Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Serial „Prawo ulicy” po latach. Wracamy do kultowego „The Wire”!

Książka, film
|
09.01.2022

Jeden z najwyżej ocenianych seriali w historii telewizji – „Prawo ulicy” – zadebiutował, aż trudno w to uwierzyć, dwie dekady temu. Postanowiliśmy przypomnieć sobie produkcję, która kilkanaście lat temu zachwycała i zbierała znakomite recenzje. Czy przetrwała próbę czasu?

Tagi: seriale

„Prawo ulicy” - zdjęcie bohaterów
Bohaterowie serialu „Prawo ulicy”

Gdy padnie pytanie o najlepsze seriale w historii stacji HBO, wiele osób odpowie, że w czołówce znajduje się „Prawo ulicy” (ang. „The Wire”). To produkcja, która wcale nie powstała po to, żeby porywać tłumy widzów. Warto nadmienić, że początkowo wcale nie porwała, ponieważ oglądalność pierwszych sezonów była niezwykle skromna. Mimo bardzo przychylnych recenzji, które napływały z całego świata. To fenomen serialu Davida Simona, którego pierwszy odcinek zadebiutował 2 czerwca 2002 roku i ostatecznie doczekał się pięciu sezonów, co przełożyło się na 60 epizodów trwających od 55 do 60 minut. Innymi słowy – sporo oglądania!

Popularność i uznanie dla „Prawa ulicy” rosły z biegiem czasu, nawet po premierze finałowego epizodu. Bo to nigdy nie był serial łatwy w odbiorze. Wymagał czasu i odpowiedniej dojrzałości. Choć określono go mianem „kryminału”, nawet sam twórca przyznał, że jest to uproszczenie na potrzeby telewizyjnej promocji. Że serial opowiada o „amerykańskich miastach i o tym, jak żyjemy ze sobą. O tym, jak instytucje wywierają wpływ na jednostki. Nieważne, czy ktoś jest policjantem, dokerem, dilerem narkotyków, politykiem, sędzią czy prawnikiem, musi godzić się na kompromisy i zmagać się z tym, czego chcą instytucji”. I tak to mniej więcej wygląda – to znacznie ambitniejsze dzieło, niż większość tradycyjnych kryminałów opowiadających o porachunkach mafijnych. Bo „Prawo ulicy” skupia się na wielu innych sprawach, jak chociażby polityka czy media.

Wydaje się, że właśnie z tego powodu serial HBO uznawany jest obecnie za jedną z najlepszych serialowych produkcji XXI wieku. Sęk jednak w tym, że od premiery pierwszego odcinka minie niedługo 20 lat, co oznacza, że możemy mówić o produkcji relatywnie starej. A konkurencja przecież przez ten czas nie spała. Dlatego właśnie postanowiłem po latach wrócić do „Prawa ulicy”, które kiedyś zrobiło na mnie kolosalne wrażenie...

„Prawo ulicy”, czyli serial jedyny w swoim rodzaju

Pamiętam, że te kilkanaście lat temu miałem z „Prawem ulicy” pewien problem. Mianowicie – choć wiedziałem, czytając wcześniej recenzje, że złapie mnie ta produkcja za gardło – początek jest monotonny i można odnieść wrażenie, że nic się nie dzieje. Po latach, oczywiście wiedząc o tym problemie, znów dałem się zaskoczyć. Pierwsze odcinki, nie będę bał się tego napisać, mnie wynudziły. Ale znów potwierdziło się to, co wtedy – warto było czekać! Bo to przygrywka, wprowadzenie, które jest niezbędne, żeby móc zrozumieć i pochłaniać opowieść stworzoną przez Simona na jego warunkach. Warto i trzeba przetrwać te kilka godzin pozornej nudy, żeby móc dać się znokautować temu, co nastąpi później. A przecież, wiedząc jak będzie, nie powinien dać się powalić na deski. A jednak się dałem, co chyba najlepiej dowodzi, że serial nawet po 20 latach może robić niesamowite wrażenie.

Bo ta wielowątkowa, złożona i świetnie przemyślana opowieść o Baltimore – mieście grzechu i ciągłej walki dobra ze złem, której nikt nie może wygrać – nadal zachwyca. Powodem jest jej uniwersalizm, a nie wgniatająca w fotel realizacja. Bo „Prawo ulicy” stoi klimatem, dialogami i fabułą, a nie przesadnie rozbudowanymi sekwencjami strzelanin czy pościgów. One są, ale w odpowiednich proporcjach. Takich, żeby zdawało nam się, że oglądamy serial dokumentalny o przestępczości w pewnym amerykańskim mieście, a nie hollywoodzką „nawalankę”, z której niewiele wynika. Bo twórcom zależało na tym, żeby pokazać ten zepsuty do szpiku kości świat. Świat policjantów i przestępców, którzy nigdy nie są jednowymiarowi.

Wszyscy bohaterowie mają swoje wady i zalety, silne i słabe strony. Wszyscy mają jakieś motywacje oraz problemy, które popychają ich do robienia takich, a nie innych rzeczy. Produkcja wzbrania się wręcz przed tym, żeby pokazywać ludzi do szpiku kości dobrych i do bólu złych. Bo takich zwykle między nami nie ma. Są tacy, którzy podejmują określone działania, żeby przetrwać, żeby zarobić i uciec, żeby w końcu zapewnić byt swojej rodzinie. I właśnie o takich sytuacjach opowiada „Prawo ulicy”. Jednocześnie pokazuje, jak – niczym marionetkami na sznurkach – wszystkimi sterują skąpani w korupcji politycy, dla których liczy się tylko własna sprawa. To złożony i boleśnie prawdziwy obraz amerykańskiego społeczeństwa początku XXI wieku. Społeczeństwa podzielonego, naznaczonego przez szeroko rozumiany rasizm i brak akceptacji. Spaczonego przez nierówności społeczne i gospodarcze. Choć produkcja opowiada o czasach, w których powstawała, czyli o pierwszej dekadzie XXI wieku, wiele problemów w niej opisanych jest aktualnych nawet dziś. I to niekoniecznie jedynie w Stanach Zjednoczonych.

"Prawo ulicy" - bohaterowie
 „Prawo ulicy”: kadr z serialu

Wracać, wracać i – jeszcze raz – wracać!

Nie tylko uważam, że powrót do „Prawa ulicy” był dobrym pomysłem. Uważam, że każdy, na kim ten serial kiedyś zrobił wrażenie, powinien obejrzeć go raz jeszcze. Tym razem analizując przez pryzmat obecnych czasów, a także swoich doświadczeń nabytych od czasu pierwszego kontaktu z produkcją HBO. Odbiór serialu będzie jeszcze bardziej intensywny, jeszcze pełniejszy. Bo historia opowiedziana przez Simona zyskuje z czasem nowe znaczenia i nowe poziomy, a jednocześnie jest ciekawą analizą historyczną – tego, jak wyglądał „amerykański sen” dwie dekady temu.

Nie powiem, że obecnie nie tworzy się seriali równie ciekawych, ale wydaje się, że żadna z najnowszych produkcji z tego gatunku nie dorównuje „Prawu ulicy”. Na poziomie złożoności fabuły, wielowymiarowości prezentowanych postaci i analitycznej głębi. Bo w serialu HBO nie ma wielkich gwiazd kina, nie ma niesamowitych efektów specjalnych czy niebywałych scenografii. Wszystko jest surowe, ale jednocześnie niesamowicie realistyczne, sugestywne i przekonujące. Właśnie dlatego produkcja uznawana jest za jedną z najlepszych w całej historii telewizji. Pod wieloma względami, o których wspomniałem wyżej, nie ma sobie równych nawet z dzisiejszymi serialami, które produkowane są z wykorzystaniem kilkukrotnie wyższego budżetu.

Serial „Prawo ulicy” obejrzeć można na platformie HBO Go. Wydany został również na DVD.

Michał Grzybowski

Wejdź na FORUM!
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie