Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

"Long Way Up" czyli 250-ką po Ameryce Południowej

Motocykle

Motocykle "Long Way Up" czyli 250-ką po Ameryce Południowej

Odkąd pamiętam moim największym marzeniem była motocyklowa wyprawa z Ushuaia na Ziemi Ognistej do Prudhoe Bay na Alasce, więc kiedy pojawiła się możliwość transportu motocykla do Ameryki Płd. natłok myśli, ekscytacja i bezsenność stały się moimi nieodłącznymi towarzyszami życia.

Info:

Wyprawa motocyklowa long

Tagi: motocykl , konkurs , motocyklista , wyprawy motocyklowe , wyprawa motocyklowa

Motocykle "Long Way Up" czyli 250-ką po Ameryce Południowej

Największym jednak problemem było przekazanie tego pomysłu mojej kochanej żonie, której cierpliwość tak namiętnie testowałem. Przecież miałem jechać do Afryki na ok. pięć tygodni, a tu taki "zwrot akcji". Przy tak dużym przedsięwzięciu okres pięciu tygodni byłby delikatnie mówiąc nieporozumieniem.

Koniec końców, po tygodniowej "bitwie", w której czułem się jak jeden z 300 Spartan w bitwie pod Termopilami zszedłem z pola walki z tarczą. Dostałem 3 miesięczne "zielone światło", więc przygotowania ruszyły pełną parą, czego finałem było umieszczenie w kontenerze płynącym do chilijskiego Valparaiso mojego rumaka Hondy CRF250L. Gdzieś wewnątrz czułem, że te trzy miesiące, kiedy będę już tam da się jakoś przedłużyć. Klasyczne, męskie podejście do sprawy.

Nie czekając aż motocykl dopłynie do wybrzeży Chile, trzy tygodnie przed rozpoczęciem astronomicznej zimy lądowałem w rozpalonym słońcem Rio de Janeiro. Tego miasta nie trzeba nikomu reklamować. Wspaniałe plaże jak Copacabana czy Ipanema, wzgórze Corcovado ze statuą Chrystusa czy "Głowa cukru" oraz wesoła natura Brazylijczyków, to najlepszy początek mojej wyprawy.

Rio nocą

Po tygodniowym pobycie w Rio, kolejnym przystankiem na mojej drodze były słynne wodospady Iguazu. Woda opada tam z blisko 70 progów skalnych z czego najwyższy ma 82 m. wysokości. Odwiedziny z obydwu stron brazylijskiej i argentyńskiej utwierdziły mnie, że wpisanie ich na listę nowych siedmiu cudów natury było posunięciem jak najbardziej trafionym. Już na drugi dzień dostałem się "miasta miast" jak się o nim mówi czyli stolicy Paragwaju Asuncion. Ta jedna z najstarszych hiszpańskich osad było bazą wypadową kolonialnych ekspedycji, które zakładały miasta na podbitych terenach. Dwudniowe zwiedzanie Asuncion zakończyłem w momencie, w którym wsiadłem do autobusu jadącego poprzez Paragwaj, Argentynę do Valparaiso gdzie moja przygoda miała się zacząć na dobre.

Po odebraniu motocykla, w dniu kiedy wszyscy zasiadali do wigilijnych stołów, ja zasiadłem na siodło mojej 250-tki i ruszyłem na południe. Kierunek Patagonia!

Ponieważ moje wyprawy zawsze trzymają poziom już na drugi dzień zorientowałem się, że zgubiłem kartę kredytową, jedyną jaką ze sobą zabrałem. Na szczęście nauczony doświadczeniem, zawsze noszę przy sobie gotówkę rozmieszczoną w różnych miejscach, w walucie wymienialnej na całym świecie czyli amerykańskich dolarach. Tym razem była to suma 2 tys., a przy moim ulubionym stylu włóczenia się "na Polaka" czyli zobaczyć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem wyliczyłem, że suma ta powinna mi wystarczyć na pokonanie Patagonii w obydwie strony, dojechanie do Ziemi Ognistej i powrót do Valparaiso, gdzie będzie czekać na mnie nowa karta wysłana z Polski.

Podróżując samotnie przez Patagonię tak naprawdę nie jest się samemu. Ma się wiernego przyjaciela, który im bardziej na południe, coraz silniej podkreśla swoją obecność, a jego imię to Vientos Patagonicos czyli patagoński jak go pieszczotliwie nazwałem "zefirek". Dzięki niemu dowiedziałem się, że jadąc motocyklem pochylonym pod dużym kątem można wciąż jechać prosto i że rozbijanie namiotu w Patagonii zajmuje dwa razy więcej czasu, no chyba, że ktoś jest mistrzem w rozkładaniu namiotu w locie. Dowiedziałem się również, że w oczekiwaniu na paliwo można spędzić na stacji benzynowej cały dzień oraz kiedy pewnego ranka, gdzieś na odludziu Ruty 40 mój rumak odmówił posłuszeństwa, że motocykliści bez względu na narodowość i kto jaka maszynę dosiada chętnie sobie pomagają. Świadomość, że ten obszar, nieustannie smagany huraganowymi wiatrami pozostaje niezmieniony od milionów lat, a jedynym śladem ludzkiej ingerencji jest ta cienka, asfaltowo-szutrowa nitka uświadamiała mnie jak kruchą i mało znaczącą istotą jest człowiek wobec potęgi natury.

 

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook