpoczynku zaczynamy zjazd w dół widocznymi poniżej serpentynami

[ext_img=s]2043[/ext_img]

Po przejechaniu robimy sobie przerwę na stacji benzynowej. Z przykrością konstatuje że temperatura po zjechaniu z gór wzrosła do 38-iu i pół stopnia. Krótką przerwę wykorzystujemy na tankowanie, jedzenie i tankowanie camelbagów. Kolejne 2 litry izotonika lądują na plecach. Mój urolog będzie ze mnie dumny jak to przeczyta :-) Na stacji jest wi-fi więc wszyscy wykorzystujemy to żeby dać znać rodzinie że żyjemy.

Po tym postoju kierujemy się do San Juan słynną Ruta Nationale 40. To kultowa argentyńska trasa biegnąca przez całą Argentynę. Robi ogromne wrażenie. Prosta jak strzała droga i majaczące po lewej stronie Andy i bezkresna bezroślinna przestrzeń po prawej. Kosmos !!!

[article_adv]

Jedyny mankament to temperatura. Było 38,5 ale cały czas rośnie aż osiąga 42 i stabilizuje się na tym poziomie :-) Na dodatek GS Rafała znowu szwankuje i toczymy się 80 na godzinę a słońce pali niemiłosiernie. Pierwszy raz jadę w takim upale. Powietrze wręcz parzy. Nie można otworzyć szyby. Jazda na stojąco nie daje żadnej ulgi, wręcz przeciwnie. Na dodatek jak się próbuje usiąść to siedzenie parzy w dupsko. W końcu dojeżdżamy do San Juan. To meta dzisiejszego Dakaru. Jesteśmy fetowani szpalerem kibiców którzy chyba biorą nas za zawodników. Jedynym w czym ich przypominamy to chyba tylko zmęczenie :-) Jeszcze nigdy nie zrobiono mi tyle zdjęć. Po dojechaniu na camp oglądamy nadjeżdżających zawodników i pozujemy do zdjęć z fankami :-) Na koniec jedziemy na camping gdzie pierwsze co robimy po rozbiciu namiotów to kąpiel. Tak to mi chyba jeszcze nigdy nie „smakowała” :-) Jest 23-cia. Pora spać. Chociaż temperatura nie spadła jeszcze poniżej 30-tu stopni mam nadzieję że zmęczenie weźmie górę.

P.S.

Jednak nie dotrzymuję słowa. Ola i Sambor przywożą jedzenie i picie. Przecież nie może się zmarnować ;-). Na dodatek Sambor dokonuje wymiany waluty. Trzeba zostać i opić to wszystko.

Wieczór jest wyjątkowo przyjemny jednak ja konstatuję nowe zjawisko. Pocę się pijąc wino o północy!!! Zastanawiające ???


Dakar 2015 Dzień 3 (06.01) San Juan – Los Baldecitos 447 km

Spanie w namiocie w temperaturze ponad 30-tu stopni trudno nazwać spaniem. Dlatego wszyscy zamiast przewracać się z boku na bok wstają wcześnie i dość sprawnie obozowisko znika.

Pędzimy żeby zdążyć na czołówkę na mecie OS-a. Całą drogę wyprzedzamy pojazdy z kolumny Dakaru co sprawia nam nie lada przyjemność. Docieramy na czas żeby zobaczyć całą zjeżdżającą czołówkę.

Muszę przyznać że rajd cieszy się w Argentynie wielką popularnością. Wszędzie masa kibiców, szpalery ludzi. Fajnie to wszystko wygląda. Zawodnicy też to doceniają i znajdują czas żeby pogadać i zrobić fotki z kibicami :-)

[ext_img=s]2044[/ext_img]

Po obejrzeniu Dakaru musimy wrócić do miasteczka i zatankować ponieważ jest to ostatnia stacja benzynowa na dzisiejszej trasie. Na stacji spotykamy Sambora wypijamy kawkę, wrzucamy coś słodkiego i postanawiamy że jest na tyle wcześnie że możemy jeszcze spokojnie zwiedzić największą atrakcję Argentyny słynną Dolinę Księżycową Val de La Luna. Szczególnie że pogoda dopisuje. „Rześkie” i przyjemne 34 stopnie. Chce się żyć :-) Do doliny wiedzie nowo wybudowana droga. Jest tak piękna że wprost nie do opisania.

[ext_img=s]2045[/ext_img]

Przy tym doskonale wyprofilowany nowy asfalt. Można w końcu poszaleć. Pomysł ze zwiedzaniem doliny bardzo mi się podoba. Będzie dobre światło :-) Na dodatek trafiamy na ekipę telewizji argentyńskiej która proponuje że przejedzie z nami i przewodnikiem całą dolinę. My oczywiście na motocyklach a oni skorzystają z okazji sfilmują nasz przejazd, porobią zdjęcia i przeprowadzą z nami wywiady. Czad, będziemy sławni w Argentynie. Obiecuję że jak tylko prześlą nam linki ze zrealizowanego materiału natychmiast umieszczę go na blogu.

Sama dolina jest po prostu bajeczna. Trudno to opisać. Mam nadzieję że zdjęcia chociaż w części oddadzą to piękno. Formy skalne mające początek 18 milionów lat temu powstały w wyniku ruchów tektonicznych płyt nakładających się na siebie. Stąd takie urozmaicenie zarówno co do formy i barw.

[ext_img=s]2046[/ext_img]

Na mnie największe wrażenie zrobiły czerwone skały. Przez moment wszystko dookoła było czerwone łącznie z szutrową drogą po której jechaliśmy. Jechaliśmy 12 km większość na stojąco z rozdziawionymi japami. Przynajmniej ja na pewno :-). Nic a nic nie było przesady w tym co czytałem o tym cudzie natury. A nawet wręcz przeciwnie. Rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia.

[ext_img=s]2047[/ext_img]

Przy tym ekipa Argentyńczyków była tak sympatyczna że aż trudno w to uwierzyć. W ogóle spotykamy się tutaj z ogromną serdecznością. Bardzo to sympatyczne. Przy tym Argentyńczycy mają świetny gust. Naszemu przewodnikowi od razu spodobał się mój motocykl :-)

Po takich przeżyciach pozostała jeszcze tylko dojechać do Los Baldecitos około 20 km. Nocleg na kolana nie rzuca ale jest ciepła woda i to wystarczy. Zamawiam sobie steka na wieczór. Popijamy to czerwonym winem i planujemy atrakcje na jutro. Okazuje się że większość grupy nie była w dolinie i jadą jutro. Zejdzie im do południa. Nie ma sensu w takim razie czekać. Postanawiamy jechać do Cafayate. To co prawda ok 600 km ale zrobimy to w jeden dzień. Poczekamy tam na resztę. Poprzebywamy trzy dni w cywilizacji bo to mocno turystyczny region i później śmigniemy razem w nieznane :-)

Dzień 4 Los Baldecitos – Cafayate 647 km

[ext_img=s]2048[/ext_img]

Sen przychodzi tutaj ciężko. Organizm nie przystosowany do takiej temperatury trochę się buntuje. Dopiero spadek temperatury ok trzeciej nad ranem przynosi ukojenie i sprowadza sen. Jednak o 6- tej muszę wstać. Pakowanie idzie bardzo sprawnie. Dziesiątki tysiące kilometrów w podróży na moto robią swoje. Sam jestem zaskoczony. Nowy motocykl. Kufry zastąpiłem torbami a praktycznie po pierwszym przepakowaniu po podróży niczego nie muszę zmieniać. Wszystko jest na swoim miejscu w odpowiedniej kolejności i praktycznie co potrzebuje mogę znaleźć nawet po ciemku. Wyprowadzamy po cichu motocykle żeby nie obudzić reszty grupy.

Odpalamy już poza budynkiem i w drogę. Temperatura 21 stopni. Dwójki z przodu to ja już dawno nie widziałem na wyświetlaczu :-) Poranne promienie słońca malują na górach cudowne widoki. Na stacji tankowanie i spotkanie z rozbitą dakarówką.

Zamawiam sobie podwójną kawę czarną oczywiście z tradycyjnymi croissantami. Wykorzystujemy wi-fi na kontakt z domem i ruszamy w kierunku Cafayate. Postanawiamy dzisiaj jechać totalnie turystycznie. Ponieważ mamy do przejechania ponad 500 km żadnych skrótów tylko główne drogi. Zwiedzanie po drodze jak będzie coś fajnego. Tankowanie i jedzenie. Argentyna nas nie zawodzi. Pokonujemy kolejne pasma gór jedno piękniejsze od drugiego.

[ext_img=s]2049[/ext_img]

W górach łapie nas deszcz. Jedno spojrzenie w niebo mówi mi „spoko za chwilę wyschniesz” :-). To się sprawdza. Zjeżdżamy do Aimogasty na tankowanie. Pani na stacji benzynowej kieruje nas do restauracji. Po raz pierwszy w Argentynie jemy typowo argentyńską kuchnię. Jest tak fantastyczna że brak słów. Zamawiamy empanadas i wołowinę. Już teraz wiemy że jesteśmy w Argentynie i że jest pysznie !!! Po obiadku wskakujemy na kultową Ruta 40 i pomykamy na północ. Ruta jest niesamowita. Okazuje się że bezkres i pustka też potrafią zadziwić. Komunikaty w nawigacji typu zakręt za 147 km nie należą do rzadkości. Przyroda się zmienia od pustynnej do bujnej roślinności. Tak samo zmienia się pogoda. Rano chłód później upał. Następnie burza która przemacza nas do suchej nitki. Nie chce się nam nawet zakładać membran bo zaraz wysuszy nas ciepłe powietrze. To już wiemy. Również nawierzchnia jest różna. Od bardzo dobrego asfaltu do szutru. Mamy więc wszystko. Szczęśliwi docieramy do Cafayate. Po napotykanych po drodze bodegach czyli winnicach widać że to winny region.

[article_adv]

Po wjeździe na rynek również widać że to region turystyczny. Pani w recepcji w hotelu mówi mi że tutaj przy rynku nie mamy szans na pokój ale kieruje nas do innego 600 m od rynku. Hotel Cerro de la Cruz okazuje się lux. Jest nawet klima i to wszystko za 25 USD od lepka. Bierzemy pokój. Kuba jedzie bo umówiliśmy się z chłopakami że zostawimy im kartkę z adresem hotelu pod tablicą z nazwą miasta. Dla pewności naklejany naszą nalepkę.

Tak się szczęśliwie składa że Kuba nie zdążył jeszcze zsiąść z motocykla a chłopaki właśnie nadjechali i wszyscy razem znaleźliśmy się w jednym jak dotąd najlepszym hotelu :-)

Po krótkim oporządzeniu się idziemy na miasto. Jest 20.00, rynek zapełnia się ludźmi. W knajpkach trudno o wolne miejsce.

Wszędzie gra muzyka na żywo, są tańce ludowe i ogólnie gwar, śmiech i atmosfera wspaniałej zabawy. My znowu przy steku i winie wytrzymujemy do północy. Jednak za nami 650 km i zmęczenie daje o sobie znać. Argentyńczycy bawią się dalej w najlepsze.

Tuż przed hotelem widzimy dzieci grające w piłkę. Niesamowity kraj :-) oni rozgrywają mecz a my grzecznie do łóżek…


Dzień 5 Cafayate. – Salta 311 km.

[ext_img=s]2050[/ext_img]

Budzę się i ciągle jeszcze żyję wczorajszym wieczorem. Szkoda że dni a szczególnie noce są tak krótkie. Posiedzieć tu kilka dni byłoby bardzo miło. Ale cóż przygoda wzywa :-) Śniadanko w hotelu bardzo fajne ale ja ograniczam się tylko do kawy i croissantów. Tradycyjnie :-) Chcę wykorzystać wi-fi i wrzucić coś na fejsa. Chłopaki nie będą czekać więc muszę to zrobić kosztem śniadania. Ruszamy o dziewiątej. Dołącza do nas Darek i w czwórkę po tankowaniu ruszamy szutrową Ruta 40 do Salty przez Molinos. Przed nami 90 km po szutrach na stojaka. Zastanawiam się czy warto włączać kamerę. I tak się zakurzy :-). Jednak z przyzwyczajenia włączam kamerę i dobrze że to robię. Droga jest niewysławialnie piękna. W ogóle się tego nie spodziewaliśmy. Absolutnie jest to najpiękniejszy odcinek drogi podczas tej wyprawy. Cały czas szuter. Przełęcze, doliny, mosty ponad wyschniętymi korytami rzek, zagubione w tej przestrzeni osady. Mijamy nawet kościół. Sceny jak z westernów :-) Wszystko czego może zamarzyć dusza motocyklisty.

[ext_img=s]2051[/ext_img]

Bardzo zmęczeni ale jeszcze bardziej szczęśliwi i usatysfakcjonowani docieramy do Molinos. Idziemy do kościoła żeby podziękować za szczęśliwe zakończenie i zakotwiczamy na przeciwko w hotelu Hacjenda de Molinos na małą przekąskę.

Nasza grupa ma tutaj właśnie dotrzeć ale my ruszamy w kierunku Salty. Tam się mamy jutro spotkać. Myślimy że zaraz wjedziemy na asfalt ale okazuje się że to zaraz to kolejnych 50 km. szutrami. W końcu jest asfalt. Zaczynamy się wspinać na przełęcz. Jest coraz zimniej. Na przełęczy temperatura spada do 13-tu stopni. W porównaniu do 30-tu z których startowaliśmy to spora odmiana. Trzeba pozapinać wszystkie wentylacje żeby nie zmarznąć. Jest zdecydowanie ciemniej, pułap chmur bardzo nisko. Odpocząć lepiej pod dachem :-)

Zjazd to jeszcze kawałek dobrego asfaltu i potem znowu szutry. Dzisiaj zaliczamy ich ok 200-tu km.

[ext_img=s]2052[/ext_img]

W końcu docieramy do doliny w której leży Salta. Robi się bardzo zielono i oczywiście ciepło. Wokół same winnice.

Salta to stolica regionu i duże miasto. Docieramy do hotelu w którym czekają już Andrzej i Antoni. Dotarli wcześniej ponieważ pojechali asfaltem. Andrzej po wywrotce na offie w pierwszym dniu ma nogę tak spuchniętą że podziwiam go że w ogóle jedzie. Antoni mu towarzyszy bo ktoś musi czasami pomóc wsiąść i zsiąść z motocykla.

Na pobyt w Salcie wybraliśmy lepszy hotel bo to chyba ostatnia szansa na odrobinę luksusu :-)

Wieczór podobny jak w Cafayate tylko wszystko pomnożone kilka razy. Miasto większe, domy bardziej okazałe bardzo piękna, imponująca i urzekająca postkolonialna architektura.

Ludzi więcej ale atmosfera podobna. Ryneczek, skwery i restauracje pełne do późnej nocy. Po kolacji jeszcze buteleczka wina w pokoju. Po kolei zaczynamy się wykruszać żeby wpaść w objęcia Morfeusza. Jednak 200 km na stojąco po szutrach zrobiło swoje.

Dakar 2015 dzień 6 Salta 0 km

Dzisiaj spokojne przedpołudnie. Nigdzie się nie śpieszymy. Uwielbiam takie dni w podróży. Pozwalają się zregenerować i nabrać chęci na dalszą jazdę. Ponieważ tutaj wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie i musimy się przystosować do miejscowych warunków wykorzystujemy całe przedpołudnie na przegląd motocykli, drobne naprawy i kontakt z krajem.

Przede wszystkim jednak musimy dokładnie zaplanować trasę. Chcemy spotkać Dakar. Jak widać wszyscy podchodzą do tego bardzo poważnie :-) Nie ma żartów…

[ext_img=s]2053[/ext_img]

Podchodzimy do sprawy bardzo profesjonalnie nie szczędząc wysiłku i wykorzystując najnowsze osiągnięcia techniki :-)

Kilkugodzinne planowanie trasy okazało się bardzo wyczerpujące. Dlatego jeszcze przed końcem planowania zbieramy się coś zjeść. Oczywiście ze względu na upał wybieramy pobliską restaurację. Jest bardzo klimatyczna i co najważniejsze kelner mówi po angielsku. Dzięki temu mogę sobie wybrać z regionalnej kuchni coś innego jak stek nie ryzykując wtopy :-)

Piękny wystrój, dobra muzyka i ładne dziewczyny dopełniają klimatu :-) Oczywiście przez cały czas nie przestajemy planować :-)

Wybór jedzonka trafiony. Empanadas w wersji serowej i mięsnej dobrze leczy skołatane nerwy dyskusją o planowanej trasie.

Wracamy do hotelu i otrzymujemy info że grupa jest w trasie i będą ok 21-ej. Miło będzie się znowu zobaczyć.

Dzień 7 Salta – Potosi 743 km

[ext_img=s]2054[/ext_img]

Rano jak zawsze karnie wstajemy i już o siódmej zaliczywszy śniadanko ruszamy w drogę. W planie jest tylko asfalt więc chcielibyśmy dotrzeć do Potosi. Plan jest taki żeby jutro być na mecie Dakaru w Uyuni i obejrzeć motocykle i quady. To już nasze pożegnanie z Argentyną. Było pięknie ale dalej z pewnością będzie równie wspaniałe. Jazda sprawia nam po dniu przerwy znowu ogromną przyjemność. Pierwszy postój robimy w Tilcarze. Tankujemy. Oglądamy miasto. Udaje nam się kupić fajne nalepki z Ruta 40. Jesteśmy już na poziomie 2500 m n.p.m. ale samopoczucie super.

Następnie piękną doliną wyżłobioną w górach przez rzekę Rio Grande wspinamy się na granicę z Boliwią. Takie doliny nazywa się tu quebradami. Ta to słynna Quebrada Humahuaca. Widoki zaiste piękne.

W pewnym momencie na wysokości 3700 m n.p.m. łapie nas burza. Temperatura spada do 8-iu stopni. Szybko wpinam membranę i dojeżdżamy do granicy. Tutaj znowu tankowanie. Staramy się nie opuszczać żadnej stacji. Kazik zatankował dodatkowo 15 l. Włącznie z bakiem to ponad 40 l paliwa. Dobrze mieć ze sobą cysternę. Musimy tylko poćwiczyć tankowanie w czasie jazdy.

[ext_img=s]2055[/ext_img]

Przy stacji Kazik dostrzega barakowóz. Taki jak u nas kilkadziesiąt lat temu tylko w znacznie gorszym stanie.

[ext_img=s]2056[/ext_img]

Raczymy się mięsem z grilla przy akompaniamencie tutejszej muzyki. Mięso pasuje wszystkim, muzyka niekoniecznie :-) Na szczęście towarzystwo podobnie jak i konsumpcja – przepyszne :-)

[ext_img=s]2057[/ext_img]

Teraz granica. Przyzwyczailiśmy się już do tych formalności. Trwa to bardzo długo ale na szczęście wszyscy są bardzo uprzejmi. Zaczynamy odczuwać zmęczenie spotęgowane wysokością. Cały czas jesteśmy na 3500 m. Za granicą tylko szybka wymiana pieniędzy i zakup cukierków z liści koki na wzmocnienie :-)

Na granicy spotykamy Peruwiańczyka który właśnie wraca z Potosi i mówi że droga jest super więc nocleg w Potosi staje się realny. Jednak długa odprawa wcześniej obiad i w końcu to jest 743 km po górach powodują że podróż nam się mocno przedłuża.

Wjeżdżamy do Boliwii. Droga jest doskonała. Świetnie wyprofilowane łuki pozwalają na bardzo szybką jazdę. Widoki trochę inne niż w Argentynie ale równie piękne. Góry bardziej brunatne, doliny rzek inaczej wyprofilowane z głębszymi i pionowo wyżłobionymi brzegami.

Ludzie bardzo niscy. Na tej wysokości rozwój organizmu jest dość szybko zahamowany.

[ext_img=s]2058[/ext_img]

Mimo wszystko lubią grać w kosza sądząc po dużej ilości boisk do koszykówki :-)Niestety okazuje się Kubę łapie ochota na sen i musimy zrobić krótki postój na małą drzemkę :-)

[article_adv]

Po drzemce pobudka i ruszamy. Niestety dość szybko zapada zmrok. Ostatnie 200 km jedziemy w totalnej ciemności. Specjalnie na jednym z postojów wyłączamy wszystkie światła. Nie widać dosłownie nic. Jazda w takich warunkach nie należy do przyjemności. Wszystkie zmysły napięte do granic wytrzymałości. Nie dosyć że trzeba uważać żeby nie przestrzelić żadnego zakrętu, to w każdej chwili może wybiec na drogę jakieś zwierzę lub pojawić się inna przeszkoda. Na dodatek w pewnym momencie temperatura spada do 5-ciu stopni. W końcu jesteśmy przecież na 4 tysiącach metrów. Pojawienie się gdzieś w oddali świateł miasta Potosi sprawiło mi ogromną ulgę. Przyspieszyłem nie bacząc na ryzyko i za chwilę byliśmy w mieście. Andrzej, Antoni i Darek dotarli wcześniej. Już uzgodnionym zwyczajem zostawili nam adres hotelu pod kamieniem przy tablicy z nazwą miasta. Co prawda trochę nas na początku gość na rogatkach źle pokierował i musieliśmy pokonać dupne schody ale GS-y dały radę. To jest to niebezpieczeństwo że motocykl wjedzie wszędzie a skąd mieliśmy wiedzieć że to tylko zejście dla pieszych i to na dodatek bardzo strome. Do hotelu docieramy o 22.30 i to tylko dlatego że czas cofnął się w Boliwii o godzinę. Miasto robi na mnie duże wrażenie. Jest zupełnie inne od wszystkiego co do tej pory widziałem. Bardzo chciałbym wyjść i poczuć atmosferę miasta ale nie mam już siły. Jutro w Uyuni będziemy dużo wcześniej to będzie czas na oglądanie Dakaru i poczucie Boliwii. Teraz jak najszybciej spać. Na szczęście jak na razie dobrze znoszę tę wysokość. Dzięki Bogu. W końcu to ponad 4000 m n.p.m.


Dzień 8 Potosi – Uyuni 237 km

[ext_img=s]2059[/ext_img]

Po wczorajszym dniu postanowiliśmy sobie dać trochę luzu i odpocząć. Śniadanie o 8-ej, wyjazd 9.30. Jeszcze tylko przejazd przez Potosi i tankowanie. Patrzę na dystrybutor – super litr za pół dolara :-) Niestety tylko dla Boliwijczyków :-( Na nas Morales postanowił zarobić trzy razy więcej. Ale lepsze to niż pusty bak. Przygotowani jesteśmy na szuter tymczasem droga z Potosi do Uyuni jest równie wspaniała jak droga do Potosi. Serpentynki i idealny asfalt.

[ext_img=s]2060[/ext_img]

Dzięki temu dość szybko pokonujemy dystans 200-u kilometrów dzielący nad od mety odcinka i meldujemy się w Uyuni. Na krótko przed końcem naszego dzisiejszego etapu po raz pierwszy gdzieś w oddali dostrzegamy majaczący Salar Uyuni. Wspinamy się na pobliskie wzgórze i rozkoszujemy się tym widokiem oczywiście robiąc fotki :-)

Na koniec docieramy do Uyuni. Dziura straszna. Patrzymy na żywo i widzimy w TV. Jednak telewizja kłamie :-). Straszny syf.

Jeden hotel znajdujemy szybko. Z drugim mamy problem ponieważ poruszanie się po mieścinie jest bardzo utrudnione ze względu na rajd. Na dodatek zaczyna bardzo mocno padać i wiać. Dobrze że nie dopadło nas to w górach podczas jazdy ale wolelibyśmy lepszą pogodę. W końcu Andrzej, Antoni i Darek idą na metę w mieście a my oglądamy zawodników wjeżdżających do miasta. Fajnie to wygląda.

[ext_img=s]2061[/ext_img]

W miasteczku istne szaleństwo. Masa kibiców z flagami Boliwii. Widać że kraj żyje tym wydarzeniem. Nam dzięki temu udaje się zatankować ponownie motocykle bo normalnie z benzyną bywają problemy. My mamy szczególne powody do zadowolenia bo etap w quadach wygrywa Rafał Sonik. Jest tutaj bardzo popularny i zna go każdy kibic. Dzisiejszy etap był bardzo męczący. Deszcz i jazda chwilami w błocie były wykańczające. Niektórzy zawodnicy dojeżdżali skrajnie wycieńczeni i tak ubłoceni że ciężko było ich rozpoznać. Ale nawet ostatni dojeżdżający już po ciemku byli witani brawami.

[article_adv]

Kibice koczują po prostu wzdłuż trasy jedzą piją i gorąco witają każdego zawodnika. My również z tego skorzystaliśmy. Kuba złapał kapcia i szukaliśmy kompresora. Porządkowi wpuścili nas na trasę która dojeżdżali ostatni zawodnicy bo akurat tam był kompresor. Oczywiście zebraliśmy brawa. Niestety zatrzymaliśmy się na chwilę żeby napompować koło. Myślałem że nie odjedziemy. Nie mogliśmy się opędzić od wielbicielek. Każda chciała mieć z nami zdjęcie. Będzie mi tego brakować po powrocie do domu :-)

Najbardziej zaskoczył mnie jednak wieczór i noc. My już powoli idziemy spać bo o szóstej jedziemy na start następnego etapu który odbywa się na salarze. Tymczasem z miasteczka dobiega muzyka z dwóch estrad. Występują najlepsze boliwijskie zespoły.

Hotele są pełne a ci których nie stać na hotel śpią w samochodach lub namiotach rozbijanych nawet na ulicy.

Dzień 9 SALAR UYUNI 147 km

Dzisiaj budzik nastawiony na 5.45. Mamy w planie jechać na start dzisiejszego etapu. Jednak dwie przeciwności niweczą nasze plany. Po pierwsze leje całą noc, po drugie trzeba naprawić oponę Kuby. Wrzucamy w takiej sytuacji wsteczny, spokojnie idziemy na śniadanie i jedziemy naprawić koło. Wulkanizacja wygląda tak samo jak cała Boliwia więc nas już specjalnie to co widzimy nie dziwi…

Kuba z Kazikiem nadzorują naprawę koła a ja krążę między nimi a resztą naszej szóstki. Dzięki temu mam możliwość obejrzeć Uyuni w świetle dziennym bez dakarowej oprawy. Widoki nie są zachwycające.

W międzyczasie kontaktuję się z Olą i umawiamy się z resztą grupy przy wjeździe na salar. Dojazd koszmar, podobnie jak cała Boliwia. Piękny kraj, ale straszna bieda, nędza i bród. Podobnie wygląda bar przy którym umówiliśmy się z Olą i resztą grupy. Ale to już koniec narzekań.

Wjeżdżamy na salar i zaczyna się. Salar Uyuni to największy salar na świecie na dodatek na wysokości ponad 3700 m n.p.m. Przejeżdżamy przez wodę i suchym solniskiem dojeżdżamy do dakarowego pomniku. Oczywiście obowiązkowe fotki. Ja z flagą rodzinnej Lodzi a Darek z flagą Lowicza a Andrzej bez flagi :-)

[ext_img=s]2062[/ext_img]

Rano tą samą trasą ruszyli motocykliści i quadowcy. Szybko napotykamy jednego z nich. Kevina Echeveste z Argentyny biedzi się nad rozbabranym motocyklem. Nie może sobie bidula poradzić. Ale na co motocykliści z Polski. Ponieważ u nas co drugi jest mechanikiem więc Kazik, Daro i Kuba szybko stawiają moto na nogi i szczęśliwy Kevin mknie do mety a my mamy niesamowite przeżycie.

[ext_img=s]2063[/ext_img]

Będziemy dalej śledzić jego wyniki. Oby dojechał :-) Postawiliśmy chłopaka na nogi :-) i mkniemy na solną wyspę. Widoki na salarze Uyuni to coś niewyobrażalnego. Na początku jedziemy po suchym. Też robi wrażenie. Płaska przestrzeń aż po widnokrąg bez jakiejkolwiek perspektywy. Później już salar pokryty jest wodą i to dopiero jest czad. W życiu jeszcze nie widziałem tak gigantycznego lustrzanego odbicia.

[ext_img=s]2064[/ext_img]

Jedziemy rozciągnięcie na szerokości kilkudziesięciu metrów, małe punkciki odbite w tafli salara a w oddali szczyty gór również odbite w tafli. Widok tak bajeczny że, powiem banał, nie da się go opisać. Bawimy się jak dzieci :-). Mniej więcej w połowie drogi docieramy do słynnej kaktusowej wyspy. Wszyscy podróżujący przez salar robią sobie tam przerwę na odpoczynek i mały posiłek. Przy okazji mamy okazję zobaczyć co robi sól z naszymi motocyklami i kombinezonami.

Wcześniej dużo słyszałem, czytałem o salarze ale rzeczywistość przeszła wszelkie granice. Jesteśmy bardzo szczęśliwi że udało nam się zobaczyć go w mokrej postaci. Suchy jest również piękny ale mokry to jest dopiero to. Przy tym mimo wody salar jest bardzo przyczepny i spokojnie mogliśmy gnać ponad 100 km/h.

[ext_img=s]2065[/ext_img]

Jedynym nieprzyjemnym elementem była końcówka. To już była breja w której wszyscy strasznie grzęźliśmy. Do tej pory nie wiem jak udało mi się ominąć w tej breji Andrzeja który przede mną wyglebił. To chyba jakiś siódmy zmysł. Jeszcze parę kilometrów i docieramy po tarce do „hotelu”.

Jeszcze czegoś takiego nie widziałem ale w środku całkiem ok. Ważne że dach nad głową jest i podobno nawet ciepła woda.

Przed hotelem dokonujemy pierwszego płukania naszych motocykli. Prawdziwe mycie zostawiamy na później jak dotrzemy do cywilizacji.

Ponieważ sól ma taką wredną właściwość że dostaje się wszędzie musimy przepłukać również gardziołka :-)

Jutro Chile i powrót do cywilizacji. Okazuje się że z tą ciepłą i nawet jakąkolwiek wodą to lekka przesada ale w końcu nie codziennie trzeba się myć a lepsze to niż namiot. Barak zbudowany jest z bloczków solnych, podłoga to skrystalizowany sól. Łóżka wygodne więc można się wyspać.


Dzień 10 Salar Uyuni – Ollagua 133 km

Jest już wieczór. Siedzimy w hotelu w Chile popijając pyszne chilijskie wino a jeszcze kilka godzin temu nie uwierzyłbym że to w ogóle możliwe. Ale po kolei.

Wczoraj bardzo zmęczeni wszyscy wcześnie poszliśmy spać. Rano w świetnych nastrojach i przy pięknej pogodzie ruszyliśmy w drogę.

Udało nam się nawet umyć motocykle bo każdy z nich miał po kilka kilogramów soli na sobie po wczorajszych szaleństwach na salarze. Trzeba to było bardzo dokładnie spłukać. Szczególnie chłodnicę bo mogłyby być problemy. Śpieszę wyjaśnić że te buteleczki to nie jest pozostałość po nas :-)

[article_adv]

Nasza szóstka wyruszyła oczywiście pierwsza. Tutaj muszę odszczekać pochwały jakimi obdarzałem tutejsze drogi. Rzeczywiście droga z Salty do Potosi i dalej do Uyuni jest fantastyczna ale chyba jedyna. Później już niczego co by nawet przypominało tę nazwę nie udało nam się spotkać. Są tylko bite trakty w postaci poprzecznej tarki nie przypominające nawet dróg szutrowych. Można tylko współczuć ludziom którzy muszą się na co dzień po nich poruszać. Dlatego nie można się dziwić że już po 20 kilometrach jazdy Andrzejowi wystrzelił podobno niezniszczalny amortyzator Touratecha za 12 tys komplet. To już był definitywny koniec jego jazdy. Może to i dobrze. Jak się później okaże Andrzej ma złamaną nogę w trzech miejscach z przemieszczeniami więc dobrze że awaria motocykla zmusza go do zaprzestania jazdy. Swoją drogę nie wiedziałem że amortyzatory Touratecha mają tak zmyślne oprogramowanie :-)

Darek z Kubą pojechali do najbliższej osady Colcha K żeby załatwić jakiś transport. W międzyczasie nadjechała nasza grupa i Ola stwierdziła że zabiorą GS-a na naszego pickupa a zrzucą moto Włodka który się zatruł czymś ale w tej sytuacji trzeba wybierać mniejsze zło.

W międzyczasie nadjechała załatwiona ciężarówka i wszyscy czekaliśmy na nasz wóz.

Oczekiwanie urozmaiciło nam spotkanie z parą Francuzów na GS-ie będących w podróży już cztery lata. Towarzyszyło im dwóch Kanadyjczyków którzy dołączyli do nich w La Paz. Tutaj można spotkać rzeczywiście niesamowicie zakręconych ludzi.

Po jakimś czasie okazało się że nasz wóz pojechał inną trasą, jak co dzień złapał gumę i nie wiadomo kiedy przyjedzie. Załadunek na wywrotkę okazał się niewykonalny. W tej sytuacji Darek postanowił spróbować przejechać dystans 7 km do Colcha na Andrzeja motocyklu i okazało się to jednak możliwe. W sumie stracone cztery godziny które wypełnialiśmy grą w kości i urządzeniem kuchni polowej :-)

[ext_img=s]2066[/ext_img]

Zostawiliśmy Andrzeja z Olą i Samborem i pojechaliśmy dalej. Dość szybko stwierdziliśmy że najlepszy sposób na te bezdroża to jazda 80-90 km/h. Wówczas tak bardzo nie odczuwa się tej tarki. Niestety wiąże się to z dużym ryzykiem. Jak w coś przywalisz to nie ma zmiłuj się. Udało się nam jednak w ten sposób pokonać prawie cały dystans do cywilizacji. Po drodze w San Juan zatankowaliśmy nawet nasze camelbagi.

Niestety jakieś 30 km przed granicą zauważyłem że nie mam w lusterku Antoniego. Chwilę poczekałem i pełen najgorszych przeczuć zawróciłem. Kilkaset metrów wcześniej był taki poprzeczny rów na którym nieźle mnie dobiło. Uratowało mnie to że szutry pokonuję na stojąco i udało mi się to w dużej mierze zamortyzować.

Niestety moje obawy się potwierdziły. Antoni był, Bogu dzięki cały, ale urwał mocowanie amortyzatora i o dalszej jeździe nie było mowy. Chwilę podeliberowaliśmy i doszliśmy do wniosku że znowu trzeba szukać transportu. Pojechałem w kierunku granicy. Za chwilę spotkałem wracającego już Darka który postanowił zostać z Antonim. Za kolejną chwilę natknąłem się na również wracających Kazika i Kubę ale ich już zawróciłem. Nie było sensu żeby trzech ludzi siedziało z Antonim. Po trzydziestu kilometrach dotarliśmy do granicy na której akurat stał Boliwijczyk pickupem. Kuba szybko obgadał z nim sprawę wsiadł i pojechali po Antoniego.

My z Kazikiem zostaliśmy nastawiając się na co najmniej dwugodzinne oczekiwanie. Piździło tak że Kieleckie wysiada. Schowaliśmy się za jakimś murem i nawet nie zdejmowaliśmy kasków żeby nam łbów nie pourywało.

[ext_img=s]2067[/ext_img]

Krajobraz iście kosmiczny, jakieś budki graniczne, tory z rozpadającymi się ze starości wagonami i wiatr goniący po tej pustce wszystko co się uda unieść w powietrze.

Oczywiście nie mogło się obejść bez kolejnego ciekawego spotkania. To był z kolei Argentyńczyk na 250-tce w drodze na Alaskę. Pogadaliśmy chwilę, powiedział nam że za 2 km po Chilijskiej stronie zaczyna się cywilizacja i odjechał w siną dal z naszymi życzeniami szczęścia które w Boliwii jest niezbędne. My siedząc za murkiem i troszkę filozofując bo co było robić w takiej sytuacji doszliśmy do wniosku że jest jakaś szansa. Antoni przed moim odjazdem powiedział że ta cześć która pękła jest stalowa. A obok pracował akurat gość ze spawarką więc może da się coś zrobić. Za chwilę nadjechał Darek a po jakimś czasie nadjechał pickup. Szybko skierowaliśmy go za nasz murek, bo to jedyne bezpieczne miejsce, rozładowaliśmy i zdemontowaliśmy uszkodzoną część.

Rzeczywiście udało się ją pospawać i KTM był gotowy do jazdy.

Boliwijczycy szybko nas odprawili i szczęśliwi opuszczaliśmy ten zapomniany przez Boga i ludzi kraj. Niestety to nie był koniec naszych przygód. Okazało się że po stronie Chilijskiej granica jest już zamknięta spóźniliśmy się pół godziny. Celnicy powiedzieli że mogą pójść nam na rękę pozwolą zostawić motocykle i paszporty i pójdziemy się przespać do pobliskiego hotelu a odprawimy się jutro. I tutaj znowu uśmiechnęło się do nas szczęście. Akurat nadjechał wóz serwisowy Dakaru. Oni mają specjalne dokumenty które się tylko skanuje i uprawniają do przekraczania granicy o każdej porze. Ponieważ policjanci musieli ruszyć dupska to wspaniałomyślnie odprawili również nas. Celnicy okazali się wspaniałymi ludźmi, wypełnili deklaracje celne na wwóz motocykli i po wszystkim zawieźli nas do najbliższego hotelu cały czas powtarzając z uśmiechem „to Chile, to nie jest pieprzona Boliwia”. Chyba się nie lubią ale mają sporo racji. Wyściskaliśmy się na pożegnanie i po rozpakowaniu bagaży postanowiliśmy uczcić to lampką chilijskiego wina. I tutaj kolejna przygoda. Przyjechała trojka Rosjan wypasionym 600-set konnym wozem szukająca spania. Oddaliśmy im swoją jedną trójkę zamieniając na dwójkę bez okna. Okazało się że jeden z nich, ten zdecydowanie najinteligentniejszy i na najwyższym poziomie, to szef mieszkający aktualnie w Miami biegle władający na dodatek hiszpańskim. Młody facet a objechał już świat dookoła na GS-ie i Afrykę wzdłuż na KTM-ie. Aktualnie jest w podróży a dwóch pozostałych towarzyszy mu w celu filmowania. Mają nawet drona. Bardzo fajnie się gadało ale po kilku szklaneczkach boss powiedział stop chłopaki poszli spać. My dokończyliśmy czwartą albo piątą dwulitrową butelkę wina i zrobiliśmy to samo. Na dzisiaj przygód mamy dosyć. Miejmy nadzieję że to ostatni taki porypany dzień. Ale mamy też ogromną satysfakcję że mimo przeciwnościom losu poradziliśmy sobie i jesteśmy tu gdzie jesteśmy a co jeszcze kilka godzin temu wydawało się niemożliwe.

[ext_img=s]2068[/ext_img]

Kończę pewien etap podróży i jednocześnie poznawania siebie. Cieszę się że przeżyłem te wysokości bez żadnych problemów ale bardziej cieszę się z tego że przekonałem się że można być utytłanym, upoconym, potwornie zmęczonym a mimo wszystko szczęśliwym :-)

Dzień 11 Ollagua – San Pedro de Atacama 297 km

[ext_img=s]2069[/ext_img]

Dzisiejszy dzień zapowiada się banalnie. Po wczorajszych ekstremalnych przejściach wydaje się że nic nas nie zaskoczy. Trochę jesteśmy jeszcze podmęczeni. Wysokość prawie 4000 m n.p.m. plus wypite wino robią swoje. Zbieramy się ciężko ale ruszamy. W końcu przed nami 300 km drogi już w cywilizacji. Początek zdaje się to potwierdzać. Mkniemy piękną asfaltową drogą między wulkanami.

[ext_img=s]2070[/ext_img]

Niestety trwa to krótko. Piękne widoki się kończą a zaczyna paskudna droga w budowie. Chwila nieuwagi i rozwalam felgę na metalowym przepuście. Niestety biegł on w skos drogi, za szybko najechałem, cały impet przejęła jedna strona koła i zero powietrza. Na szczęście wraca się Kazik. Na początek próbujemy sklepać ją kamieniem ale nie dajemy rady.

Na szczęście po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się ciężarówka. Zatrzymuje się i ma na szczęście najważniejsze narzędzie czyli młotek i przy okazji kompresor :-)

[ext_img=s]2071[/ext_img]

Kazik pokazuje gdzie, kierowca wali młotkiem a ja trzymam koło. Wspólnymi siłami naprawiamy felgę pompujemy kompresorem z ciężarówki i można jechać. Ciśnienie trzyma bez zarzutu. Niestety to nie koniec nieprzyjemnych zdarzeń. Jedziemy teraz we dwójkę, ja i asekurujący mnie z tyłu Kazik. Na jednym z technicznych objazdów drogi w budowie wpadam w bardzo głęboki i sypki piach. Zaczyna mnie nosić. Staram się walczyć o utrzymanie się w pionie aż tu nagle tuż przede mną wyrasta taki dupny głaz. Jeden jedyny w okolicy. Szybko oceniam szansę ominięcia go na 50/50 %. Za mało. Przez głowę przelatuje mi myśl że to może być koniec mojej jazdy w Ameryce Płd. W tej sytuacji nie mam innego wyjścia jak położyć motocykl. Na szczęście piasek jest bardzo sypki więc oprócz lekkich rys na dziobie GS-a i lekkiego guza na goleniu od gmola nic się nie dzieje. Podnoszę motocykl i kontynuujemy podróż dalej. Bogu dzięki że tylko tak się tak zakończyło. Staram się jeszcze wzmóc koncentrację żeby szczęśliwie zakończyć ten dzień.

Dojeżdżamy do Calamy gdzie tankujemy motocykle, dokładnie jeszcze raz myjemy na myjni pod ciśnieniem i ruszamy do San Pedro de Atacama.

To tylko 100 km prostej drogi bez żadnych zakrętów.

[ext_img=s]2072[/ext_img]

Nic nie może się już stać. Jednak 15 km przed celem motocykl Darka odmawia posłuszeństwa. Silnik kręci ale po wrzuceniu biegu gaśnie. Darek przypuszcza że to czujnik stopki jednak wszelkie próby naprawy nie dają efektu. Robi się późno.

Chłopaki wysyłają mnie, jako najmniej przydatnego technicznie żebym znalazł hostel do którego jedziemy. Kazik natomiast bierze Darka na hol.

[article_adv]

Hostelu, który dała nam Ola nie ma w nawigacji ale od czego wsparcie motocyklistów. Spotykam bikera z Niemiec który nawiguje mnie do hostelu. Jednak nikt o nas nic nie wie a wolnych miejsc nie ma. W międzyczasie docierają chłopaki z Darkiem na holu i ruszamy na poszukiwanie noclegu. Nie jest to łatwe. San Pedro de Atacama to jedna z największych atrakcji Chile. Piękne miasteczko leżące na środku pustyni w którym nigdy nie pada deszcz. Jest strasznie sucho. Usta wysychają momentalnie. Jeżdżąc w poszukiwaniu hotelu mamy okazję z kanapy motocykla przekonać się że fama o urodzie tego miasta nie była przesadzona.

W końcu Kazik i Kuba znajdują fajny pensjonat za przyzwoite pieniądze. Jest bardzo późno. Miasteczko na dzisiaj odpuszczamy. Skromna kolacyjki, jedno piwko i wszystko zostawiamy na jutro. Maniana :-)


Dzień 12 15.01.2015 San Pedro de Atacama 0 km

Po kilku ostatnich dniach ewidentne potrzebujemy odpoczynku. Darek podejmuje ostatnie próby uruchomienia motocykla ale niestety spalają na panewce.

[article_adv]

Darek odpuszcza i kontaktuje się z Olą. Nasz wóz techniczny odwozi dzisiaj dwa uszkodzone GS-y do Antofagasty i później przyjedzie do nas i może zabrać moto Darka. Postanawiamy wykorzystać ten dzień na totalny relaks. Internet, pranie, jakieś winko. Będzie dobrze :-)

Ja zbieram kasę i ruszam w miasto na poszukiwanie dobrego kursu wymiany. Udaje się znaleźć nawet bardzo dobry i bardzo ukontentowany wracam do hotelu.

Jednak te pół godziny spaceru daje się odczuć. Niby temperatura nie jest jakoś ekstremalnie wysoka ale słońce pali niemiłosiernie. W końcu chmury są tu nieznanym zjawiskiem :-) Reszta dnia mija na obijaniu się, zwiedzaniu lokalnych knajpek i czekaniu na resztę grupy. Darek jest już zdecydowany na transport motocykla do serwisu w Antofagaście. Chciałby jak najszybciej ale trzeba to jeszcze wynegocjować z kierowcą. Trochę sobie dzisiaj pojeździł. Zawiózł już do serwisu dwa motocykle. Pewnie będzie chciał trochę odpocząć. Byle nie za długo :-) My jutro planujemy pojeździć trochę po okolicy. W końcu to centrum turystyczne Chile. Takie nasze Zakopane. Coś fajnego z pewnością się znajdzie.

[ext_img=s]2073[/ext_img]

Dzień 13 16.01.2015

San Pedro de Atacama – Gejzery El Tatio – Vale de La Luna 207 km

Mamy już dość leniuchowania. Oprócz tego ja mam dość słońca. Oprócz poparzeń mam jeszcze słońcowstręt. Akurat tutaj o to nie trudno. Słońce pali tak mocno że trudno sobie wyobrazić. Dlatego z ochotą przyjmuję propozycję Kazika i Kuby i rano o 4.30 jedziemy do jednej z największych atrakcji Pustyni Atacami a mianowicie oddalonych o 95 km od San Pedro gejzerów El Tatio. Te najwyżej na świecie położone gejzery (4300 m n.p.m.) ogląda się tuż przed wschodem słońca, kiedy temperatura powietrza jest ujemna. Wówczas gęste kłęby pary strzelają wysoko w górę, co wygląda bardzo malowniczo. Nareszcie słońce nie parzy i można spokojnie w temperaturze -2 stopnie C podziwiać te niesamowite zjawiska.

Po lekkim śniadanku jedziemy jeszcze odwiedzić lamy i flamingi.

Cały czas towarzyszą nam piękne widoki oglądane o świcie :-)

[ext_img=s]2074[/ext_img]

Niestety grupa nam się wykrusza. Andrzej już leci nieodwracalnie to kraju z potrójnym złamaniem z przemieszczeniami. Do dupy !!! Darek dzisiaj pojechał do serwisu w Antofagaście. Mam nadzieję że jutro się zobaczymy, wypijemy dobre chilijskie wino, którego Darek podobnie jak i ja jest wielkim miłośnikiem :-) i dalej pojedziemy razem. Na razie okres największego operowania promieni słonecznych więc robię małe pranie, porządki internetowe i trochę snu. O 17-tej jedziemy do Vale de La Luna Dolina Księżycowa stanowi nijako „przedmurze“ płaskowyżu Atacama. Położona 13 kilometrów na zachód od San Pedro de Atacama stanowi główną atrakcję okolicy. Dolina Księżycowa to fenomen pod względem krajobrazowym. Kamienne formacje wyrzeźbione przez buszujący wiatr i bezlitośnie erodującą wodę. Efekt jest piorunujący. Dolina Księżycowa słynie także z fantastycznych widoków na zachodzące słońce. Dlatego jedziemy tam wieczorem. Okolica bogata jest w liczne złoża mineralne. Znajdują się tu kopalnie ołowiu, żelaza, miedzi, saletry chilijskiej, złota, srebra, kobaltu i soli kamiennej. Jednak główną gałęzią jest tutaj turystyka. Stąd tak duża popularność różnych firm organizujących wycieczki i wypożyczalni rowerów.

[ext_img=s]2075[/ext_img]

Jednak chyba już za dużo widzieliśmy. Dolina nie powala nas na kolana. Robimy sobie przejażdżkę po niej i wracamy z powrotem. Wykorzystujemy wolny czas na tankowanie i poszukiwanie kawiarni z kawą z ekspresu i jakimś dobrym ciastkiem. Nie jest to łatwe ale w końcu się udaje. Właścicielka, nota bene Portugalka, jest bardzo miła i stara się nam dogodzić pod każdym względem :-) Nawet przesadza jedną dziewczynę do drugiego stolika żeby zwolnić dla nas miejsce. Dostajemy wiadomość od Darka że motocykl sam się naprawił po drodze. Tak mu posłużyła jazda na pace :-) Super, jutro spotykamy się w Antofagaście i ruszamy dalej razem. Na koniec spotkanie z resztą grupy w celu ustalenia dalszej marszruty. Jak zawsze bardzo miłe przy lampce wina i w towarzystwie chilijskiej muzyki. Fajnie jest pogadać i podzielić wrażeniami :-). Jest już późno. Dzisiaj mam jednak farta. Impreza za ścianą kończy się po 23-iej. Bogu dzięki. Szybko zasnę :-)

Dzień 14 San Pedro de Atacama – Antofagasta 311 km

[ext_img=s]2076[/ext_img]

Wstaję dzisiaj bardzo wcześnie. Jestem pierwszy gotowy i zapakowany.

Wygląda na to jakbym chciał jak najszybciej to miasteczko. Oczywiście tak nie jest ale jeżeli w przyszłości pokuszę się o ranking odwiedzonych przeze mnie miejsc to Atacama wraz ze swoim centrum turystycznym raczej nie będzie w czołówce. Mam trochę dosyć tego mocno palącego słońca. Właściwie żyć tu się da przed wschodem lub po zachodzie słońca. Przez cały dzień ulice są puste a miasto wygląda ja wymarłe. Przed wyjazdem jeszcze spotykamy Olę i Sambora. Okazuje się że wyjazd całej grupy trochę się opóźni. Dwóch naszych kolegów wybrało się wczoraj na eksplorację wulkanu. Jednak źle ocenili albo skalę trudności albo własne możliwości i spędzili tam całą noc. Wrócili nad ranem strasznie wyczerpani. Biorąc pod uwagę że nie mieli nawet czołówek a temperatura w nocy spada do kilku stopni poniżej zera to nic dziwnego. Nasza czwórka rusza zgodnie z harmonogramem. Początek trasy jest piękny bo to okolice księżycowej doliny. Później wspinamy się na przełęcz 3 400 m n.p.m. Temperatura spada do 12 stopni. Wiedzieliśmy o tym ale nie ubieraliśmy się ciepło bo to tylko chwila. Tutaj takie skoki temperatur to codzienność ale nam już udaje się nad tym panować. Dalsza droga do Antofagasty bez historii. Najpierw płaska pustynia później trochę górek. Temperatura rośnie do 30-tu stopni żeby spaść ok. 15-tu km przed miastem do 24-ch stopni. To kojący wpływ oceanu. Coś wspaniałego po suchym i palącym słońcu pustyni.

Oczywiście w hotelu czeka na nas Darek.

Ponieważ miasto zaczyna żyć dopiero po 21-ej a my jesteśmy głodni Darek przywozi nam z marketu kurczaki, piwo, sery i whiskaczyka. Wspaniała niespodzianka :-) Później obowiązkowa drzemka. Chłopaki o 18-tej planują wypad na nadmorską promenadę. Niestety o tej porze słońce jest jeszcze bardzo mocne i wysoko dlatego na razie odpuszczam. Połowę drogi dzisiaj przejechałem z zamkniętymi oczami. Chyba od tego słońca przyplątało się zapalenie spojówki. W ogóle mogłem jechać dopiero jak założyłem ciemne okulary pod blendę. Słońce strasznie drażni mi wzrok a twarz też dopiero dochodzi do siebie. Dlatego poczekam do wieczora i wyjdę później popstrykać dla Was trochę zdjęć znad oceanu :-)

[ext_img=s]2077[/ext_img]

Wychodzę o zachodzie słońca. Powietrze fantastyczne. Wzdłuż nabrzeża pojawiają się pierwsi biegacze korzystający z orzeźwiającej bryzy oraz rowerzystki. Uwielbiam widok kobiecych pośladków na siodełku rowerowym. Oczywiście pod warunkiem że nie są za duże :-)

Dalej idę w miasto. Uwielbiam tak szwendać się bez celu gdzieś w obcym mieście na drugim końcu świata. Obserwować ludzi, ich zachowania, zwyczaje. Podziwiać tańczących lub ulicznych grajków.

Według mnie to taka kwintesencja podróżowania. Nie jestem już głodny ale okoliczne stragany ciągle mają mi coś do zaoferowania. W końcu kuszę się na sok z papai. Jest wyborny. Później lody. Biorę wg naszej nomenklatury 3 kulki. Tutaj oznacza to trzy łopaty. Pyszne ale nie do przejedzenia :-)

Powoli wracam do hotelu oglądając nieśpiesznie to portowe miasto. Z jednej strony widać nabrzeże i urządzenia portowe… Natomiast z drugiej strony tuż za budynkami mieszkalnymi wznosi się okalające Antofagastę pasmo górskie. Na szczęście zauważam że do mojego hotelu przytuliła się mała winiarenka. Lampeczka pysznego chilijskiego Cabernet Sauvignon przegryziona dorodnymi oliwkami dopełnia rozkoszy tego wieczoru.

Dzień 15 Antofagasta – Pan de Azucar 365 km

Troszkę dłużej posłaliśmy ale trudno nie wykorzystać luksusów Holiday Inn do maksimum :-) szczególnie że dzisiaj mamy w planach nocleg pod namiotami więc bilans tak czy tak wyjdzie na zero. Wyprowadzamy motocykle z garażu i okazuje się że we wspaniałym chilijskim serwisie coś nie tak skręcili w Darkowym motocyklu i cieknie paliwo.

Darek spuszcza połowę baku, benzyna przestaje lecieć i postanawia że te trzy dni tak się przemęczy bez naprawienia. Szczególnie że GS Adv i tak ma duży bak, do końca trzy dni jazdy a z benzyną w Chile nie ma problemów. My jeszcze tankujemy i ruszamy promenadą wzdłuż oceanu kierując się na południe.

[article_adv]

Pierwsze 150 km nie jest oszałamiające. Jedziemy szeroką na kilometr, dwa doliną otoczoną z obu stron górami. Jakżeż mogłoby być inaczej :-) Na dodatek droga jest prosta i dosyć monotonna. Na szczęście trwa to tylko 150 km i przebijając się z wysokości 2000 m n.p.m. zjeżdżamy błyskawicznie pięknymi serpentynami na poziom oceanu. Bajka :-)

Obserwuję ciekawe zjawisko. Odwrotnie niż na pustyni czym niżej tym zimniej. Później Sambor podczas krótkiej prelekcji wytłumaczy mi że to wpływ prądu Humboldta który płynąc z południa niesie zimne, arktyczne wody które tak ochładzają klimat. „Szczęścia” dopełniają opady których jest tutaj 3,5 mm na rok (to również z prelekcji ) Ciężko tu żyć.

Następne 50 km to piękna droga wijąca się między brzegiem oceanu a pasmem gór. To najpiękniejsze połączenie jakie można sobie wyobrazić. Pózniej znowu wjeżdżamy w kontynent i docieramy do celu naszej podróży. Jest nim Park Narodowy Pan De Azucar. Oczywiście nie spodziewamy się znaleźć tu jakiegokolwiek drzewa :-) Sporo już widzieliśmy podczas tego wyjazdu ale ten widok wzbudza ponownie nasz zachwyt.

[ext_img=s]2078[/ext_img]

Najpierw wjeżdżamy super bitą drogą w fantastycznie ukształtowane formy skalne które na samym końcu otwierają się bezpośrednio na ocean. Coś pięknego i nie drogo bo lądujemy na campingu. Darek bardzo chciał spędzić noc w namiocie nad brzegiem oceanu. Powinien być usatysfakcjonowany.

Jesteśmy pierwsi. Robię trochę zdjęć,

[ext_img=s]2079[/ext_img]

wsiadam na moto żeby zrobić ich jeszcze więcej. Później rozbijam namiot.

[ext_img=s]2080[/ext_img]

a grupa zjeżdża się powoli.

Wkrótce są wszyscy z wyjątkiem Lecha i Włodka którzy uwielbiają nocną jazdę i w dzień nigdy nie dojeżdżają. Sambor podejrzewa że mają pewnie sponsora, producenta noktowizorów i muszą je testować w nocy :-)

[ext_img=s]2081[/ext_img]

Dzisiaj w planie prawdziwy chilijski stek na grillu przyrządzony przez naszego kierowcę. Ola przyrządza pyszną sałatkę pomidorową.

[ext_img=s]2082[/ext_img]

My w oczekiwaniu na konsumpcję obserwujemy zachód słońca i nie możemy się nadziwić jak zmienia się wraz z zanikającymi promieniami słońca nasze otoczenie, Vicente okazuje się mistrzem w tej dziedzinie. Zjadamy niesamowitą ilość ale trudno było się oprzeć. Szczególnie że apetyt został wzmocniony najpierw Jimem Beamem a później utrwalany doskonałym czerwonym winem .Atmosfera wieczoru była fantastyczna. Jeżeli połączy się piękne miejsce z dobrym towarzystwem nie może być inaczej Ja odpadam jeszcze przed północą. Mam już dosyć i jedzenia i picia. Wystarczy chyba na cały tydzień.

[ext_img=s]2083[/ext_img]

Czytaj ciąg dalszy tutaj.

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1458393966" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(66) "https://facetpo40.pl/motocykle/podazajac-sladami-dakaru-2015-cz-2/" ["link_info"]=> string(21) "Ciąg dalszy wyprawy " ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1988" ["visits_counter"]=> string(4) "6028" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [12]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1920" ["slug"]=> string(44) "motocyklem-na-cyklady-czyli-wakacje-w-grecji" ["dont_use_tags"]=> string(79) "mieszkanie , film , doświadczenie , auto, akt , jadłospis , biznes , badanie" ["title"]=> string(44) "Motocyklem na Cyklady czyli wakacje w Grecji" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(412) "Grecja - kraj to piękny, ciekawy i pełen krętych dróg, po których deptają kozy i osły. No niby tak samo jest w każdym kraju na południu Europy, ale nas urzekła i oczarowała właśnie Grecja. Po objechaniu w latach poprzednich greckich wysp: Krety, Zakyntos, Kefalonii, Lefkady oraz trzykrotnie kontynentu greckiego, tym razem postanowiliśmy zaatakować na kołach naszego Intrudera odległe Cyklady. " ["has_superbox"]=> bool(true) ["has_superbox_main"]=> bool(true) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(21) "Motocyklem na Cyklady" ["superbox_avatar"]=> string(20) "superbox_avatar_1920" ["body"]=> string(13027) "

[ext_img=o]1986[/ext_img]

[powiazane] Na Santorini czy Milos 99,9% turystów przylatuje samolotami lub samolotami lecą do Aten, a następnie promem na wyspy. My oczywiście spod samego garażu w domu, aż tam, hen daleko, na kołach!

Wyjechaliśmy sobie spokojnie 3 lipca po południu i jadąc spacerowo mijamy Słowację i zatrzymujemy się na pierwszy nocleg na Węgrzech. Następne spanie na Macedonii, a trzecie już w greckich Meteorach. Na trasie nic się szczególnego nie działo, oprócz niecodziennego widoku przemieszczających się całymi tłumami uchodźców wzdłuż nitek autostrad. Wszyscy jednostajnie posuwali się na północ Europy. Taki widok w lipcu był dla nas niezwykle egzotyczny, lecz w momencie pisania relacji, obraz tych ludzi pokazywany jest w telewizji jakby nieco dramatyczniej. Wracając do tematu. Dotarliśmy do Meteorów. Spędziliśmy w tym miejscu w latach poprzednich trochę czasu, ale ciągle nam mało tych pięknych widoków. Ciekawostką było to, że spotykaliśmy tu chłopaków spod Opola, którzy przyjechali po raz pierwszy do Grecji, wzorując się na naszych filmach na YouTube. Całkiem sympatyczna sytuacja, tym bardziej, że to oni nas rozpoznali, machając rękoma i drąc się na całe gardło, kiedy ich mijaliśmy. Musiałem zawrócić i zapytać czy coś im się stało, skoro tak się wydzierają...

[ext_img=s]1885[/ext_img]

Dnia czwartego pomknęliśmy do Aten. Kryzysu nie widać. Demonstracji nie było. Zamieszek na ulicach również brak. Przy bankomatach brak kolejek. Życie płynęło swoim spokojnym, greckim, leniwym rytmem... Zwiedzaliśmy Ateny do pierwszej w nocy, pamiętając o tym, że rano mamy prom na Santorini o 7:30. Bilety na prom kupuje się szybko, nawet bez rezerwacji. Wybraliśmy tańsze linie, ale za to płynące przez trzy inne wyspy Cyklad, na które sobie chociaż z promu pozerkaliśmy. Obsługę promu poznaliśmy już na poprzednich podróżach tym środkiem transportu, więc tym razem wszystko wypadło perfekcyjnie. Na Santorini dotarliśmy około godziny 15. Znalezienie zarezerwowanego wcześniej hotelu na Bookingu zajmuje nam około 40 minut. Zakwaterowanie na szybko i sru na maszynę, i całe 5 dni nasze na zwiedzanie wyspy.

[ext_img=s]1886[/ext_img]

Wyspa niby niewielka dla posiadających środek transportu. Miejsca polecane przez przewodniki obowiązkowo odwiedzamy, bo widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. Tłum w tych miejscach z całego świata jest ogromny i nieprzebrany. My natomiast szukamy zawsze ciekawych i w miarę bezludnych zakątków. Takich miejsc również jest wszędzie pełno, więc i tutaj znaleźliśmy plażę o kilkukilometrowej długości, z pięknym czarnym, czerwonym oraz żółtym lub prawie białym piaskiem, z kilkunastoma parasolami, barem z uśmiechniętym barmanem i jedynie szum fal naszą ciszę zakłócał.

[article_adv]  Zwiedziliśmy Santorini wzdłuż i wszerz, zaglądając w najatrakcyjniejsze zakamarki wyspy. Byliśmy w Grecji na motocyklu już po raz czwarty, więc znamy zasady życia Greków.. "Siga, siga Xristo", czyli "powoli, powoli Krzysztof" mawiają do mnie. Nie ma się gdzie spieszyć. Może i w tym trochę racji, ale nam zawsze jest spieszno zajrzeć na wakacjach za każdy róg, za każdą skałę, żeby potem te wspomnienia zachować na długie, polskie zimowe wieczory. Po wyspie zrobiliśmy 350 kilometrów, co daje całkiem przyzwoity wynik jak na wymiary wyspy. Mógłbym opisywać uroki Santorini bez końca, ale niestety w tej opowieści się z tym nie zmieścimy. Może kiedyś uda nam się napisać i wydać przewodnik dla podróżujących motocyklistów po Grecji, to wtedy rozwiniemy się jak rolka dropsów.

Kolejną wyspą, którą zwiedziliśmy, było Folegandros. Urocza, maleńka wysepka na Cykladach, z pięknymi plażami, stolicą Chorą i fantastycznym kościółkiem na najwyższym wzniesieniu wyspy. To wyspa, na której czas się zatrzymał i turystów niezbyt wielu, ale wyspa po stokroć była warta zobaczenia. Fantastycznym dla nas doświadczeniem było zobaczenie prawdziwego greckiego ślubu. Extra przeżycie dla nas. Poznaliśmy szefa knajpy – Greka, który od maja do października tyra w swojej restauracji pod palmami, a potem wpada na pół roku do Warszawy(!) i tam tyra dla naszego pięknego kraju, mając obok siebie swoją żonę Krysię, o słowiańskich blond lokach. Uroczy ludzie. Uroczy w sumie są wszyscy, których los stawia nam na drodze.

[ext_img=s]1887[/ext_img]

Nadchodzi moment, że podczas luźnych pogaduszek o obecnej polityce rządu Grecji wspominamy, że przyjechaliśmy tutaj na naszym motocyklu prosto z Polski. Wtedy, jak przy każdej naszej wycieczce, słuchając naszych przechwałek, zaliczają opad szczęk, po czym zasypują nas dziesiątkami pytań. O naszą podróż, o to, czy tak nam się chce i czy w ogóle tego nie wymyśliliśmy... Sprawa zazwyczaj kończy się domówieniem u kelnera dodatkowych napojów do wcześniej podanych posiłków, a co się z tym wiąże mój grecki język z każdą kolejną minutą staje się coraz lepszy!

Kolejna wyspa cykladzka przez nas odwiedzona to Milos. Milos to wyspa białych, potężnych skał, wystających z błękitno-białej wody, z widokami różniącymi się mocno od widoków na Santorini. Jest przepięknie, ale inaczej niż na dotychczas przez nas odwiedzanych wyspach. I o to właśnie chodzi. Po to całą zimę i wiosnę szperam w Google, żeby zawsze było piękniej, i zawsze inaczej. Milos to wyspa, na której niespodziewanie kończy się asfalt na drogach i zaczyna pełen off. Niektórzy motocykliści mieliby tu sporo do pokazania na czerwonych szutrach. Niestety nasza ciężka bryka nie wszędzie mogła dojechać, ale i tak sobie znakomicie radziliśmy z brakiem asfaltu. Plaże na tej wyspie są różnorodne i wspaniale położone. Na jedną z plaż schodzi się z ogromnej skały, trzymając się rękami lin taterniczych, po dwóch dość wysokich drabinach. Sztuka przetrwania. Słabsi wtedy tu nie plażują, bo zwyczajnie boją się zejść.

[ext_img=s]1888[/ext_img]

Co roku będąc na motocyklu w Grecji spotykamy naszych wszędobylskich turystów All Inklusiv, rodaków, którzy z zaciekawieniem dopytują się o to, jak się tu znaleźliśmy, wyrażając podziw i ogromne zaskoczenie faktem, jak można się tak męczyć motocyklem, bo przecież łatwiej samolotem. Jednak mocno wyczuwalna jest zazdrość męskiej części rozmówców. Oczywiście podczas rozmów dowiadujemy się, że 97% z nich marzy o takim tripie, część z nich marzy w ogóle o motocyklu, a co najmniej połowa ma brykę w garażu. Na Milos spędziliśmy 5 fantastycznych dni, ale ile byś człowieku nie był tu, czy tam, to zawsze będzie za mało!

Skalna plaża Sarakiniko robi piorunujące wrażenie. Tsigrado, o różowo-białych skałach i prawie białej wodzie. Po raz pierwszy na naszej wycieczce, po 8 dniach skończyła mi się karta 32GB w aparacie. Ale zawsze mam ze dwie zapasowe, co bardzo ułatwia nam życie. Wspomnę jeszcze, że po raz pierwszy w tym roku korzystałem z serwisu Booking.com i jest 100% zadowolenia z mojej strony! Zazwyczaj braliśmy, co popadło po drodze, ale tym razem spania z basenami i śniadaniami były trafione w dziesiątkę, a i ceny zupełnie przyzwoite jak na podróżnika-motocyklistę wraz z małżonką.

Po 12 dniach na Cykladach pakujemy się na prom powrotny do Aten. 4 godziny kołysania po w sumie spokojnym morzu mija w znakomitej atmosferze. Załoga promu Sea Jet 1 witała nas za każdym razem z otwartymi ramionami na pokładzie, bo niewielu zmotoryzowanych pływa i korzysta z ich usług jako przewoźnika, a poza tym jesteśmy obładowani w specyficzny sposób i mocno rozpoznawalni. A jak już po raz piąty pakowaliśmy się im na pokład, to nazwali nas swoją rodziną, wołając do nas z daleka. Sea Jet to chyba jedyna firma z promami przewożąca samochody i motocykle na trasach cykladzkich. Stąd taki niby zbieg okoliczności pływania z nimi w ciągu tych 12 dni.

Dopływamy do Aten. Z daleka widać, że płoną lasy i całe wzgórza za miastem. Samoloty z ogromnymi podwoziami i balonami na wodę co chwila lądują na morzu i tankują wodę do gaszenia rozszalałego żywiołu. Widok i ciekawy, i straszny zarazem. Dopływamy do portu Pireus. Wysiadamy i kierujemy się obwodnicą Aten na Korynt. Odwiedzamy po raz czwarty w swoim życiu Kanał Koryncki. Potem jedziemy na nocleg do Tolo, miasteczka mieszczącego się w zatoczce na Nafplio. Poznana w tym hotelu w ubiegłym roku kelnerka o mało nie zemdlała z radości, widząc nas ponownie u siebie. Najs tu si ju i takie tam grzeczności, a gaduła z niej okrutna. Wyrywamy się jej i idziemy dychnąć na plażę, tuż za hotelem. Szwendamy się po miasteczku do późna, odwiedzając poznanego w ubiegłym roku Greka Kostasa, który, a jakżeby inaczej, ma żonę Polkę i daczę w Brennej, z 15 km od miejsca skąd pochodzimy... Świat niby duży, a czasami jakby taki mały!

[ext_img=s]1889[/ext_img]

Dzień następny. Przedzieramy się przez piękne góry na Peloponezie i robimy sobie fotki pod znakiem z polsko brzmiącą nazwą miejscowości – Półlithra. Docieramy do naszej ukochanej Monemvasii na końcu Peloponezu i trafiamy na dwa greckie śluby. Fajnie się bawią, zupełnie inaczej niż na naszych disco-polowych weselach w Polsce.

Dzień kolejny, to wycieczka na bajeczną plażę Elafonisos, która znajduje się 28 km od miejsca, gdzie koczujemy. Faktycznie foldery nie kłamią. Istny cud natury. Rzadko spotykana czystość piasku, wody i otoczenia. Wszystko to razem sprawiło, że zabawiliśmy tam do późnego wieczora. Lenistwo totalne przez calutki dzień nas opętało. Nicnierobienie od czasu do czasu jeszcze chyba nikomu jednak nie zaszkodziło. Niestety również i tutaj na wzgórzach szaleją pożary lasów, a jest to około 13 km od naszego leżakowania. Na szczęście wiatr wieje w stronę przeciwną i cały siwy dym zasuwa w stronę kontynentu. Wieczorem o tym mówili w greckiej TV. Właściwie z pożarami walczyli już tutaj od 3 tygodni!

Nazajutrz zapakowani rozpędzamy się w kierunku wyspy Lefkada, zahaczając po drodze o półwysep Mani i plażę z ogromnym wrakiem statku. Ekstra widok, kiedy statek 20 metrów wysoki i z 90 metrów długi, wbity w plażę stoi cały w rdzy. Poplażowaliśmy z godzinkę i pomknęliśmy dalej. Lefkada coraz bliżej, a upał coraz większy. Co chwila stawaliśmy przy przydrożnych kranach lub źródełkach, aby namoczyć całą garderobę, co i tak wystarczało najwyżej na 10 minut, bo wszystko schło błyskawicznie. Lefkada to piękna wyspa, połączona z kontynentem wąskim paskiem drogi. Objechaliśmy ją sobie spokojnie w dwa dni, plażując i zwiedzając co popadło, pamiętając przy tym, że to ostatnie chwile naszego labowania, bo niebawem rozpoczniemy powrót w kierunku domu.

[ext_img=s]1890[/ext_img]

Tegoroczny wyjazd był najbardziej udanym wyjazdem w naszej dotychczasowej karierze podróżników motocyklowych. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Doświadczenie z lat poprzednich pozwoliło nam uniknąć błędów z ostatnich dalekosiężnych wycieczek. Szczęśliwie przejechaliśmy 6100 kilometrów, a mieliśmy na to całe 23 dni. Odwiedziliśmy 5 wysp. Płynęliśmy 7 razy ogromnymi promami. Widzieliśmy miejsca wspaniałe i urokliwe. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi. Wakacje na motocyklu to coś, czego każdy powinien doświadczyć!

[gallery_slider]178[/gallery_slider]

Suzuki Polska jak co roku zadbało o naszą brykę, oferując jej nowe płyny, akumulator i ogumienie. Trasę naszego wyjazdu można było śledzić jak co roku na stronie Tropiciel.gps. Ciuchy termoaktywne Viking niezbędne na takiej wycieczce dostaliśmy od Pana Tomka z firmy Larix, a skarpety od nastopy.pl Wspominałem powyżej, że planujemy napisać przewodnik o naszych dotychczasowych wojażach. Chęci są, a zima w Polsce długa. Zatem coś się pewnie wydarzy!

Krzysztof Zarębski

[ext_img=o]1986[/ext_img]

" ["ancestor_id"]=> string(2) "15" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1446140875" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(2) "85" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(true) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1920" ["visits_counter"]=> string(4) "9152" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(2) "85" ["name"]=> string(9) "Motocykle" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "4" ["superbox_counter"]=> string(1) "0" ["title"]=> string(9) "Motocykle" ["about"]=> string(169) "Motocykl określa charakter i osobowość faceta. Wybierasz klasyczne choppery czy wolisz szybkie ścigacze? Jaki jest idealny motocykl dla mężczyzny po czterdziestce?" ["keywords"]=> string(0) "" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(11) "0-motocykle" ["lft"]=> string(2) "75" ["rgt"]=> string(2) "76" ["level"]=> string(1) "2" } } [13]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1655" ["slug"]=> string(27) "biznesmeni-na-rajdzie-dakar" ["dont_use_tags"]=> string(31) "badanie , biznes , dowcip , akt" ["title"]=> string(27) "Biznesmeni na Rajdzie Dakar" ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(514) "Dakar – legendarny, najtrudniejszy na świecie rajd cross country. Prawie 9400 km tras, w tym ponad 5200 km odcinków specjalnych. Wyniszczający ludzi i sprzęt – do mety dojeżdża mniej więcej połowa pojazdów i rzadko zdarza się, by na trasie ktoś nie zginął. Poza ścisłą czołówką rajdowej elity toczy się walka amatorów, którzy inwestują własne pieniądze by przeżyć przygodę życia. Wśród nich szef sieci aptek, właściciel sieci pralni czy prezes firmy budującej centra handlowe." ["has_superbox"]=> bool(false) ["has_superbox_main"]=> bool(false) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(27) "Biznesmeni na Rajdzie Dakar" ["superbox_avatar"]=> string(20) "superbox_avatar_1655" ["body"]=> string(7531) "

APTEKARZ…

...to Grzegorz Czarnecki, właściciel sieci aptek Curate. Grupa Apteki Curate® to marka sieci rozwijających się na terenie Polski południowo-wschodniej (województwa małopolskie, świętokrzyskie, lubelskie i podkarpackie) aptek całodobowych oraz całotygodniowych. Sieć powstała w 2006 roku, obecnie liczy już 15 aptek (12 własnych i 3 franczyzowe). Dzięki działalności biznesowej Grzegorz Czarnecki spełnił swoje marzenie i z Bartkiem Bobą na prawym fotelu wystartował w tegorocznym Dakarze. Plan był nieco wariacki – w 62 dni przygotować się i ruszyć na trasę. Grzegorz Czarnecki już przed rajdem przyznawał, że ma to być przygoda a nie ostre ściganie o wynik. Plan maksimum zakładał dojechanie do mety.

– Moje dotychczasowe doświadczenie można nazwać jeżdżeniem wokół trzepaka. Nie ukrywamy tego, że jesteśmy załogą leszczy – szczerze mówił Grzegorz Czarnecki.

Ostre tempo przyniosło efekt. W ciągu 62 krótkich dni Grzegorzowi Czarneckiemu udało się stworzyć zespół Never Enough Team i przygotować auto – Mitsubishi Pajero - oraz całe zaplecze techniczne.

Udały się treningi w piaszczystym Dubaju, w dojechaniu do mety miał pomóc doświadczony już pilot, Bartek Boba. Wielu kierowców podkreśla, że dobry nawigator jest kluczowym elementem sukcesu, gdy trzeba przejechać kilkaset kilometrów po pustyni. Bartłomiej Boba w zeszłym roku był członkiem załogi ciężarówki Grzegorza Barana. Równie ważne było przygotowanie fizyczne. Właściciel sieci aptek od dawna jest aktywny sportowo, lubi ekstremalne wyzwania a w szykowaniu formy na Dakar pomagał mu trener.

Grzegorz Czarnecki nie ukrywa, że pojechał dla przygody. Ta niestety szybko się skończyła. Już drugi odcinek specjalny okazał się morderczy dla samochodu. Problemy z silnikiem, pourywane półosie, maglownica. Do dzieła zniszczenia dołożył się fesz fesz. To trudne do opisania zjawisko, w zasadzie jest to zmielona gipsowa skała, która przy najdrobniejszym ruchu wzbija się w powietrze. Grzegorz Czarnecki mówi o nim „to jakby do betoniarki wrzucić 50-kilowy worek z wapnem i włączyć wentylator”.

Załogę z rajdu wykluczył pech, splot awarii i zdarzeń, z których najgorsze okazało się zakopanie w piachu i problem z podnośnikiem. Osiem godzin walki i rozkręcenie połowy samochodu nie przyniosło rezultatu.

- Nad ranem przyjechała tzw. śmieciarka, czyli samochód, z którego pada pytanie czy jedziemy dalej czy nie – wspomina Grzegorz Czarnecki. Mimo głodu jazdy, załoga nie mogła kontynuować Dakaru.

WŁAŚCICIEL PRALNI

Kolejnym z polskich biznesmenów związanych z franczyzą, którzy zameldowali się na starcie Dakaru, był Piotr Beaupré. Właściwie nie jest właścicielem pralni - od kilkunastu lat zarządza siecią blisko 200 obiektów „5 a SEC„ oraz „Pijalni Czekolady Wedel”. Firma zatrudnia ponad 1000 osób w Polsce, Czechach, Słowacji i na Ukrainie. Angażuje się też w inne przedsięwzięcia związane z energią wiatrową, zarządzaniem nieruchomościami, gruntami rolnymi czy deweloperką. Jego przedsięwzięcia najłatwiej śledzić oglądając grafiki reklamowe na BMW X5, którym ściga się od kilku już lat.

W odróżnieniu od Grzegorza Czarneckiego, Piotr Beaupré ma spore doświadczenie w rajdach. Zaczynał od terenowych przeprawówek, pojechał w legendarnym Camel Trophy, później postanowił pojeździć nieco szybciej. Bodaj jako pierwszy w Polsce zaczął się ścigać Bowlerem Wildcatem. Jest dwukrotnym rajdowym wicemistrzem Polski samochodów terenowych. Swoim BMW jeździł już w rajdach Baja Portalegre, Dakar, Silk Way Rally i Baja Szczecin, dwa razy wystartował w Dakarze. W roku 2012 zajął 51. miejsce, rok później poprawił wynik i na mecie zameldował się jako 37. zawodnik (w swojej klasie zajmując doskonałe, 10. miejsce). Jego partnerem na prawym fotelu jest od wielu lat Jacek Lisicki, również przedsiębiorca. Jest współwłaścicielem serwisu samochodowego.


Załoga NeoRaid pożegnała się z Rajdem Dakar 2014 na V etapie, na początkowych kilometrach OS. Decyzja Piotra Beaupre o wycofaniu się z rajdu była rezultatem wypadku, który załoga miała dzień wcześniej. Zależało mu na miejscu w trzeciej „dziesiątce”, ale chciał być jak najbliżej miejsca numer 21.

– Nie zależało mi na tym, żeby po raz trzeci tylko ukończyć ten rajd. Dlatego podjąłem decyzję o wycofaniu naszego samochodu. Winien jestem w stu procentach ja, bo w miejscu, w którym mieliśmy wypadek, jechałem za szybko. Trochę zabrakło też szczęścia, bo o utrzymaniu się na trasie decydowały centymetry. Ale niestety auto zsunęło się w rozpadlinę i to zapoczątkowało lawinę zdarzeń. Mogę mieć pretensje tylko do siebie, ale nie mam ich wiele – pisze o Dakarze 2014.

Zaplanował trzyletni cykl startów w tym najtrudniejszym rajdzie i na razie waha się, czy pojechać w kolejnym.

DEWELOPER

Przedstawicielem dużego biznesu na Dakarze jest od kilku lat Rafał Sonik. Prywatnie szefuje ekipie Poland National Team, zrzeszającej prawie wszystkich Polaków na Dakarze i innych rajdach o podobnej charakterystyce.

Parzy dłonie o silnik swojego quada, pompuje benzynę ustami, jeśli zajdzie taka potrzeba. Zawodowo to prezes firmy Gemini Holdings, do której należą centra handlowe Gemini Park w Bielsku-Białej i Tarnowie. Wprowadzał na polski rynek British Petroleum, realizował projekty dla Géanta, Carrefoura, Tesco i Lidla. Szefuje kilkunastu spółkom i daje pracę 3 tysiącom ludzi.

Na quada wsiadł w sumie przypadkiem. Spodobało mu się, zaczął więc regularnie trenować i ścigać się. W roku 2009 pierwszy raz pojechał na Dakar i od razu, jako debiutant, wskoczył na podium. Od tej pory udowadnia, że to nie był przypadek. Jest w ścisłej, światowej czołówce. W 2010 skończył na 5. miejscu, rok później wycofał się z powodu awarii, kolejny start w Dakarze skończył się potężną awanturą i dyskwalifikacją Sonika za ponoć nieregulaminowe przeróbki. W tym rajdzie nigdy nie miał łatwo – jest najgroźniejszym konkurentem dla lokalnych rywali, braci Patronellich, o których mówi się z przekąsem, że „nawet kamienie na trasie im pomagają”.

Dakar 2014 Rafał Sonik skończył na drugim miejscu, ale spora część zawodników uważa go za prawdziwego zwycięzcę. Cieszy się szacunkiem zarówno jako biznesmen, sportowiec i filantrop.

W sumie szacunek należy się każdemu uczestnikowi Dakaru. Cieszy fakt, że rośnie grupa biznesmenów i zawodników, którzy w ten sposób wykorzystują chwilę wolnego czasu i ciężko zarobione pieniądze. Realizacja pasji zamiast lansowania się w kurorcie – to jest to.

Konrad Bagiński
[ext_img=o]1465[/ext_img]

" ["ancestor_id"]=> string(2) "56" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1417177236" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(3) "106" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(false) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1655" ["visits_counter"]=> string(4) "4615" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(3) "106" ["name"]=> string(18) "Oni nas inspirują" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "6" ["superbox_counter"]=> string(1) "6" ["title"]=> string(18) "Oni nas inspirują" ["about"]=> string(223) "Mężczyźni po 40., którzy osiągają sukcesy, to wielka inspiracja dla każdego dojrzałego faceta. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć lub kontynuować wielkie kariery i osiągać wspaniałe cele po czterdziestce!" ["keywords"]=> string(67) "bohater, dojrzali mężczyźni, sukces po czterdziestce, inspiracje" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(19) "0-oni-nas-inspiruja" ["lft"]=> string(3) "113" ["rgt"]=> string(3) "114" ["level"]=> string(1) "2" } } [14]=> array(49) { ["id"]=> string(4) "1609" ["slug"]=> string(26) "wzor-sportowca-i-czlowieka" ["dont_use_tags"]=> string(29) "badanie , akt , motor , klucz" ["title"]=> string(29) "Wzór sportowca i człowieka " ["avatar_description"]=> string(0) "" ["avatar_alt_text"]=> string(0) "" ["lead"]=> string(317) "„Jeśli masz iskrę, fantazję i motywację do walki, to wiek nie jest przeszkodą, jak w innych sportach. A wręcz pomaga, ponieważ im jesteś starszy, tym masz większą rutynę” – to dewiza 44-letniego Amerykanina Grega Hancocka, który nie tak dawno sięgnął po trzeci tytuł mistrza świata na żużlu. " ["has_superbox"]=> bool(true) ["has_superbox_main"]=> bool(true) ["has_superbox_sticker"]=> bool(false) ["superbox_content"]=> string(0) "" ["superbox_title"]=> string(12) "Greg Hancock" ["superbox_avatar"]=> string(20) "superbox_avatar_1609" ["body"]=> string(6322) "

[powiazane] Poprzednio zdobywał złoty medal indywidualnych mistrzostw świata na żużlu w roku 1997 i 2011. Jak mówi szczęśliwy i żartobliwy Greg Hancock, każdy tytuł smakował inaczej: „pierwszy był fantastyczny, drugi wspaniały, a ten jest nieprawdopodobny”. A tak na serio wszystkie są dla niego bardzo istotne, bo trzeba pamiętać, że po każdy z nich sięgał w innym czasie i momencie swojego życia. Teraz jest najszczęśliwszym facetem na świecie. Ma trójkę cudownych dzieci oraz wspaniałą małżonkę. „Czy można pragnąć czegoś więcej” – wyznaje Hancock, który w walce o tytuł zdystansował m.in. naszego Krzysztofa Kasprzaka. Gdy pochodzący z Kalifornii Greg zaczynał swoją przygodę z motocyklem, Polaka... nie było jeszcze na świecie.

[article_adv]

Człowiek bez wad. Prawie...

Dla Grega Hancocka czarny sport to całe jego życie, „oczywiście po dzieciach i rodzinie” – jak przyznaje w licznie udzielanych wywiadach. Po raz pierwszy siedział na motocyklu gdy miał siedem lat. A kiedy ten 44-latek zamierza pożegnać się z żużlowym torem? Z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nie wie. Dodaje, że codziennie wstaje rano z łóżka ze świadomością, że jest w stanie wygrać z każdym i to napędza go psychicznie i motywuje do ciężkiej pracy. Zresztą chyba trudno nie być szczęśliwym, gdy robi się to, co się lubi, a na dodatek, zarabia tak na życie. „Moja głowa jest zdecydowanie młodsza niż ciało i przestanę startować dopiero wtedy gdy uznam, że nie mam już szans na kolejny tytuł mistrza świata” – mówi Hancock i dodaje, że w tym sporcie wiek nie ma znaczenia, a wieloletnie doświadczenie pomaga wygrywać.

Jego zdaniem, z wiekiem każdy człowiek się uspakaja. W jego przypadku to absolutna prawda, bo gdy Greg był młodszy, to często kłócił się z rywalami z toru, sędziami czy mechanikami. Potrafił też rzucać ze złości narzędziami w parku maszyn. Teraz – jak mówi – wszystko traktuje już na spokojnie, gdyż eksplozja nerwów dekoncentruje i odwraca uwagę, od tego co jest najważniejsze dla dobrej jazdy. „Żużel nadal mnie bawi i dlatego w nim wciąż jestem. Kiedy wsiadam na motocykl, myślę tylko o tym, by wygrać kolejny wyścig” – wyznaje urodzony 3 czerwca 1970 roku Amerykanin.

Ten 44-latek wciąż imponuje świetną kondycją. A skąd czerpie te siły? „Piję dużo wody mineralnej” – ripostuje krótko Hancock. I to też część prawdy, bo niemal zawsze można zobaczyć go z butelką wody w ręce. W drugiej trzyma zazwyczaj komórkę. „On chyba nie ma wad. Czasami jedynie za długo rozmawia przez telefon” – mówią o nim ludzie z jego otoczenia.

Zapach bezpieczeństwa

Zawsze pogodny i wesoły. Jego ogromną zaletą jest to, że zawsze wprowadza świetną atmosferę. Jedna z jego ksywek to „Grin”, czyli szeroko uśmiechnięty. W Szwecji, gdzie mieszka na co dzień, nazywają Hancocka „szwedzkim Amerykaninem” lub „Mr Nice Guy”. W Hallstavik żyje z żoną Jennie i trzema synami: Wilburem, Billem oraz Karlem. Zimę zazwyczaj spędza w Costa Mesa w Kalifornii, skąd pochodzi.


[powiazane]„To wyjątkowy człowiek zarówno na żużlowym torze, jak i poza nim. Nie dziwcie się, że ten facet nie ma wrogów. Oprócz tego jest niesamowicie rodzinny. Najbliżsi są dla niego najważniejsi” – mówią o Gregu koledzy. A on sam dodaje, że bardzo istotną podstawą jego sukcesów jest udane życie prywatne. „W moim domu codziennie rano pachnie świeżą kawą i jest to zapach bezpieczeństwa” – wyznaje zadowolony z życia „Herbie” – to kolejna ksywka Amerykanina, nawiązująca tym razem do pianisty i kompozytora, Herberta Jeffrey'a „Herbie” Hancocka.

[article_adv]„Ukończył 44 lata, ale ma wyjątkowo młodą duszę. Chcecie go spytać o najnowsze triki we freestyle motocrossie czy wyniki Moto Grand Prix – proszę bardzo. Greg jest zakochany po uszy w życiu, motocyklach, ale przede wszystkim jest przyjacielem ludzi. Pewnie dlatego zaufał mechanikom z Wrocławia: Rafałowi Hajowi i Bogdanowi Spólnemu. Dwóch wrocławskich majstrów wkłada serce w pracę przy motocyklach Hancocka. Greg o tym wie. U niego w teamie równie istotna jest pasja jak i serce” – mówi Tomasz Lorek, komentator Polsatu Sport. Jedną z pasji Hancocka jest też gotowanie. Kiedyś, w planach był nawet program kulinarny, w którym główną postacią miał być Greg, wcielający się w postać kucharza. Szkoda, że na razie zaniechano tego pomysłu.

Żużlowa iskra nie gaśnie

44 lata, a „Herbie” jest wciąż nie do zdarcia. Nie dość, że po raz trzeci sięgnął po złoty medal IMŚ, to jest też zawodnikiem, który od początku cyklu Grand Prix – wyłaniającego mistrza świata, tj. od 1995 roku, opuścił tylko jedne zawody ze 180 rozegranych! Ta żywa legenda speedwaya jest też wicemistrzem świata z 2006 roku i brązowym medalistą w latach 1996 , 2004 i 2012. Z reprezentacją USA trzykrotnie sięgał też po tytuł Drużynowych Mistrzów Świata (1992, 1993, 1998). Być może do tej listy najważniejszych sukcesów, dojdą kolejne medale, bo Greg nadal czuje się świetnie i ani myśli kończyć bogatej kariery. Ale skoro mówi, że ma w sobie bardzo dużo żużlowej iskry i jeszcze nie czas na odcinanie kuponów, to można mu zaufać. W końcu to trzykrotny mistrz świata. I wspaniały człowiek!

Oto, jak 44-latek został po raz trzeci mistrzem świata:

Paweł Pluta
fot: Wikimedia, Jason mp

" ["ancestor_id"]=> string(2) "56" ["advimg"]=> string(0) "" ["lead_on_first"]=> bool(true) ["ctime"]=> string(10) "1414515056" ["gradation"]=> string(1) "0" ["gradation_sub"]=> string(1) "0" ["adv"]=> bool(false) ["signin"]=> bool(false) ["after18"]=> bool(false) ["art_category_id"]=> string(3) "106" ["is_gadget"]=> bool(false) ["vote_title"]=> string(0) "" ["with_advbox"]=> bool(false) ["advbox"]=> string(0) "" ["link_url"]=> string(27) "https://facetpo40.pl/forum/" ["link_info"]=> string(16) "Wejdź na FORUM!" ["link_alt"]=> string(0) "" ["download_file"]=> string(0) "" ["seo_title"]=> string(0) "" ["seo_description"]=> string(0) "" ["seo_keywords"]=> string(0) "" ["show_recommend"]=> bool(true) ["show_random"]=> string(1) "3" ["show_other_random"]=> string(1) "3" ["avatar"]=> string(19) "/avatar/avatar_1609" ["visits_counter"]=> string(4) "5038" ["comments_counter"]=> string(1) "0" ["published_active"]=> bool(true) ["published_start"]=> string(1) "0" ["published_end"]=> string(1) "0" ["recommended_end"]=> string(1) "0" ["like_counter"]=> string(1) "0" ["unlike_counter"]=> string(1) "0" ["photos_counter"]=> NULL ["ArtCategory"]=> array(18) { ["id"]=> string(3) "106" ["name"]=> string(18) "Oni nas inspirują" ["root_id"]=> string(1) "0" ["isleaf"]=> bool(true) ["video_gradation"]=> string(1) "0" ["gallery_gradation"]=> string(1) "0" ["index_gradation"]=> string(1) "0" ["isactive"]=> bool(true) ["position"]=> string(1) "6" ["superbox_counter"]=> string(1) "6" ["title"]=> string(18) "Oni nas inspirują" ["about"]=> string(223) "Mężczyźni po 40., którzy osiągają sukcesy, to wielka inspiracja dla każdego dojrzałego faceta. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć lub kontynuować wielkie kariery i osiągać wspaniałe cele po czterdziestce!" ["keywords"]=> string(67) "bohater, dojrzali mężczyźni, sukces po czterdziestce, inspiracje" ["use_gradation"]=> bool(false) ["slug"]=> string(19) "0-oni-nas-inspiruja" ["lft"]=> string(3) "113" ["rgt"]=> string(3) "114" ["level"]=> string(1) "2" } } } array(0) { }

Gorące tematy

facebook