Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Crème de la crème

Na luzie

Jeden mój kolega ze studiów opowiadał mi, że gdy przyjeżdżał do swojej babci, ta zwykła mu powtarzać: „Przed wojną, wnusiu, to i piasek był lżejszy”. Ponoć powtarzała to, podlewając przepalonym olejem silnikowym grządki za domem. Ponoć tak jej kazał nieboszczyk mąż, kiedy jeszcze żył. Ponoć dlatego, że po wojnie posadził tam specjalną i niewymagającą odmianę „czegoś tam” zwaną Schmeisser. I, że ponoć to wciąż najlepsza odmiana „tego czegoś” na ciężkie czasy.
Tekst nadesłany przez czytelnika.

Tagi: muzyka , koncert , rock , faceci do piór , hit

Cream reunion album
Cream tworzyli: Eric Clapton (gitara solowa, wokal), Jack Bruce (gitara basowa, harmonijka ustna, klawisze, wokal) oraz Edward „Ginger” Baker (perkusja)

Czy to prawda, czy jedynie wymysł mojego kolegi, nie wiem. I pewnie nigdy tego nie sprawdzę. Jednak, od jakiegoś czasu, kiedy w trakcie różnych czynności wracam myślami do przeszłości, przypomina mi się owa „złota myśl” babci z kieleckiego. Może dlatego, że mam już grubo ponad 40 lat i coraz więcej siwych włosów? A może dlatego, że coraz częściej wydaje mi się, że otaczający mnie świat stał się dla mnie zbyt szybki, zbyt nachalny i zbyt plastikowy. Zmiany, które kiedyś zajmowały całe dekady, dziś nie marnują nam nawet roku życia. I nie jest żadnym pocieszeniem fakt, że odchodzą w niebyt równie szybko jak przyszły.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że kilka tygodni temu na starej krakowskiej uliczce trafiłem do sklepu muzycznego pełnego muzyki z lat „kiedy to mój piasek był lżejszy”. Łażąc między regałami pełnymi Artystów Dawno Zapomnianych Przez Stacje Radiowe, zagadując sprzedawców (o dziwo, świetnie zorientowanych w tym, co sprzedają - co w dzisiejszych czasach jest rzadkością), przeczekałem w owym sklepie cały „Starłorsowy” kinderbal, na który zaproszono wówczas moja córkę.

Wtedy też przyszła mi do głowy myśl, by stworzyć taką CULTurową rubrykę, w której znalazłoby się miejsce dla wielkich artystów i ich utworów z czasów przed wynalezieniem smartfonów i YouTube’a. Z czasów, kiedy dźwięk zapisywano za pomocą winylowych rowków lub taśmy magnetycznej, słowa wędrowały na papier wśród stukotu starych Olimpii, Underwoodów czy Remingtonów, a obrazy utrwalano na kliszach Technicolor za pomocą trzech taśm i szlachetnych związków srebra.

Żeby była jasność, w żadnym wypadku nie mam zamiaru pomijać tych artystów, którym udało się tchnąć starego ducha w „zera i jedynki” systemu binarnego, wszak płyta CD i klawiatura komputera mają już kilkadziesiąt lat i rzesze wielkich zapisały na niej wiele niepowtarzalnych utworów.

Wiem też, że w takich „powrotach po latach” nazbyt często czai się ryzyko rozczarowania. Za każdym razem odczuwam tę obawę, że coś, co podobało mi się w młodości, dziś nie będzie miało już nic ze swojego czaru i pasji. Wszak sztuka to nie tylko dźwięki lub obrazy, ale wszystko, co nas otacza w trakcie ich słuchania czy oglądania. Ludzie, wydarzenia, nastrój, zapachy, uczucia - dosłownie wszystko. I niestety czasami dzieje się tak, że ten nieprawdopodobny, wspaniały film czy utwór, który nas „lepił” w młodości, po dwudziestu-trzydziestu latach okazuje się zwykłym kiczem i chałą. Bywa... Ja jednak honorem ręczę, że będę szczery „do bólu” i kiedy „perła z przeszłości” okaże się zwykłym knotem, przyznam to bez chwili zawahania.

Długo myślałem, co wrzucić na ten pierwszy ogień. Co takiego przypomnieć, czym zaskoczyć? I, jak to zwykle bywa - nie wymyśliłem… Za dużo tego wszystkiego…

Postanowiłem zatem zacząć od początku, czyli od zespołu, którego płytę nabyłem właśnie w owym małym sklepiku w dniu, w którym narodził się pomysł CULTury. I w ten prosty sposób wypadło na grupę Cream, a dokładnie na ich podwójny album z roku 2006, będący zapisem serii koncertów w Royal Albert Hall w Londynie w maju 2005 roku. Koncertów zagranych po 37 latach nieobecności zespołu na scenie, na które, o dziwo, bilety rozeszły się w niecałe dwie godziny.

Cream reunion

Cream tworzyli trzej muzycy najwyższego formatu: Eric Clapton (gitara solowa, wokal), Jack Bruce (gitara basowa, harmonijka ustna, klawisze, wokal) oraz Edward „Ginger” Baker (perkusja). Tych trzech ludzi stworzyło super grupę, która wytyczyła nowe ścieżki w historii muzyki. I, co najważniejsze, udało im się to w niespełna 2 lata, tyle bowiem istniał Cream. Wzorowali się na nich: Led Zeppelin, Deep Purple, Jeff Beck Band czy Black Sabbath. W tym krótkim czasie „na świat przyszły” utwory, które od 40 lat orbitują w centrum rockandrollowej galaktyki. „White Room”, „Sunshine of Your Love”, „Spoonfull”, „Crossroads” to tylko nieliczne hity zespołu. Pisząc “hit” mam na myśli stare znaczenie tego słowa, oznaczające utwór pozostający na szczycie przez całe lata, a nie jedynie przez długi weekend majowy.

Brzmienie koncertowe Cream jest absolutnie niepowtarzalne. Nieprzeciętne umiejętności każdego z muzyków pozwalały na improwizację w zasadzie każdego utworu studyjnego, co stało się wizytówką grupy i jednym z powodów jej ogromnej popularności. Samego Erica Claptona nikomu przedstawiać nie trzeba. Jednak może nie wszyscy wiedzą, że Edward „Ginger” Baker jest stawiany w ścisłej czołówce perkusistów wszechczasów i wraz z legendarnym Keithem Moonem (The Who) uważany za prekursora „wyciągnięcia” perkusji z drugiego planu i uczynienia zeń czołowego instrumentu. Do tego grał w sposób niezwykle ekspresyjny i widowiskowy. Łatwo można to sprawdzić np. na serwisie YouTube. A nieżyjący już Jack Bruce był niezwykle zdolnym basistą i wokalistą grającym z samym Frankiem Zappą czy Lou Reedem.

I, jak to bywa w takich okolicznościach, dość szybko okazało się, że trzy takie osobowości na jednej scenie - to o jakieś dwie za dużo. Konflikty na linii Baker-Bruce doprowadziły w konsekwencji do rozpadu Cream już po dwóch latach. Cóż, c'est la vie.

Album, o którym mowa, to zapis ostatnich wspólnych koncertów reaktywowanego specjalnie w tym celu naszego super tria: Clapton-Baker-Bruce. O tyle ciekawych, że choć każdy z członków zespołu przeszedł swoją długą drogę twórczą, to ich brzmienie po trzydziestu siedmiu latach jest tak samo imponujące i tak samo głośne, jak w czasach „starego” Cream. Zespół brzmi wspaniale, czas niczego nie zmienił i nie zepsuł. Wydanie zawiera wszystkie najsoczystsze kawałki, zaimprowizowane jak za najlepszych czasów. Jednym słowem – crème de la crème. Do tego to wspaniała płyta do jazdy samochodem. Najlepiej, żeby miał więcej niż 30 lat i nie był czechosłowacki.

Na koniec mała rada. Kto Cream zna, niech zaczyna od początku. Kto nie zna lub nie wie, czy zna, niech zacznie od drugiego krążka od numeru 4. Byle głośno!

DJ Classic

tekst ukazał się w Magazynie Off Roadowym Landlife

Wejdź na FORUM!
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook