Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Motorem dookoła Bałtyku

Motocykle

Motocykle Motorem dookoła Bałtyku

Naszą inspiracją do podróży była chęć odbycia podróży motocyklowej naszego życia, ale nie w miejsce gdzie jeździ wiele osób tj. na południe (Chorwacja, Włochy itp.), tylko na północ – gdzie pogoda bywa niepewna i tamtejsze kraje są mniej popularne. Dodatkowo tocząca się wojna separatystyczna na Ukrainie pogłębiła naszą chęć zwiedzenia Rosji, w przypadku utrudnień które odwiedzający ten piękny kraj może doświadczyć w związku z jej konsekwencjami. Dodatkowo wszyscy mówiący „jesteście niepoważni! Nie jedźcie przez Rosję! Tam jest niebezpiecznie!” tylko nas umacniali w naszym celu.

INFO

Nawigacja6

Tagi: motocykl , konkurs , wyprawa motocyklowa , trasa motocyklowa , wakacje na motocyklu

Motocykle Motorem dookoła Bałtyku

Oczywiście pojechaliśmy we troje. Ja, moja ukochana dziewczyna i druga równie wielbiona przeze mnie kochanka, czyli moja piękna Fazerka (Fz6 s2). Cała podróż zajęła nam 3 i pół tygodnia, ale pomimo tego, iż spaliśmy tylko i wyłącznie pod namiotem i zdarzyło się nam jechać w rzęsistym deszczu, każda ze spędzonych sekund była warta swojej ceny.

Planowana trasa:

Sosnowiec – Warszawa – Białystok – Kowno – Kłajpeda – Ryga – Tallin – Sankt Petersburg – Helsinki – Sztokholm – Kopenhaga – Hamburg – Szczecin – Gąski – Sosnowiec.

Wyruszyliśmy rano z Sosnowca śmiało przesuwając się po trasie łaknąc jak najszybciej opuścić naszą ojczyznę. Pogoda ok. 30 stopni, gorąco. Po przejechaniu cholernej Warszawy (chodzi o korki, które nawet motorem ciężko jest pokonać, a szczególnie w pełni obładowanym kuframi) dotarliśmy do odległego Białegostoku, gdzie niestety nie znaleźliśmy noclegu (oczywiście z racji tego że mieliśmy namiot niczego wcześniej nie zaplanowałem licząc na to, że wszędzie gdzie dojadę zastaniemy kemping). Znaleźliśmy jednak miejsce noclegowe u przyjemnej staruszki w uzdrowiskowym Supraślu.

Oczywiście, po przejechaniu pierwszych 480 km, pierwszą rzeczą którą zrobiliśmy było odwiedzenie najbliższego monopolowego. Niestety spożycie większej ilości napojów wyskokowych kosztowało mnie ogromnym rozwolnieniem dnia następnego. Wtedy po jakiś 30 kilometrach jazdy goniący za palącą potrzebą dojechałem na stację benzynową bez toalet, ale z barem, który posiadał toaletę ale czynną od 12.00, a na zegarku była dopiero 10:00. Nie mając innego wyboru przeskoczyłem ochoczo płot udając się na pole. Pech chciał, że popieścił mnie elektryczny pastuch (resztę dopowiedzcie sobie sami, wiadomo jak prąd wpływa na zwarte mięśnie). Na szczęście nie mieliśmy więcej przygód i szybko dotarliśmy do Kowna.

Po 1 dniu odpadały nam cztery litery więc tym razem trasa była krótka jakieś 140 km. Znaleźliśmy kemping przy trasie, z basenem, gdzie miło było wskoczyć po trudach jazdy. Niestety po uporaniu się z rozbiciem namiotu i zwiedzeniu urokliwego starego miasta sen przerwał nam „gang” estońskich motocyklistów, którzy co 5 minut na zmianę lub cała watahą odpalali swoje ryczące maszyny, pili alkohol i darli się w niebogłosy. Mimo tego, że całkiem spory ze mnie facet musiałem siedzieć cicho bo podróż długa i twarzy szkoda. Nazajutrz udaliśmy się do Kłajpedy, gdzie spaliśmy w leśnym kempingu przy plaży. Spotkaliśmy tam przemiła parę Holendrów, którzy jechali na zlot motocyklowy do estońskiej Jegowej. Facet wiózł tam własnoręcznie zrobiony stolik z Kawasaki GPZ.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook