Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

„Jak pokochałam gangstera” – recenzja polskiego filmu sensacyjnego Netfliksa

Książka, film
|
05.01.2022

Po sukcesie filmu „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” Maciej Kawulski postanowił pójść za ciosem i ponownie zagłębić się w gangsterski świat. Efektem tego jest film, który zadebiutował na platformie Netflix 5 stycznia. Czy odniesie równie spektakularny sukces?

Tagi: film dla faceta po 40.

„Jak pokochałam gangstera” - zdjęcie z filmu
Tomasz Włosok, czyli odtwórca głównej roli w filmie „Jak pokochałam gangstera”

Trzeba powiedzieć sobie szczerze – film „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” to naprawdę udane kino sensacyjne, w którym Maciej Kawulski pokazał kilka interesujących rozwiązań, jednocześnie czerpiąc – ale nie bezczelnie zrzynając – od najlepszych. Produkcja spotkała się z ciepłym przyjęciem, a także naprawdę dobrymi recenzjami. W 2019 roku o filmie było głośno. Całkiem zresztą słusznie.

Nakręcony sukcesem filmu Kawulski niedługo później zapowiedział powstanie sequela, który miał zadebiutować na początku 2022 roku na platformie Netflix. Szybko zdradzono, że tym razem reżyser skupi się na historii PRL-owskiego gangstera Nikodema „Nikosia” Skotarczaka. Zgodnie z zapowiedzią produkcja zatytułowana „Jak pokochałam gangstera” zadebiutowała na popularnej platformie 5 stycznia.

„Jak pokochałam gangstera”. Grafika promo
Grafika promująca film „Jak pokochałam gangstera”

„Jak pokochałam gangstera” – fabuła filmu

Jak już wspomniałem, w produkcji Netfliksa opowiedziano historię „Nikosia”, czyli bezczelnego i niezwykle odważnego młodego człowieka, który postanowił szybko się dorobić w czasach szarej PRL-owskiej rzeczywistości. Cechował się gładką gadką i sprytem, a zaczął zbijać kapitał na nielegalnym imporcie samochodów do Polski. Interes rozwijał się w bardzo szybkim tempie, a bohater – nie obawiając się konsekwencji – zaczął czerpać z życia pełnymi garściami. Milicja deptała mu po piętach i nawet raz został schwytany, ale i to go nie powstrzymało. Uciekł z więzienia i dalej budował swoje imperium. Jak należy się spodziewać, w pewnej chwili nie wszystko zaczęło iść po myśli „Nikosia”...

Trochę za dużo i zdecydowanie za długo

Trzy godziny. Trzy godziny bez jednej minuty trwa „Jak pokochałam gangstera”. Jak na obecne standardy oraz fakt, że mamy do czynienia z filmem sensacyjnym, który powinien być lekką i przyjemną przystawką po ciężkim dniu pracy, możemy mówić o absurdzie. Szczególnie że Kawulskiemu nie udało się zapełnić tych 180 minut zajmującą treścią. W filmie pełno jest zbędnych i przegadanych scen albo niezrozumiałych dłużyzn. Pomijając już, że to wszystko może widza znudzić – bo to subiektywne odczucie – to zwyczajnie wpływa negatywnie na budowanie akcji. Wszystko wydaje się chaotyczne, a niepotrzebne rozciągnięcie niektórych scen prowadzi do niepotrzebnego zamieszania wprowadzanego do głównego wątku. Film sensacyjny powinien być skondensowany, trzymać widza na określonym poziomie zaangażowania i zainteresowania. Pod tym względem film Netfliksa zwyczajnie zawodzi. Jest zdecydowanie za długi, a raczej – sztucznie rozciągnięty.

Problemem jest dla mnie również prezentacja PRL-owskiego świata. Nie trzeba było w nim żyć, żeby zauważyć, że w filmie praktycznie wszystko jest przerysowane, niekiedy karykaturalne. Film wydaje się pretensjonalny. „Nikoś”, oblewający się szampanem, pływający w dolarach król życia wydaje się bohaterem nieatrakcyjnym dla widza. Trudno o zbudowanie z nim jakiejkolwiek więzi. I to nie wina aktora, ponieważ stosunkowo mało znany Tomasz Włosok wywiązał się ze swojego trudnego zadania znakomicie. Wycisnął z bohatera, którego odgrywał, wszystko, co tylko się dało. Problem w tym, że „Nikoś” został przeciętnie napisany. I tutaj nawet Joaquin Phoenix by nie pomógł.

W filmie brakuje dramaturgii, a powodem jest przede wszystkim sposób narracji. Opowieść tajemniczej starszej kobiety, która mówi o „Nikosiu” dziennikarzowi, zwyczajnie nie wypada dobrze. Co więcej, żebyśmy przypadkiem sami sobie czegoś nie wymyślili, raz na jakiś czas pojawia się komentarz z offu, który wszystko tłumaczy, narzucając jedyną słuszną interpretację świata. Historia kina zna podobne przypadki, ale jakże lepiej zrealizowane.

"Jak pokochałam gangstera" - kadr
„Nikoś” – król życia w akcji...

Netflix reklamował film hasłem: „To opowieść o męskim świecie widzianym oczami kobiet”. Nie wiem, jakie kobiety znają twórcy produkcji, ale wydaje mi się, że to skierowana wobec nich obelga. Przez trzy godziny dostajemy opowieść o mężczyznach, którzy czerpią ze swojego jestestwa pełnymi garściami, oraz kobietach – uległych, bezwolnych i wdzięcznych za najdrobniejszy przejaw ludzkiego odruchu. W filmie są szybkie samochody, narkotyki, seks, balanga. Jest tego za dużo i w złym guście. A główny bohater zdobywa kolejne szczyty tak szybko, jak dobiera się do majtek kolejnych panienek. To zwyczajnie nuży. Jak należy się spodziewać, wszystko doprowadza nas do finału. Nie powiem, że wielkiego, ponieważ ani nie jest on odkrywczy, ani specjalnie ekscytujący. Kawulski, takie można odnieść wrażenie, próbuje opowiedzieć nam prostą historię – gangstera, który wchodzi na szczyt i próbuje się na nim wszystkimi siłami utrzymać – w zdecydowanie zbyt skomplikowany i nieciekawy, bo wybierając złe środki wyrazu, sposób. Rozwlekanie scen zabija dynamizm, a bohaterowie, choć na ekranie są przez długie minuty, nie potrafią nadać historii głębi. I to historii z naprawdę dużym potencjałem, który nie został wykorzystany.

Nie tak miało być...

W swoim poprzednim filmie Kawulski czerpał od najlepszych, ale zrobił to w dobrym stylu, tworząc spójne dzieło dramatyczne, wypełniające założenia gatunkowe. W przypadku „Jak pokochałam gangstera” próbuje tego samego, ale jakby ze zbyt dużym zaangażowaniem. Nawiązania do dzieł Scorsese są tak widoczne, że film wygląda jak jakaś nieudana podróbka „Chłopców z ferajny” wymieszanych z „Irlandczykiem” i „Wilkiem z Wall Steet”. Niektóre sceny są spektakularne, odtwórca głównej roli wypada naprawdę dobrze (często ratując całe długie ujęcia), muzyka może się podobać, ale film wydaje się przerostem formy nad treścią. Kawulski, mając niezłą historię, postanawia dodać do niej tak dużo niepotrzebnych elementów, że wychodzi nam z tego trzygodzinna opowieść „nie wiadomo o czym”. Bo po finałowej scenie nie do końca rozumiałem, co właściwie zobaczyłem. Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi...

Michał Grzybowski

Wejdź na FORUM!
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie