Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Motocyklowa randka w… Kapadocji

Motocykle

Motocykle Motocyklowa randka w… Kapadocji

Wyobraź sobie, że kobieta poznaje mężczyznę przez aplikację randkową i nagle dowiaduje się, że jeździ on na motocyklu. No trudno, takie życie. I chociaż nigdy wcześniej nawet nie siedziała na dwukołowej maszynie z silnikiem, daje się zabrać na randkę do… Kapadocji.

Info:

Wyprawa motocyklowa randka

Tagi: motocykl , konkurs , motocyklista , wyprawy motocyklowe , wyprawa motocyklowa

Motocykle Motocyklowa randka w… Kapadocji

Dwa miesiące po poznaniu faceta, 17 dni siedzi za nim na GS-ie w kolorze kalamata, jedzie 6500km i zwiedza 13 krajów, żeby w końcu zakochać się i w mężczyźnie i w motocyklach… Tą wariatką byłam ja, a oto moja (nasza) historia.

Z Krakowa wyjechaliśmy pod koniec kwietnia, żeby przez kilka dni przejechać Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię. Rumuńskie góry przywitały nas śniegiem i zamkniętą częścią trasy Transalpina, ale im dalej posuwaliśmy się według planu podróży, tym robiło się cieplej i można było zrezygnować z podpinek i ciepłych rękawiczek.

Pierwszym ciekawszym przystankiem na trasie był Stambuł – miasto kontrastów, nieoficjalna stolica wszystkiego w Turcji. Przez półtorej dnia pobytu ominął nas na szczęście nocleg w hotelu, bo na miejscu mieszka przyjaciel Pawła, który udostępnił nam swoje mieszkanie w jednej z ciekawszych dzielnic miasta – Beyoglu. Piechotą byliśmy w stanie dojść do wszystkich najciekawszych zakamarków metropolii, więc nasze tyłki miały szansę odpocząć od siedzenia na motorze. Włóczenie się uliczkami Krytego Bazaru*, wąchanie przypraw, siedzenie na pięknych dywanach meczetów czy palenie nargili (turecki odpowiednik sziszy) w 300- letniej sziszarni, to tylko niektóre z atrakcji, które nas tam spotkały. Wszechobecne koty i rybacy na moście Galata tworzą klimat nie do podrobienia. Najedliśmy się kebabów, czyli niesamowicie przyrządzonego mięsa z dodatkiem np… pistacji, zasłodziliśmy baklavą i wchłonęliśmy kilkanaście tureckich herbat. To wszystko pozwoliło nam się zregenerować, by ruszyć w dalszą drogę…

*w tym miejscu należy zdementować możliwość przelecenia na motorze przez okno Krytego Bazaru kol. Jamesa Bonda w filmie Skyfall i nie potrącenia nikogo w zawsze obecnym tam tłumie…

Turcja dla motocyklisty to zarówno nudne autostrady jak i bardziej lokalne drogi. To barany przebiegające przed kołami jak i miejscowi mieszkańcy machający przyjaźnie z lokalnych kafejek. W mieście Konya znanym ze słynnych wirujących derwiszy, gdzie dojechaliśmy już późnym wieczorem dopadł mnie pierwszy poważny kryzys… Strasznie wymarzłam, więc mimo debiutu w jakże modnym wdzianku nazywanym ‘deszczowcem’ trzęsłam się z zimna. Okazało się, że w całej miejscowości nie ma ani jednego miejsca noclegowego oprócz… pięcio-gwiazdkowego hotelu, który pochłonąłby nasz cały wyprawowy budżet. Mieszkańcy Konyi to dosyć konserwatywni, religijni i nieco nieufni ludzie, więc z ich strony też nie mogliśmy liczyć na otwartość i gościnność. W końcu totalnie bez sił rozbiliśmy namiot w dość absurdalnym miejscu, bo na kawałku pola przy autostradzie. Łyk wina wiezionego z węgierskiego Egeru poprawił nam nieco humor, ale kiedy już prawie zasypialiśmy z równowagi wyrwało nas szczekanie psów i świecenie latarkami obok naszego obozowiska. Okazało się, że odwiedziło nas kilku zaniepokojonych mieszkańców, ale po oględzinach naszych wymęczonych twarzy i nie wyglądającego groźnie GS-a, odpuścili. Kolejnego dnia byliśmy już w drodze do głównego celu naszej podróży, czyli bajkowej Kapadocji.

Kapadocja okazała się być równie urokliwa jak na zdjęciach w internecie, mimo że jedno z drugim nie zawsze się pokrywa. Zwiedzanie dolin z niesamowitymi formacjami skalnymi motorem jest jak najbardziej do zrobienia. Musi to być jednak rumak przystosowany do jazdy w terenie. Największym zagrożeniem dla motocyklistów są w tamtych okolicach… żółwie łażące wzdłuż szutrowych ścieżek. W Kapadocji największą atrakcją są ponoć niesamowite loty balonem, ale dla nas niestety tylko ‘ponoć’… Mimo, że zdecydowaliśmy się na lot i wstaliśmy o barbarzyńsko wczesnej porze, silne wiatry pokrzyżowały plany – loty zostały anulowane. Zamiast tego weszliśmy do podziemnego miasta Derinkuyu, gdzie mieszkało kiedyś tysiące ludzi i piliśmy turecką herbatę pod wielkimi skalnymi fallusami, co było nie lada przeżyciem :-)

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (1) / skomentuj / zobacz wszystkie

Mirek
07 kwietnia 2016 o 00:03
Odpowiedz

Fajne. Wybieram się w podobną trasę w tym roku.

~Mirek

07.04.2016 00:03
1

Gorące tematy

facebook