Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Z czego będzie Wałęsa?

Książka, film

Książka, film Z czego będzie Wałęsa?

Nie będzie to człowiek z żelaza ani z marmuru. Ale na pewno ze szlachetnych kruszców - zapewnia Andrzej Wajda w rozmowie o legendzie Lecha Wałęsy i powstającym właśnie o nim filmie.

Tagi: film

Książka, film Z czego będzie Wałęsa?

Wiem, że filmowcy nie znoszą opowiadać o filmie w trakcie realizacji, ale sprawa jest tak ważna, że nie wytrzymałem. Jak się ma „Wałęsa“?

Znoszą, nie znoszą. Na szczęście tak się złożyło podczas mojego życia, że polska publiczność interesowała się polskimi filmami. W związku z tym, czy nam się to podobało, czy nie, trzeba było o filmach rozmawiać, bo było jakieś oczekiwanie. Nie na wszystkie filmy, to zrozumiałe. Ale jednak polskie kino poruszało tematy bliskie sercu naszej widowni, budzące dyskusję, a czasem sprzeciw.

Za temat budzący większe dyskusje niż Wałęsa chyba nie mógł Pan się obecnie zabrać.

Tak. A do tego w międzyczasie wyszła książka pani Wałęsowej. Niech pan sobie wyobrazi, że miałem taki moment, kiedy zachciałem zrobić film o Wałęsie z punktu widzenia pani Danuty. Czyli właściwie o niej, a on byłby gdzieś w tle. Po prostu szukaliśmy jakiegoś haka – jak tu takiego człowieka niezwykłego, że tak powiem, przenieść na ekran. Uznałem jednak, że to na mnie pada, żeby opowiedzieć o samym Wałęsie, a panią Danutę pewnie sfilmują inni. Mają przecież fantastyczny materiał, o którym myśmy na początku pracy nawet nie marzyli.

Można powiedzieć, że już pod sam koniec waszych prac scenariuszowych wszystko nagle się zmieniło. Pani Danuta wyrosła nam na potężną postać, godną własnego filmu.

Tak, ale kiedy inni będą kręcić o niej film, będą już mieli punkt odniesienia w postaci mojego filmu. I myślę, że to nie jest łatwa sytuacja.

Ale i nie najgorsza. Będzie już można z kimś dialogować. Na jakim etapie prac nad filmem jest Pan w tej chwili?

Mamy nakręcone dwie trzecie filmu. Ten materiał jest obecnie montowany i czekamy na dalszy ciąg zdjęć. Przed nami całe sekwencje sierpniowe, na które oczywiście nie będziemy czekać do sierpnia, bo chcemy jesienią pokazać film w kinie. Jak tylko trochę się zazieleni, od razu będziemy udawać, że już jest sierpień, jedziemy do stoczni i kręcimy sceny z sierpnia 1980 roku plus trochę dodatków.

To, co zapowiadał Pan przed zdjęciami, to jedna sprawa, ale doskonale wiadomo, że w trakcie zdjęć niemal każdy projekt się zmienia. Jak teraz zapowiada Pan „Wałęsę“? Wcześniej mówił Pan, że to na pewno nie będzie „człowiek z marmuru“, ani „człowiek z żelaza“. Zatem z czego?

Jak najbardziej będzie to Wałęsa ze szlachetnych kruszców, bo o takim Wałęsie chcę zrobić film. Wie Pan, mi się nie podoba, że tak brzydko się z tym Lechem dziś obchodzą. W jakimś sensie to rozumiem, ale nie mogę się z tym pogodzić. Pamiętam taką sytuację z Piwnicy pod Baranami, kiedy Wiesio Dymny wychodził na scenę i mówił taki tekst: „Kowalski odniósł sukces. On go tu jeszcze w zębach przyniesie.“ To jest punkt widzenia tych, którzy napadają na Lecha. A ja go widziałem w pięknych chwilach 1980 roku. Potem próbowałem mu nawet jakoś pomagać. Myślę, że nie ma człowieka na każdy sezon i dlaczego mielibyśmy od niego tego żądać? Tego, co było do zrobienia, nie mógł zrobić nikt inny. Tak, jak nikt inny nie mógł w Polsce odegrać tej roli, którą odegrał Kościuszko. A przecież innych nie brakowało, którzy z racji swoich wcześniejszych możliwości powinni być w stanie coś zrobić, choćby książę Józef Poniatowski. A tu nagle okazało się, że wyskakuje jakiś oficer ze szkoły oficerskiej. Tak samo stało się z Lechem. Tylko on mógł odegrać tę rolę, bo tylko robotnik mógł rozmawiać z robotniczą władzą. Tyle że nikt nie przypuszczał jakie będą konsekwencje. Robotnicza władza na tyle miała umysły opanowane ideologią, że w swoim przekonaniu rozmawiała z robotnikiem przez siebie wychowanym. A on był wprawdzie wychowany w tym systemie, ale w negacji do niego, bo system nie dawał mu szansy godnego życia.

Pierwotnym zamierzeniem było zakończenie filmu na przemówieniu w Kongresie USA. Czy coś się w tej kwestii zmieniło?

Trzymamy się zakończenia w Kongresie. Problem polega na tym, że w tym czasie, w tych 20 latach przewaliło się wszystko, również dosłownie, bo i mur berliński padł i odwróciła się sytuacja polityczna w Związku Radzieckim i w całej europie wschodniej. To jest dzieło Lecha. Ale jak to pokazać w jednym filmie? Dlatego tak ciągle przestępuję z nogi na nogę i pytam, co jest ważniejsze.

To materiał raczej na serial.

Ale serial i tak powstanie. Nie powiem która, ale jedna z dużych telewizji jest zainteresowana, żebyśmy zrobili trzy-,czteroodcinkowy serial, który oni sobie za jakiś czas pokażą. W związku z tym, że mamy tak dużo materiału i spore chęci, żeby jak najwięcej pokazać, nie odrzucamy tej propozycji. Tyle że film od kina ma inne wymagania. Muszę myśleć o tym, jak opowiedzieć historię, która maksymalnie zawierałaby się w 120 minutach. A to już jest chyba długi film. To jest zresztą ciekawe – jakie jest pańskie zdanie na ten temat? W kinie ciągle mamy różne mody. Albo metraż się wydłuża, albo nagle wszyscy chcą kręcić krócej. Jaki jest dziś Pańskim zdaniem trend?

Dwie godziny to nadal przyzwoity metraż, ale zaskoczę Pana może informacją, że na tegoroczny festiwal w Gdyni zgłoszono przede wszystkim filmy, które nie mają nawet 90 minut. Normalny metraż to jakieś 75-80 minut i chyba tylko jeden film przekroczył 2 godziny.

No właśnie mówię! Jest moda na skracanie. Zaraz filmy będą do pół uda. Ja zresztą też bym tak wolał – godzinę i dziesięć minut i do domu. Oczywiście w przypadku „Wałęsy“ to nie jest mój problem. Gdyby to był jakiś tam dramat psychologiczny, to wszystko zależy wtedy ode mnie, co i jak chcę opowiedzieć. Ale to film historyczny i wymagania są inne.

Miesiącami toczyły się dyskusje o tym kto zagra główne postaci. Teraz już dawno się to zweryfikowało. Lecha Wałęsa to Robert Więckiewicz, Danuta Wałęsa to Agnieszka Grochowska. Jak po kilku tygodniach zdjęć pan ocenia swój wybór?

Jestem szczęśliwy. Mówię szczerze, jestem szczęśiwy. Nie tylko z tego powodu, że grają u mnie wspaniali artyści. Również z tego powodu, że po prostu są dziś tacy aktorzy. Wie Pan, kiedy myśmy przed laty stawiali z Kawalerowiczem, Munkiem, Hasem te wszystkie wyzwania tamtym aktorom, to oni byli w potrzasku. Musieli jakoś znaleźć się w tych wszystkich cudownych, dziwnych rolach, do tego zwykle dobrze napisanych, bo przeniesionych z literatury. Teraz jest inaczej. Dobrych ról nie ma aż tyle. Od ponad roku nie miałem filmu i pomyślałem sobie, że skoro aktorzy nie mają dziś zbyt wielu dobrych ról, to nie mają jak ćwiczyć, czyli nie mogą jednak być aż tak dobrymi aktorami. Okazało się, że nie – myliłem się. Czyli może Pan przy okazji festiwalu w Gdyni odetchnąć, bo wychodzi na to, że dziś aktorzy grając mniej ważne role, zbierają po prostu siły i szykują się, żeby dać jeszcze więcej, kiedy mają zagrać te ważniejsze. Więckiewicz jest dla mnie aktorem zdumiewającym. Kiedy aktor ma taki sukces, to często – jak to mówią dzieci – odpuszcza sobie. A on nie. Jego ambicje przerastają wszystko co zrobił i wszystko co robi. On zmierza w moim filmie do czegoś niezwykle trudnego. To nie będzie po prostu portret Lecha. On nie chce go zimitować. On chce zagrać tak, żeby być bardziej wyrazistym od Lecha. I muszę powiedzieć, że patrzę na to z zachwytem. Chciałbym, żeby i widzowie tak to zrozumieli.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook