Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

W pułapce narcyzmu

Męska psychologia

Facet mówi: ''Duszę się w tym związku'' – i po kilkunastu latach małżeństwa zostawia żonę, by oddychać wreszcie pełnią życia, którą ona wraz z dziećmi mu zabrała. Dojrzał do tej decyzji na terapii. Kto zna koncepcje psychologiczne, które ukształtowały dzisiejszych 40-latków, nie dziwi się takiej scenie.

Tagi: psychologia , samorozwój , samoocena , męska psychologia

Narcyzm
Nasze pokolenie zostało wychowane na egoistów?

Nie mówimy „komuno, wróć!”. Przyznajmy jednak szczerze: żelazna kurtyna oddzielała nas nie tylko od rzeczy pożądanych, jak wolność słowa i pełne półki w sklepach, ale też od szkodliwych i bezdennie głupich. Należy do nich iście religijny kult wysokiej samooceny, rozpowszechniany w Ameryce od lat 60. XX wieku. Jego przekaz brzmi: myśl o sobie pozytywnie, jesteś z natury dobry, wszelkie patologie biorą się z rodziny. Idź za swoją pasją. Dąż do samorealizacji bez poczucia winy i wstydu, nawet kosztem innych.

Teza przypadła do gustu tzw. elitom rządzącym, które uwierzyły, że jeśli cała populacja zacznie postrzegać się w pozytywnym świetle, nawet socjopaci zamienią się w prawych i posłusznych obywateli – znikną akty przemocy, niechciane ciąże nastolatek, alkoholizm, narkomania i przestępczość. Pod presją polityków w zachodnim systemie edukacji doszło do inflacji ocen – leniwe dzieci już nie musiały czuć się gorzej od prymusów. Zlikwidowano kary i wprowadzono nagrody za samo uczestnictwo. Zamiast wypracowań o „Mobby Dicku”, uczniowie pisali listy cech, za które kochają siebie. Indoktrynacją objęto nawet przedszkolaków. „Najważniejszą osobą na całym świecie jesteś ty” – śpiewały maluchy w programie „Ulica Sezamkowa”. Przez długi czas nikt nie dostrzegał, że tak się wychowuje społeczeństwo egoistów.

Ten nurt psychologii – nazywany „selfizmem” (od angielskiego self – jaźń, ja) – nawet dziś ma liczne grono zwolenników w krajach rozwiniętych. Jednocześnie przybywa w nich krytyków, którzy przekonują, że wysoka samoocena wcale nie jest lekiem na całe zło. Obalają oni popularny pogląd, że pewni swoich zalet ludzie lepiej sobie radzą w życiu i powodują mniej problemów. Zdaniem przeciwników kultu „ja” dojrzalej postępują osoby świadome swoich braków, a nawet z kompleksem niższości.

Moda z korporacyjnego Zachodu

A teraz krótka wycieczka w przeszłość. Do Polski selfizm dotarł na początku lat 90. razem z wolnym rynkiem. W PRL nie było dla niego miejsca, bo komuna – przynajmniej w deklaracjach – gloryfikowała kolektyw. Tą drogą poszła też „Solidarność” – sama nazwa ruchu akcentowała wspólnotę, zbiorowe zaangażowanie i odpowiedzialność za innych, czyli wartości, które stoją w opozycji do kultury współczesnych korporacji.

Kapitalizm, który wdrażaliśmy zaraz po 1989 roku, miał charakter krwiożerczy, XIX-wieczny. Doskonale więc pasował do niego krańcowy indywidualizm – korporacje wyniosły na piedestał jednostkę, zwłaszcza bezwzględną, dbającą o swój interes, umiejącą rozpychać się łokciami. Dorobkiewicze i karierowicze (pogardliwie zwani „japiszonami”) zabijali w sobie wszelkie uczucia wobec drugiego człowieka, bo groziły one nadkruszeniem własnego „ego”. Kto nie umiał zwinnie ślizgać się na fali transformacji ustrojowej, uznany zostawał za „ofiarę”, „przegrańca” i „życiową pierdołę”. Współpracę zastąpiło wzajemne podgryzanie się, prawo dżungli. Eleganci w dobrze skrojonych garniturach walczyli z sobą równie bezwzględnie jak nasi prymitywni przodkowie z jaskiń.

Modę na samouwielbienie szybko podchwycili mówcy motywacyjni, trenerzy biznesu i autorzy poradników dla przyszłych milionerów, zdawszy sobie sprawę, że atmosfera pochlebstw i braku wymagań to coś, czego ich odbiorcy potrzebują najbardziej. Tajemnicę sukcesu wyjaśniali krótko: „Wystarczy tylko chcieć”. Chwalili tych, którzy do majątku doszli bez wysiłku i pracy, samą swoją wyjątkowością.

Kultu wysokiej samooceny nie odrzuciliśmy do dzisiaj – i tym się właśnie różnimy od Ameryki, która powoli zaczyna kwestionować filozofię bezkrytycznego uznania siebie.

W pracy go pełno, w domu gość

Selfizm podsyca ambicje, pomaga w karierze. Dla życia prywatnego, relacji i bliskości jest jednak zabójczy. W magazynie „Pismo” Łukasz Najder (ur. 1976) wspomina ojców z epoki PRL, którzy „mówili »kapewu?«, nosili pekaesy, jarali sporty w dulawkach, żytnią pili setkami” i „podkręcali statystykę zgonów wśród czterdziestolatków”. Mieli problem z patriarchatem. „Nie tykali czynności, które uważali za niegodne mężczyzny”. Trudno tych dżentelmenów stawiać komukolwiek za wzór. A jacy są współcześni faceci? Pokazuje to internetowy mem: mężczyzna rzeźbi na siłowni swoją sylwetkę. Obok jego syn trzyma na rękach niemowlę i narzeka: „Tato, jestem zmęczony opieką nad bratem”. Ojciec na to: „Patrz, synu, 230 kilogramów na nogi. Jestem Bogiem”. „Jestem głodny, tato” – skarży się malec. „Ale ze mnie przystojniak!” – mówi ojciec.

Za komuny faceci uciekali w „przedwczesne zawały, dojrzałe marskości wątroby, galopujące nowotwory płuc”. Dzisiejsi wybierają przeciwny kierunek: nadmierną troskę o siebie, samouwielbienie, narcyzm. Ale to też jest ucieczka i przejaw niedojrzałości. Pokolenie „Włodków, Gienków, Franków, Zdzichów i Staszków” przynajmniej udawało, że się przejmuje rolą głowy domu. Biła z nich pańskość – zauważa Najder.

Obecny negatywny wzorzec to dorosły podszyty dzieckiem – jest tatą kolegą, mężem przyjacielem. Gdy rodzina wymaga, by stał się kimś więcej niż kumplem, on odchodzi – w imię swojego prawa do szczęścia, wolności i samorealizacji. A jeśli nawet zostaje, trudno liczyć na jego zaangażowanie. W domu jest rzadkim gościem, bo praca, awans, kariera... Psycholog Wojciech Eichelberger jeszcze kilka lat temu twierdził, że chodzi nie o ilość czasu poświęconego rodzinie, lecz o jego jakość, intensywność. Czy jednak nasi bliscy naprawdę zadowolą się 15 minutami dziennie, które łaskawie znajdziemy dla nich w swoich napiętych kalendarzach?

Zadufanie jak czerwona lampka

Dlaczego powinniśmy zwalczać w sobie kompleks wyższości? Po pierwsze: chodzi o nasze zdrowie. Szczególne nagromadzenie narcyzmu sprawia, że tworzymy coraz mniej trwałe związki. Rozprzestrzenia się epidemia samotności. Społeczna izolacja jest równie niebezpieczna jak bieda i dwa razy groźniejsza niż otyłość, przez co zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci – alarmuje psycholog John Cacioppo.

Po drugie: powinniśmy chronić się przed rozczarowaniem. Iluzja niezwykłości to bomba z opóźnionym zapłonem. „Bez sensu jest, kiedy uczniowie są pełni poczucia własnej wartości przy jednoczesnym braku wiedzy” – ostrzega amerykański psycholog Paul Vitz, który ukuł termin „selfizm”. Gdy odkryją swoją ignorancję, poczują się oszukani, a ich samoocena spadnie na łeb na szyję.

Po trzecie: podejście „co to nie ja” skutkuje tym, że osiadamy na laurach. Przez wygłupy z samooceną staramy się mniej, często przekreślając swoje szanse na sukces. Zadufani w sobie studenci są leniwsi od swoich skromnych koleżanek i kolegów – opuszczają wykłady, rzadziej zaglądają do podręczników, nawet w czasie sesji mocno imprezują. Łatwo określić, kto częściej oblewa egzaminy i wylatuje ze studiów.

Wreszcie po czwarte i (dla społeczeństwa) najważniejsze: wbrew politykom wiara w siebie nie dławi przestępczości, patologii, nałogów, ale je podsyca niczym ogień. Ludowa mądrość głosi, że dzięki wysokiej samoocenie stajemy się dla siebie życzliwsi, bardziej otwarci i tolerancyjni. Nic bardziej mylnego. „Narcyz słabo rozpoznaje cudze potrzeby” – pisze w książce „Nowoczesność i tożsamość” Anthony Giddens. Kumulacja zafiksowanych na swoim punkcie jednostek przekłada się na masową znieczulicę i agresję. Selfizm odpowiada za większość problemów psychospołecznych – utrzymuje brytyjski socjolog.

Do identycznych wniosków doszedł amerykański socjolog Martin Sánchez-Janowski, który przez 10 lat obserwował gangi. Jak ustalił, ich członkowie na ogół przeceniają swoje zalety i słyną z nieokiełznanej chełpliwości. To przerośnięta duma wpędza ich w kłopoty i jest źródłem cierpienia dla innych. Wskazuje na to przypadek Luke’a Woodhama, który w wieku 16 lat zabił swoją matkę i dwóch kolegów. Odkryto u niego typowo narcystyczne cechy: rozdęte „ego”, arogancja, brak empatii. „Czy to ważne, by mieć o sobie wysokie mniemanie?” – zastanawia się amerykański publicysta Dinesh D’Souza. „Nie jestem pewien. Kiedy ogarnia mnie zadufanie, natychmiast zapala mi się czerwone światełko, bo wiem, że zaraz zrobię coś głupiego”.

Mimo że od zmiany ustroju w Polsce mija 30 lat, kult „ja” kwitnie. Ciągle pozostajemy na etapie dziecięcego przekonania z „Ulicy Sezamkowej”, wedle którego „jesteś najważniejszą osobą na świecie”. Pora wydorośleć – i przyjąć do wiadomości, że prawdziwy sukces wymaga nie zawyżonej, ale realistycznej oceny siebie.

Miro Konkel

Wejdź na FORUM!
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook