Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Forum

Dodaj temat

Związek

Czego oczekuje dojrzała kobieta od dojrzałego mężczyzny?

Rozpoczęte przez ~Robert1971, 27 mar 2018
  • ~Ona
    ~Ona
    Napisane 12 października 2018 - 19:15
    Robert, to co opisujesz, to po prostu objawy frustracji życiem z kimś, kogo nie kochała.
    Niestety. Szkoda, że nie miała odwagi Ci tego powiedzieć.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Idiotka
    ~Idiotka
    Napisane 12 października 2018 - 21:53
    ~Robert1971 napisał:
    ~Idiotka napisał:

    Robert, bardzo Ci współczuję i jednocześnie trzymam kciuki żeby ułożyło Ci się w nowym związku.

    Dziękuję za słowa otuchy... Nie wykluczam jednak ewentualności, że i ja mogę zwyczajnie nie nadawać się do trwałego pożycia w związku... Ot może zwykły pragmatyzm... (?).
    Teraz jestem już bardziej doświadczony i gdyby tak coś zaczęło się sypać, pewnie byłbym bardziej powściągliwy w podkładaniu się. Słowem zakończyłbym to dużo szybciej i... nie sądzę, bym w jakieś nowe relacje się pchał.
    ~Idiotka napisał:

    Nie dziw się (...) wychowana w patriarchalnym domu, gdzie pewnie nie mogła zastanawiać się kim jest, bo w takich domach wpajane jest, żeby iść zgodnie z „normą”.

    Pryncypialność była tak duża, że nawet podejmowanie dyskusji z obowiązującymi obyczajami w błahych sprawach budziło niesmak, a cóż dopiero w tak istotnych jak orientacja seksualna.
    Tutaj stałem się ofiarą i mam tego pełną świadomość.
    ~Idiotka napisał:

    Być może już wtedy czuła, że woli kobiety i próbowała to zmienić. Być może poznała fajnego faceta – Ciebie – i uznała, że jej „pomożesz”. A potem to wszystko co było w Tobie fajne wkurzało ją, bo czuła że się nie zmieni w hetero?

    Teraz to już jest bez znaczenia... ;-)
    ~Idiotka napisał:

    Moim zdaniem ona projektowała na Ciebie swoje odczucia, a zwłaszcza to „kocham cię ze strachu” (brrrr) – i te kawałki „jestem egoistą”, „nie daję ci się rozwijać” są tak naprawdę o niej samej, a nie o Tobie.

    Dokładnie tak...
    To było jakieś rozdwojenie jaźni chwilami...
    Wiem jak było i co było, a tu w jej wersjach słyszę coś zupełnie innego z jej ust, poza tym podwójne standardy - jej wolno coś tam, a gdy ja zrobiłem dokładnie to samo w drugą stronę, zaraz byłem nazywany np. egoistą... Totalne wykręcanie kota ogonem, niedotrzymywanie uzgodnień, posuwanie się do najcięższych oskarżeń, ale zawsze bez konkretów i faktów. Wymaganie ode mnie, a od siebie nie... Słowem ona miała same prawa w tym domu, a ja same obowiązki.
    Koszmar.
    Dobrze, że to już minęło. Otrząsam się :-). Czas zmienia perspektywy postrzegania wielu spraw.


    Gdybyś się nie nadawał, to czy nie lepiej było rozstać się jak najwcześniej? Może byłeś jej do czegoś potrzebny. Możliwe, że ona sama nie wie. Ważne żebyś zidentyfikował obszary, w których sam czułeś, że robisz coś nie tak (w związku z nią) i nad nimi pracował. Tyle możesz chyba wynieść z tej smutnej sytuacji. No i bardziej doceniać nową relację. :) Hmm... i siebie też, bo mam wrażenie, że tu masz obszar niewykorzystany. ;) Trzymaj się. :)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 13 października 2018 - 09:55
    Wiesz, @Robercie,
    im dłużej czytam Twoje wypowiedzi, tym mniej wiem,
    coś tak, jakbyś kręcił się trochę w kółko..
    jakby żaden kolejny wpis, nie posuwał nikogo do przodu,
    nie widzę tu w zasadzie nic innego, jak opis dwuletniego rozstawania się,
    u wielu par było jeszcze gorzej,
    jest to okres, kiedy ludzie nie są w stanie porozumieć się na żadnej płaszczyźnie, jest to, jakaś spirala nienawiści, której nie sposób przerwać. Twoja żona, ewidentnie Cię nienawidziła, dlaczego? trudno to wyczytać,
    tym bardziej, że podważasz wszystkie jej zarzuty..

    każdy z nas w małżeństwie, kręci swój własny film, i Ty nam przedstawiasz swój własny,
    ja rozumiem jak piszesz, że ona przeinaczała fakty, i nie ma powodu, żeby Ci nie wierzyć,
    ale
    gdy uważała, że tłamsiłeś ją i ograniczałeś,
    to
    trudno by Ci było udowodnić, że tak nie było.
    Tak się czuła, skoro tak twierdziła.
    Jej zarzuty wobec Ciebie, wg mnie, są wystarczające, by odejść od faceta, dlaczego zwyczajnie tego nie zrobiła? dlaczego nie ucięła tego szybko? tym bardziej, jak sam piszesz, określiła odmienną orientację seksualną.
    Gdyby to był tylko ten problem, scenariusz wyglądałby zapewne inaczej.
    Nosiłaby się tylko i wyłącznie z zamiarem powiedzenia Tobie o tym,
    i
    ewentualne wspólne rozważania, co dalej robimy?
    z tym faktem.

    nie widzę tu osobiście podstawy, do takiego piekła, jakie sobie zgotowaliście. Mogłeś się spakować i odejść, Mogliście być dalej białym małżeństwem dla dzieci.
    Pamiętam, że proponowałeś jej coś takiego, ale już nie chciała.
    Jej postawa i zachowanie, w żaden sposób nie pasuje do osoby, która wyjawia taką tajemnicę skrywaną od lat, z reguły, po takim wyznaniu, robi się wszystko, żeby niejako zadośćuczynić drugiej stronie..

    Ta nienawiść jej, musiała wynikać z czegoś innego.
    Wszystkie Twoje zarzuty, można by przenieść na każdą inną relację z kobietą i uwierz mi, że większość facetów mogłoby się pod tym podpisać..
    jednak jej zarzuty wobec Ciebie, są dużo cięższego kalibru.

    Ja, współczuję Wam obojgu, że do tego dopuściliście.

    tak na marginesie:
    ja podziwiam zawsze ludzi, którzy wybudowali dom i się nie rozwiedli zaraz po tym fakcie, to osobny temat pewnie, ale to czego bywałam świadkiem w Marketach budowlanych, jak te pary rozmawiały ze sobą, dokonując zwykłego wyboru kafelków, zawsze wywoływały u mnie ulgę, że my się nie budujemy!
    to dla mnie swoisty test na człowieczeństwo i konfrontacja relacji - niby cel jest wspólny - a efekty tragiczne.

    Jeżeli sam, dla siebie cofniesz się do czasów kiedy było jeszcze dobrze między Wami, a już się psuć zaczęło,
    co byś zrobił inaczej?
    dziś, pewnie szybciej byś odszedł..
    i tak to sobie wyobraź, że to zrobiłeś, a o reszcie zapomnij,
    gdy Ci się to uda,
    będziesz jeszcze szczęśliwy,

    ja bym tak zrobiła, opisywałabym to wszystko jak sen nierzeczywisty, kończąc zawsze zdaniem. Jak to dobrze, że to był tylko zły sen.
    pozdrawiam

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 13 października 2018 - 18:06
    ~alutka napisał:
    Wiesz, @Robercie,
    im dłużej czytam Twoje wypowiedzi, tym mniej wiem,
    coś tak, jakbyś kręcił się trochę w kółko..
    jakby żaden kolejny wpis, nie posuwał nikogo do przodu,

    Tu już nie ma gdzie się posunąć…. :-) Sprawa jest zakończona i powróciłem do niej tylko dlatego, że o nią mnie zagadnęłaś. Ja teraz traktuję to jak koszmarny sen z którego się wybudzam. Jestem bogatszy o doświadczenia minionych dwudziestu z górą lat.
    Powiem jako podsumowanie minionego czasu i zdarzeń, że…
    Ja też nic z tego nie rozumiem….
    Pewnie trzeba wszystko przyjąć takim jakim jest i iść do przodu. Po prostu.
    ~alutka napisał:

    spirala nienawiści, której nie sposób przerwać.

    Ja włożyłem naprawdę bardzo dużo wysiłku i pracy, by ta spirala się nie rozkręcała, a jednak porozumienie było niemożliwe - z jej przyczyny, bo doszliśmy do takiego punktu, gdzie ona nie odpowiadała na jakiekolwiek moje pytania, gdzie dociekałem co mógłbym w sobie naprawić. Poruszałem się jak we mgle, a sam byłem maksymalnie transparentny podczas gdy ona kręciła jak się tylko dało… Ona miała szansę, ja nie.
    ~alutka napisał:

    Twoja żona, ewidentnie Cię nienawidziła, dlaczego? trudno to wyczytać,
    tym bardziej, że podważasz wszystkie jej zarzuty..

    Też tego nie wiem…, bo nie miała za co - byłem uczciwy do bólu, może to niewiarygodnie brzmi, ale tak było. Ona za to była maksymalnie nieuczciwa i to przekonanie o niej już we mnie zostanie. Żyć trza dalej… ;-).
    ~alutka napisał:

    każdy z nas w małżeństwie, kręci swój własny film, i Ty nam przedstawiasz swój własny,
    ja rozumiem jak piszesz, że ona przeinaczała fakty, i nie ma powodu, żeby Ci nie wierzyć,
    ale
    gdy uważała, że tłamsiłeś ją i ograniczałeś,
    to
    trudno by Ci było udowodnić, że tak nie było.
    Tak się czuła, skoro tak twierdziła.

    Z tłamszeniem to było zwyczajnie tak, że ona miewała bardzo wiele pomysłów, niektóre godne uwagi, inne niewykonalne, i ja miałem być realizatorem tych pomysłów, a że nie chciałem, to twierdziła, że ją ograniczałem i tłamsiłem. Miała naprawdę dużo swobody w działaniu w wielu przedsięwzięciach ją mocno wspierałem.
    Jasne, że mój film będzie diametralnie różny od jej filmu, ale gdy widziałem ‚białe’, a słyszałem z jej ust po kilku dniach, że to co widziałem na własne oczy było rzekomo ‚czarne’, to zaczynałem powątpiewać we wiarygodność własnych zmysłów…, Scenariusz powtarzał się po wielokroć. To było jawne wmawianie mi rzeczy, które nie miały miejsca - coś z tym jej filmem było chyba nie tak… A może z moim…? Tylko gdy sobie coś zanotowałem świeżo po zdarzeniu i dawało to jaką taką pewność, że czegoś nie zapomniałem, a potem dowiaduję się, że wg niej było zupełnie inaczej…? Nie chodzi teraz o to, by cokolwiek udowadniać. Chodzi o uczciwość. Kiedy się jest uczciwym, to niczego udowadniać nie trzeba.
    ~alutka napisał:

    Jej zarzuty wobec Ciebie, wg mnie, są wystarczające, by odejść od faceta, dlaczego zwyczajnie tego nie zrobiła? dlaczego nie ucięła tego szybko? tym bardziej, jak sam piszesz, określiła odmienną orientację seksualną.
    Gdyby to był tylko ten problem, scenariusz wyglądałby zapewne inaczej.
    (...)
    i
    ewentualne wspólne rozważania, co dalej robimy?
    z tym faktem.

    I tak właśnie alutka miało być… Ona sama to deklarowała, ale jej deklaracje mijały się bardzo mocno z tym, co robiła. Piszesz, że mnie nienawidziła… ja też to wiem, a wyobrażasz sobie, że gdy tak się zachowywała wobec mnie, deklarowała jednocześnie, że mnie kocha…? Tak właśnie robiła - jakby zupełnie nie rozumiała, że kochać kogoś to znaczy nie wyrządzać mu przykrości, krzywdy, nie doprowadzać go do łez, a potem patrzeć na niego zimnym wzrokiem jak cierpi z powodu takiegoż zachowania. Dla mnie stała się bezwzględnym, bezdusznym i okrutnym potworem. Potem już nie deklarowała miłości… Dla mnie to było działanie za inspiracją kogoś z zewnątrz… tyle.
    Gdy przypominam sobie ją z młodych lat, miała w sobie sporo empatii, potem została psychopatia.
    cdn.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 13 października 2018 - 19:07
    ~alutka napisał:

    nie widzę tu osobiście podstawy, do takiego piekła, jakie sobie zgotowaliście. Mogłeś się spakować i odejść, Mogliście być dalej białym małżeństwem dla dzieci.
    Pamiętam, że proponowałeś jej coś takiego, ale już nie chciała.
    Jej postawa i zachowanie, w żaden sposób nie pasuje do osoby, która wyjawia taką tajemnicę skrywaną od lat, z reguły, po takim wyznaniu, robi się wszystko, żeby niejako zadośćuczynić drugiej stronie..
    Ta nienawiść jej, musiała wynikać z czegoś innego.

    Najpewniej tak było. Gdy się pobraliśmy, była całkowicie zagubioną osobą i nie miała zdania praktycznie na żaden temat. Była bardzo bezosobowa. Dużo pracy włożyłem w to, by stała się choć trochę osobą z tzw. charakterem. Potem zaszły dość drastyczne zdarzenia w rodzinie - nie będę wnikał teraz w szczegóły - i od tego właściwie zaczęło się pomału sypać.
    Jej zachowanie wobec mnie położyło się cieniem nie tylko na moją sytuację rodzinną, padło praktycznie wszystko. Dewastacji dopełniła już po rozwodzie, kiedy szamocząc się z nową sytuacją postawiła mnie przed kilkoma faktami dokonanymi i musiałem reagować wybierając tzw. mniejsze zło - dzieci w końcu są wspólne, a ja musiałem nagle wybierać co będzie mniej szkodliwe - coś poświęciłem, a ratowałem syna… tym sposobem zniszczona została i moja pozycja społeczna oraz zawodowa. W grę wchodziło jeszcze coś tam - mniejsza teraz o to, co to było. W każdym razie zostałem zrujnowany, bo moja, była już, żona nie uznała za stosowne respektowanie uzgodnień, które poczyniliśmy. Po prostu bezmyślność, albo celowe działanie - i o to też, teraz mniejsza…
    ~alutka napisał:

    Wszystkie Twoje zarzuty, można by przenieść na każdą inną relację z kobietą i uwierz mi, że większość facetów mogłoby się pod tym podpisać..
    jednak jej zarzuty wobec Ciebie, są dużo cięższego kalibru.

    Jednak żaden z nich nie został poparty konkretem - prosiłem o to wielokrotnie. To były tylko jej odczucia, ale nijak nie mogłem tego powiązać z konkretnymi faktami.
    ~alutka napisał:

    Ja, współczuję Wam obojgu, że do tego dopuściliście.

    Jak wspomniałem - włożyłem naprawdę bardzo dużo pracy, by most komunikacji utrzymać. Nawet już po rozstaniu chciałem zachować dobre stosunki z nią, ale ona i wtedy potrafiła się na mnie drzeć, gdy przyszedłem z tzw otwartą dłonią, dostałem w przysłowiowy pysk.
    ~alutka napisał:

    tak na marginesie:
    ja podziwiam zawsze ludzi, którzy wybudowali dom i się nie rozwiedli zaraz po tym fakcie,

    Wiesz co… chyba coś w tym jest.
    Ja dom budowałem o ok 300 km od miejsca zamieszkania i wszystko w zasadzie, konsultowałem z nią, a i tak ona potem powiedziała, że zadecydowałem sam… siłą rzeczy czegoś tam nie przewidziałem, coś zrobiłem tak, jakie były możliwości techniczne… ona na budowie była może ze dwa razy… Na wiele rzeczy jednak miała wpływ i tu nie czuję się winien.
    ~alutka napisał:

    dziś, pewnie szybciej byś odszedł..
    i tak to sobie wyobraź, że to zrobiłeś, a o reszcie zapomnij,
    gdy Ci się to uda,
    będziesz jeszcze szczęśliwy,

    ja bym tak zrobiła, opisywałabym to wszystko jak sen nierzeczywisty, kończąc zawsze zdaniem. Jak to dobrze, że to był tylko zły sen.
    pozdrawiam

    I tak też się staram robić… jak mi to wychodzi ;-) widać - raz lepiej, raz gorzej. Czuję się jakby mi ktoś nóż w plecy wbił, bo ufałem jej i była dla mnie najbliższą osobą. Teraz, gdy ten nóż już wyciągnąłem, pozostała rana, która czas jakiś będzie się jeszcze zabliźniać.
    Myślę, że dam sobie radę.
    Dziękuję Ci Alutka za ciepłe słowa :-).
    Wszystko to traktuję teraz jak wspomniany przez Ciebie zły sen. Dobrze, że już się skończył.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 14 października 2018 - 05:15
    Dorzucę jeszcze kilka słów tytułem uzupełnienia, bo mam wrażenie, że ich stanowczo zabrakło.

    Może sprawiłem wrażenie, że ja uważałem się za absolutnie nieomylnego i wszystko robiłem nie popełniając żadnych błędów...

    Otóż oświadczam, że tak nie było. Jakieś błędy z całą pewnością popełniłem.

    Nigdy jednak nie wypierałem się ich i gdy tylko udało mi się w jakimś momencie zrozumieć, że popełniłem błąd, starałem się go naprawić.

    Moja 'była' do swoich błędów się nie przyznawała. Doprowadziło to do sytuacji, gdzie ja tkwiłem w pozycji wiecznie przepraszającego - bo mnie ciągle wpędzała w poczucie winy. Ona natomiast, nie przepraszała za nic i niczemu winna się nie czuła.

    Ten stan się z tygodnia na tydzień pogłębiał. Zacząłem w ostatnich miesiącach pełnić rolę tzw. wycieraczki domowej. Byłem winien wszystkiemu, wszystko co zrobiłem, czy powiedziałem było złe, każde moje domaganie się, czy zwykłe nieśmiałe proszenie o jakąś sprawiedliwość było w jej mniemaniu przejawem agresji... i takie tam.

    Pożycie stało się niemożliwe.

    Nie jestem na pewno bez winy, bo oboje - jak napisałaś - dopuściliśmy do tego, jednak to nie ja jej wbiłem ten nóż w plecy, tylko ona mnie.

    Dziś podnoszę się z ruin i... no cóż - niech los ją stosownie wynagrodzi. Mnie interesują już tylko dzieci, a ona sama jest mi zupełnie obca - tak prawnie, jak mentalnie.

    Ślad w mojej psychice jednak pozostał i ze wszystkich sił staram się minimalizować moje uprzedzenia do kobiet. Jestem w całkiem udanym związku, gdzie moja kobieta stara się mnie rozumieć i jestem jej za to bardzo wdzięczny.

    Wam dziewczyny też bardzo dziękuję za głos w tych dywagacjach, bardzo mi on pomaga wniknąć w siebie i w kolejnym aspekcie pewne rzeczy przeanalizować. :-)

    Pozdrawiam Was.
    (nawet te kąśliwe feministki, co to patrzą, by facetom dopiec ;-)))

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 15 października 2018 - 22:48
    Robercie,
    Przeczytałam Twoją wymianę zdań ... nadal sporo piszesz o tym co było.
    Czasami jedyną możliwością, by szczęśliwie pójść dalej jest nie oglądać się wstecz.
    Z jakiego powodu cały czas oglądasz się za siebie? Tamte dni minęły...noże wyciągnąłeś. Wprawdzie rany krwawią, pomimo szybko zastosowanej kuracji...ale dasz radę!

    Jak trudno jest żyć, gdy zawiódł człowiek, którego wybraliśmy spośród wielu...o którego dbaliśmy jak o siebie, który najpierw kochał...a teraz...wydaje się, że nas nienawidzi....wiedzą tylko Ci, którzy przeżyli taką sytuację.

    Był taki moment, że mi również wydawało się, że mój były mąż mnie nienawidzi. Gdybym pielęgnowała w sobie tą myśl byłoby mi dużo trudniej Robercie.
    On natomiast nienawidził samego siebie za to, że widząc jak fajną ma żonę nie jest już w stanie dawać jej tego wszystkiego co do tej pory, mimo tego, że ona na to zasługiwała bardziej niż ktokolwiek inny.
    Odczuwał wdzięczność, ale wdzięczność to za mało. Nie był szczęśliwy.
    Myślę, że nienawiść którą widziałeś wcale nie musiała być nienawiścią.
    Natomiast Alutka niewątpliwie ma rację...potraktować to co się wydarzyło jak zły sen i otworzyć się na życie tylko tu i teraz.
    Dodam od siebie, że bez nadmiernych oczekiwań.
    To jest rozwiązanie warte rozważenia i wiem, że tak próbujesz żyć :):):):):):);)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 16 października 2018 - 18:46
    @Robercie, piszesz:
    "Tu już nie ma gdzie się posunąć…. :-) Sprawa jest zakończona"
    sprawa?
    małżeństwo, tak,
    ale
    Twoje postrzeganie, tego co się wydarzyło,
    na pewno, nie..
    Ty sam i Twoja własna ocena przeszłości, zawsze może posunąć się do przodu..
    To nigdy nie jest koniec.

    To mnie zadziwia właśnie, że zapisałeś, zapamiętałeś, opisujesz innym i uważasz, że kropka.
    Mimo wpisów innych ludzi, Ty nie zmieniasz ani zdania ani nie ruszasz się ani o krok. O tym pisałam. Zanim pojawiłeś się na forum, już wszystko wiedziałeś. Po wymianie zdań i opinii, jesteś w tym samym miejscu.

    Piszesz:
    " Jakieś błędy z całą pewnością popełniłem. "
    jedno zdanie, przeciwko wszystkiemu co napisałeś , o niej.

    życzę Ci jak najlepiej, dlatego Cię dręczę :D
    baby tak mają :)
    pozdrawiam

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 17 października 2018 - 11:03
    ~Aniołek napisał:
    Robercie,
    ... nadal sporo piszesz o tym co było.
    Czasami jedyną możliwością, by szczęśliwie pójść dalej jest nie oglądać się wstecz.
    Z jakiego powodu cały czas oglądasz się za siebie? Tamte dni minęły...noże wyciągnąłeś. Wprawdzie rany krwawią


    Powróciłem do przeszłości, bo Alutka mnie o to zagadnęła. Fakt, że rozbudziło to na chwilę dawne emocje, ale teraz już coraz mniej żyję tym, co było. Idę do przodu :-).

    ~Aniołek napisał:

    Jak trudno jest żyć,
    (...) dbaliśmy jak o siebie, który najpierw kochał...a teraz...wydaje się, że nas nienawidzi....wiedzą tylko Ci, którzy przeżyli
    (...) mi również wydawało się, że mój były
    (...) Gdybym pielęgnowała w sobie tą myśl byłoby mi dużo trudniej


    Cokolwiek to było, było mi z tym bardzo źle i nie akceptowałem tego stylu, nie akceptuję go teraz i nigdy go nie zaakceptuję :-).

    Miłość to raczej nie była, a czy była to nienawiść...? Alutka tak to nazwała, a ja miałem podobne odczucie, może nawet nie zastosowałbym tego słowa. W każdym razie była to ostra wrogość wobec mnie i jedynym sposobem na to było się od tego ostro oddzielić, bo KAŻDA próba pojednania kończyła się tak samo - lądowałem znowu 'pod stołem z poleceniem szczekania'.

    Wolałbym, żeby tak nie było, ale skoro ona tego chciała i mimo wielu prób z mojej strony nic się nie zmieniło, kredyt zaufania się wyczerpał... ot wszystko :-).

    Dziś nie patrzę już w tamtą stronę. Po prostu kroczę swoją drogą, ale spalone mosty nie pozwalają na odbudowę czegokolwiek w starych relacjach. Ja ich na siłę odbudowywać nie będę, bo czas minął, a próby z mojej strony zostały zaprzepaszczone bezpowrotnie.

    ~Aniołek napisał:

    Dodam od siebie, że bez nadmiernych oczekiwań.


    Tak właśnie myśle...Sam księciem nie jestem, to i księżniczki nie szukam. Chcę zwyczajnej normalności i tyle.

    Normalność oczywiście każdy sobie definiuje sam ;-) i dla każdego z nas jest ona czymś innym.

    ~alutka napisał:

    Twoje postrzeganie, tego co się wydarzyło,
    na pewno, nie..
    Ty sam i Twoja własna ocena przeszłości, zawsze może posunąć się do przodu..
    To nigdy nie jest koniec.


    Samo postrzeganie owszem. Ono jest zdeterminowane w dużej mierze tym, co się aktualnie dzieje. Teraz już kurz jakby opadł, to i emocje opadają. Został jeszcze rodzaj smrodu, który się ciągnie, ale i on też opadnie.

    Jak napisałem gdzieś tutaj, czas zmienia perspektywę postrzegania różnych spraw z przeszłości. Inaczej się postrzega otoczenie gdy jest się na froncie, a inaczej na tyłach, czy wręcz po bitwie :-).

    Ja już właśnie po bitwie jestem - taką mam nadzieję. Jednak gotowość bojowa ciągle jest i długo jeszcze będzie, bo nigdy nie wiem co ona tam jeszcze może wymyślić... Jestem na szczęście od tego wszystkiego coraz dalej obecnie.

    ~alutka napisał:

    jedno zdanie, przeciwko wszystkiemu co napisałeś , o niej.


    :-)... czy ja wiem, czy to jest przeciwko?

    ~alutka napisał:

    życzę Ci jak najlepiej, dlatego Cię dręczę :D
    baby tak mają :)


    Nie chcesz chyba powiedzieć, że stara życzyła mi jak najlepiej...? 8-P...

    Dręczyła mnie tak bardzo, że do ruiny mnie doprowadziła - to też był objaw jej troski o mnie...?

    Nie uwierzę póki nie dotknę hehe...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 18 października 2018 - 15:31
    Doprawdy, mimo najszczerszych chęci,
    trudno mi się z Tobą porozumieć..
    nie mam pojęcia, jak mam Ci przekazać, o co mi chodzi?

    piszesz:
    "Ja już właśnie po bitwie jestem"
    próbuję Ci napisać, że nie o bitwę mi chodzi,
    to już zostało opisane przez Ciebie i -o ile pamiętam- nikt, nie podważał Twojej relacji, że tak właśnie było..
    Chodzi mi o ten okres z przed "wojny"..
    przecież, nikt nigdy, nie budzi się pewnego dnia i nie wbija komuś noża w plecy..
    ja, nie kwestionuję faktu, że twoja żona przybrała barwy wojenne i była bezwzględna - skoro tak twierdzisz -
    ja pytam, co się działo przed?
    na ile, Ty sam przyczyniłeś się do jej przemiany?

    kiedy, ktoś z kim żyję, nagle skacze mi do grdyki, chciałabym wiedzieć dlaczego? czy ja sama, nie obudziłam w kimś bestii?
    czy ja sama, nie doprowadziłam kogoś do desperacji?
    czy, my oboje nie stworzyliśmy mieszanki wybuchowej?
    razem..
    jeśli, jeszcze masz ochotę, rzecz jasna, wracać do tego co było, to, czy mógłbyś przeskoczyć okres wojny do tyłu..

    nie pytam, co jej dawałeś?
    pytam, co ona sama otrzymywała od Ciebie?
    nikt bez powodu, nie niszczy drugiej osoby,
    choćbyśmy sami nie rozumieli motywów tej osoby,
    one zawsze są..
    nie ciekawi Cię, co nią kierowało?
    co ją do tego posunęło?
    uważasz, że nie ma to nic wspólnego z Tobą?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 19 października 2018 - 16:55
    Alutka... będzie trochę przydługawo ;-) podzieliłem na kawałki

    ~alutka napisał:
    Doprawdy (…)
    ja pytam, co się działo przed?
    na ile, Ty sam przyczyniłeś się do jej przemiany?


    Musiałbym dość szczegółowo opisać pewne fakty, zdarzenia, sytuacje by sprawa stała się w pełni jasna, a tego tu - na publicznym forum - z oczywistych względów nie chcę robić :-).

    Spróbuję jednak odnieść się do Twoich pytań bez podawania konkretnych danych i namiarów.

    Czy ja się do czegoś tu przyczyniłem?

    To pytanie zadawałem sobie wielokrotnie i chętnie postawię je po raz kolejny. Odpowiedź nie jest prosta, poszukiwałem jej przez całe miesiące, teraz już nawet lata…

    Na pewno moja postawa i posunięcia w pewnym sensie były impulsem do kontrposunięć z jej strony, a moje działania, styl bycia, życia i zarządzania 'moją częścią' naszej wspólnoty, wywoływały pewne działania z jej strony. Małżeństwo to układ naczyń połączonych i nic nie dzieje się tu samo. To pewne.

    Wspominałem już wcześniej, że ona 'z domu' była dość mocno bezosobowa i z czasem udało się z niej wykrzesać trochę poczucia własnej tożsamości, co kosztowało mnie sporo pracy. Ciągnęły się też za nią jakieś zaszłości z dzieciństwa, gdzie jej matka była zaborcza i kontrolująca i wiele rzeczy trzeba było udawać. Do tego może coś tam jeszcze - ot jakieś niezbyt stosowne dotykania przez wujka (starego kawalera) gdy była jeszcze dzieckiem, pryncypialność rodziny, zasady które nie pozwalały wychylić się w myśleniu i rozumowaniu…

    U mnie w domu też nie było wcale różowo - ojciec, impulsywny despota z tendencją do wtrącania się do wszystkiego i nie zawsze racjonalnie oceniający rzeczywistość. Poczucie niesprawiedliwego traktowania mnie wobec mojego brata… I znowu zasady :-).

    W małżeństwie ja miałem swoje oczekiwania względem żony, które często odwoływały się do wzorca mojej mamy. Żona miała swoje oczekiwania względem mnie, ale musiałem się dobrze natrudzić, by je wyłuskać, bo nie była zbyt transparentna. Prawdopodobnie chodziło o jej ojca - diametralnie różnego od mojego ojca.

    Ja swoje oczekiwania artykułowałem wyraźnie i może potem ciut za stanowczo - co mogło się jej kojarzyć z buntem z domu rodzinnego.

    Ona... raczej mało komunikowała mnie, więcej krytykowała, z początku w niezbyt jasny sposób, potem - gdy konflikt wybuchł z całą mocą - krytykowała wszystko, ale zawsze bez konkretów, więc nie miałem się do czego odnosić. Pozostawianie ważnych spraw domysłom, uważałem i uważam za objaw niedojrzałości społecznej. Ona najwyraźniej miała inne zdanie...

    Budowa domu była pewnie kamieniem milowym w tym naszym pożyciu. Oczywiście zarzut, że zrobiłem po swojemu, a nie według jej wizji, też się przewinął mimo, że praktycznie wszystko z nią konsultowałem i wszystkie kluczowe decyzje podejmowaliśmy wspólnie.

    Do tego doszło drastyczne zdarzenie w rodzinie - co spowodowało odmiany w myśleniu i porzucenie pewnych pryncypiów.

    Mnie na codzień bardzo dręczyło jej bałaganiarstwo i brak dbałości o siebie. Starałem się nad tym pracować - z początku delikatnie i bardzo taktownie, z czasem moje domaganie się przybierało na sile.

    Ona... raczej robiła coś z tym tylko w przypływach 'dobrej woli’, jak to się mawia ‚od wielkich dzwonów’. Codzienność była w tym względzie taka sobie.

    Niby wszystko układało się dobrze, a gdzieś wewnątrz niej - najpewniej - narastały pokłady frustracji.

    Do tego dochodzi jej orientacja seksualna, z której zdała sobie w jakimś momencie sprawę. Jakiś czas z tym żyła. Był to jednak kolejny balast.

    Nasza nić porozumienia wątlała coraz bardziej. Ja chciałem z nią rozmawiać i jej słuchać... Ona nie chciała mówić i odpowiadać na konkretne pytania.

    Popuszczałem coraz bardziej ze swoich oczekiwań, ona zaczęła być dla mnie coraz większą zagadką i coraz bardziej doskwierały mi jej zaniedbania.

    W pewnym momencie, gdy po raz n-ty zostawiła po sobie bałagan, powiedziałem że jak nie będzie po sobie sprzątać, się z nią rozwiodę... ona na to, że w takim razie składamy papiery o rozwód...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 19 października 2018 - 17:00
    Nie byłem wtedy na rozstanie gotowy, ale ona twardo o rozwodzie...

    Wiele rozmów z nią prowadziłem od tamtego czasu, próbowałem sprawę łagodzić, odpuszczać swoje oczekiwania wobec niej, zgłębić tajniki jej osobowości, tym bardziej robić wszystko by jednak ten rozwód się nie zmaterializował... Bez skutku.

    Ja po prostu ją kochałem mimo jej przywar i nie chciałem ot tak się rozwieść. Była moją żoną, więc skoro dokonałem świadomego wyboru co do jej osoby, to też byłem konsekwentny i… uczciwy. Miałem też na względzie dzieci - wiek szkolny (podstawówka), to najgorszy możliwy okres na rozstawanie się rodziców - i tym argumentem też próbowałem do niej dotrzeć.

    Ona odtąd uczciwa przestała być.

    Zaczęło się cykliczne 'wbijanie noża w serce', głównie poprzez niepoparte faktami zarzuty. Przynajmniej od tego czasu, boleśnie stwierdziłem jej brak uczciwości wobec mnie. Moje argumenty do niej przestały przemawiać jak dawniej, moje zabieganie o nią stało się waleniem głową w mur. Co i rusz wpadałem w zastawiane na mnie pułapki - po prostu mnie prowokowała, a gdy się wkurzyłem i jakoś zareagowałem, wmawiała mi jakieś huśtawki nastroju, które i istocie sama generowała.

    ~alutka napisał:

    kiedy, ktoś z kim żyję, nagle skacze mi do grdyki, chciałabym wiedzieć dlaczego? czy ja sama, nie obudziłam w kimś bestii?
    czy ja sama, nie doprowadziłam kogoś do desperacji?
    czy, my oboje nie stworzyliśmy mieszanki wybuchowej?


    Dziwne to i słusznie dopytujesz…

    Ja też tak na sprawę patrzyłem. Rozdzielałem włos na czworo, doszukiwałem się sprawstwa tego stanu rzeczy po swojej stronie… Szukałem jednak cały czas konkretów… Nie mogłem znaleźć.

    Wylądowałem w pozycji wiecznie przepraszającego - za wszystko co tylko mogłoby jej się nie podobać… bez znaczenia czy tego się dopuściłem, czy tylko to jej wyobraźnia albo czepialstwo.

    Co ją mogło we mnie wkurzać? Pewnie to, że jestem dość uparty. Jednak gdy ktoś mnie przekona do swoich racji czymś troszkę więcej niż tylko sławetnym ‚tak, bo tak’, zawsze jestem skłonny jeszcze raz sprawę przemyśleć i wielokrotnie tak bywało.

    Ona w wielu sprawach mi doradzała, bardzo często jej słuchałem i wychodziło to na dobre. Dawała mi wsparcie w tzw. trudnych chwilach, ja doceniałem to.

    Z początku przez całe lata była trochę jak mała dziewczynka, która swego własnego zdania nie miała, zdawała się więc na moje. Potem się dograliśmy na tyle, że raz stawało na ‚jej’, innym razem na ‚moim’. No jakoś się dogadywaliśmy i wydawało się, że katastrofy nic nie zapowiada.

    Ona jednak chyba czegoś poszukiwała, bo teraz ujawniają się pewne fakty.

    Utrzymywała kontakty z osobami, które dopiero teraz mi o tym donoszą i okazuje się, że miała skłonność do jakiegoś ‚drugiego życia’. Z całą mocą się tu ujawniło, gdy poznała pewne nowe osoby. Wpływ tych indywiduów był wręcz przemożny i od tego czasu się wszystko zaczęło sypać. Ja znalazłem się w sytuacji bez szans. Ktoś ją wyraźnie wspierał, ja borykałem się ze wszystkim sam. To już jednak czasy ‚wojny’, a nie o to pytasz… ;-).

    Dlaczego zaczęła skakać mi do grdyki…? Nie mam pojęcia, mogę tylko przypuszczać.

    Być może żyła cały czas grając kogoś innego, niż w istocie była.

    Czy ja obudziłem w niej bestię?

    Hmmm… Nie wiem nawet jak na to pytanie odpowiedzieć. Starałem się jej dawać maksymalnie dużo dobra i troski ze swej strony. Nie nie… nie była to jakaś nadkontrola, czy osaczenie. Po prostu byłem przy niej i tworzyłem tzw. zaplecze do jej działań. Ona miała naprawdę bardzo dużo swobody i ogromne wsparcie - tak mentalne jak i finansowe. Widocznie było to za mało, albo… potraktowała mnie jako jeden ze schodków w drodze do czegoś tam…

    Niewykluczone, że pożycie ze mną nie dało jej tego czego oczekiwała… Mówiła coś o tym, potem też pisała. Przez długi czas ją sobie tłumaczyłem, tłumaczyłem też ją przed innymi. Nie dałem złego słowa na nią powiedzieć. Ona chciała jakiejś swobody… ale co to miało oznaczać w związku ze mną? Nie mam pojęcia.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 19 października 2018 - 17:03
    Tu znowu mogę domniemywać, że ona wyobrażała sobie, że będzie tzw. źródłem różnorakich pomysłów, a je będę wszystkie skrupulatnie i bez protestu realizował…

    Nie dało się. Część z tychże pomysłów była jak najbardziej wartościowa i w oparciu o nie dokonaliśmy sporo. Inne były zwariowane, czy bez sensu i tychże nie realizowałem, a gdy napierała dawałem jej tzw ‚zielone światło’ z zastrzeżeniem, że bierze to na siebie i za wszystko odpowiada.

    Wiem, że nie podobało się jej to skrajnie.

    Ten brak rzeczonej swobody mógł doprowadzić ją do desperacji, że aż posunęła się do rozbicia rodziny.

    Być może mieszanka wybuchowa, to jest to, co nas ‚razem wziętych’ trafnie określa, ale… dlaczego dopiero wybuchła po 17 latach?

    Czy jej początkowa bezosobowość, a potem kształtowanie osobowości i zawędrowanie jej w jakieś ciemne zaułki, nie mogło być przyczyną eksplozji i wrogości wobec mnie?

    Może i tak było… pewności jednak nie mam do dziś.

    ~alutka napisał:

    nie pytam, co jej dawałeś?
    pytam, co ona sama otrzymywała od Ciebie?
    nikt bez powodu, nie niszczy drugiej osoby,
    choćbyśmy sami nie rozumieli motywów tej osoby,
    one zawsze są..
    nie ciekawi Cię, co nią kierowało?
    co ją do tego posunęło?
    uważasz, że nie ma to nic wspólnego z Tobą?


    Choćby nawet tylko i aż tyle, że przeżyłem z nią w miarę harmonijnie ponad 17 lat, już musi świadczyć, że jednak ze mną coś tu było związane. Na pewno ma to wszystko ‚coś ze mną wspólnego’ :-) i nie przeczę temu, ale co… tego już powiedzieć nie potrafię.

    Co nią kierowało napisałem powyżej, ale to tylko moje przypuszczenia i niewykluczone, że się mylę.

    Motywy…?

    Nie wykluczam, że w efekcie do czegoś jej posłużyłem, może nie wiedziała jak wybrnąć z sytuacji, gdy uświadomiła sobie, że jest lesbijką…?

    Odpowiedzialności nie chciała na siebie wziąć, bo jej nowi mentorzy wpoili jej, że odpowiedzialność za wszystko bierze facet - to stwierdzenie w takiej czy innej formie pojawiało się w jej komunikatach. Stąd pewnie brak jakiejkolwiek refleksji nad jej własnym zachowaniem wobec mnie. Usłyszałem między innymi, że: ‚ona musi być zołzą wobec mnie’, czy też ‚kiedy ona znosiła mnie przez te kilkanaście lat, to teraz przez drugie tyle ja powinienem znosić ją’…

    A co takiego znosiła? Lista już wcześniej została zacytowana, tylko bez poparcia faktami.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 19 października 2018 - 17:07
    I teraz najważniejsze pytanie… Co ona otrzymywała ode mnie? (nie ‚co ja dawałem jej’).

    Dobre pytanie Alutka.

    Wygląda na to, że faktycznie ja nie dawałem jej nic, co mogłoby sprawić, by warto było tę relację kontynuować. Taki wniosek nasunął mi się, gdy tylko się miedzy nami sypnęło.

    Kiedy jednak upłynęło kilkanaście miesięcy od naszego rozwodu, kiedy bitwa się skończyła i kurz opadł, a ja liżąc rany rozpisywałem się na temat mojego koszmaru, jaki mi zgotowała, ona napisała coś takiego:

    cyt:

    ‚Zawsze podziwiałam Ciebie, Twoje zaangażowanie, pracowitość, prostolinijność, to jak radziłeś sobie ze wszystkimi problemami, jak opiekowałeś się i troszczyłeś o nas.
    Wiem, że to niewyobrażalne, bo nawet dla mnie samej to niezrozumiałe, ale w pewnym momencie w mojej głowie pojawiła się absurdalna myśl... to nie z NIM chcę iść dalej, to nie z NIM. Od tamtego momentu nie wiedziałam Kochany jak mam Ci to powiedzieć i coraz bardziej nienawidziłam siebie za to jaka jestem, za to że jestem taka "wybrakowana", nie taka jaka mogłabym być dla Ciebie...
    Nie planowałam tego. Niestety po latach szczęśliwego życia dopadła mnie przeszłość. To ona zapukała do naszych drzwi pewnego dnia. Od tego dnia nie mogłam przestać myśleć o tym, że życie którym żyję nie jest tym życiem, które chciałabym przeżywać. Mimo tego, że mam/mamy wszystko. Myślałam, że stabilne i spokojne życie rodzinne u boku odpowiedzialnego mężczyzny jest tym czego pragnę. Okazało się jednak, że pragnę innego życia. Odszedłeś biegiem, tak jakbyś uciekał... a ja nie radzę sobie na co dzień i jeszcze trochę czasu zajmie mi zanim się ogarnę. Widzę, że dzieciaki nie rozumieją, tęsknią, mają mi za złe, że nie walczyłam o rodzinę. Widzę Twój smutek, żal, gniew, widzę jak bardzo Cię zraniłam.
    Ciężko mi ze świadomością, że Cię zawiodłam. Wybacz jeśli potrafisz i bądź przede wszystkim jak najlepszym ojcem dla naszych dzieci. Wiedz, że jesteś jedynym mężczyzną w moim życiu, z którym chciałam je mieć.’

    Po takim wyznaniu - było napisane publicznie, więc mogę je zacytować - sam nie wiem jak mam to wszystko połączyć ze sobą…

    Z jednej strony wyraża jakiś rodzaj skruchy i żalu za to, że - jak to nazywa - czuje się wybrakowaną osobą, z drugiej nie odpuszcza w obwinianiu mnie i żadnej odpowiedzialności na siebie nie bierze. Dopiero definitywne zerwanie z nią jakich takich kontaktów osobistych pozwoliło mi na odzyskanie oddechu po tej męce.

    Moim zdaniem ta kobieta się dokładnie zagubiła i sama za bardzo nie wie, czego chce, bo żaden wariant jej nie zadowalał.

    Brak jakiejkolwiek refleksji nad swoją stroną rozpadu - odkrycie homoseksualizmu - też moim zdaniem mocno zastanawia.

    Ona wolała wmawiać mi, że ja rzekomo jakiejś przemocy się dopuszczałem… Tylko konkretów jakoś nie było - jak wspominałem. Faktycznej przemocy też... ot zwyczajne życie, gdzie raz jest lepiej, raz gorzej. Nie było ani pijaństwa, awantur, przekleństw, obrażania, zdrady... No wzorcowy dom rzec by można.

    Zagadkowe to wszystko… doprawdy zagadkowe.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 20 października 2018 - 09:03
    Dzięki za odpowiedź.
    Jestem pod wrażeniem.
    Nie jestem w stanie jednak odnieść się do wszystkiego, o czym piszesz.
    Po prostu tego jest za dużo, na każde Twoje zdanie, mogłabym napisać 10.

    Przede wszystkim, chciałabym Ci podziękować, że ujawniłeś jej list do Ciebie.
    Dla mnie, jako osoby czytającej z zewnątrz coś posunęło się jednak do przodu, do tej pory widziałam
    tylko latający nóż po pokoju, teraz widzę również człowieka.

    Nie będę niczego cytować, spróbuję odpisać z pamięci,
    jej wyznanie jest naprawdę wzruszające i ujmujące..

    Uważam, że nie pasowaliście do siebie od początku, że to się po prostu nie mogło udać.
    Każdy z nas, wychodzi z jakiegoś chorego domu, wszystkie niezałatwione sprawy przenosi na związek.
    Nikt z niczym ani się nie rozprawia ani nie rozlicza.Wchodzimy w małżeństwo w jednym celu.
    Żeby nam zrekompensowało nasze deficyty wyniesione z domu. Chcemy coś stworzyć sami i albo powielamy
    schematy albo za wszelką cenę, powielić ich nie chcemy. W efekcie, zamiast profesjonalnej terapii,
    z własnego życia robimy sami sobie, kozetkę u psychoanalityka.

    Pytasz, dlaczego po tylu latach jest nagle bunt na pokładzie?
    ano właśnie tylu lat potrzeba, żeby uświadomić sobie, czy jesteśmy dokładnie w tym miejscu, w którym
    być chcieliśmy.

    Sama nazywam to syndromem wysiadywanego jaja. Nie chcę się powtarzać, już o tym pisałam, sama wysiedziałam
    jajo, potem coś się z niego wykluło i mnie zadziobało. To tak w skrócie.
    Jeśli łączą się dwie osoby, już na wstępie w układzie patologicznym, kiedy nie jest to układ partner -
    partner, a ojciec - córka, czy matka -syn, to efekt musi być jeden = katastrofa.

    Przyjmujemy czyjąś wizję życia, za swoją i dobrą dla nas - tak myślimy. A w zasadzie, wtedy w ogóle nie
    myślimy, przyjmujemy to jako rozwiązanie naszych problemów.
    Ta Twoja praca nad nią, to racjonalne podejście do wszystkiego, olbrzymia świadomość i w zasadzie
    żadnych wad na pierwszy rzut oka, w połączeniu z Twoją żoną, to jak relacja nauczyciel - uczeń.
    Czy wiesz jak to się kończy zazwyczaj? ano, uczeń, co się miał naumieć, to się naumiał i idzie dalej sam,

    Robercie,
    ja sama, mimo, że to ja byłam nauczycielem również, odeszłam pierwsza, gdy tylko zobaczyłam, że nic tu już
    po mnie.Trudno to opisać. Sam musiałeś doświadczyć wojny, żeby wreszcie to zakończyć. Ja, potrzebowałam
    romansu, może Twoja żona też potrzebowała wojny, żeby móc od Ciebie odejść, że inaczej by jej się to nie
    udało?

    Sama pisze, że dopadła ją przeszłość. Co to może znaczyć wg Ciebie?
    dla mnie tylko jedno, że dla niej, jest tak jak kiedyś. Pułapka bez wyjścia,
    pewnie chciałeś dobrze i dla niej i dla siebie, ale zatoczyliście jakieś koło, tym swoim ciągłym pouczaniem,
    tą swoją racją, nigdy nie spowodowałeś, że poczuła się lepiej a tylko widziała ciągle, jak wiele jeszcze jej
    brakuje do ideału, Twojego zresztą.

    W sumie, to coś Ci się udało jednak, obudzić w niej świadomość siebie samej, tego chciałeś prawda?
    nie zrozum mnie źle, ale czasami komuś wydaje się, że skoro nigdy sam nie zaatakował, to nie można mu
    niczego zarzucić, ale dla mnie np, nie ma nic gorszego, jak cichy zabójca w białych rękawiczkach, który
    poddusza mnie codziennie przez minutę. Wychować można każdego, ale jest jeszcze coś takiego jak instynkt,
    i on jest dla nas samych takim kołem ratunkowym,
    z pewnością forma jej odejścia nie była sprawiedliwa dla Ciebie, ale myślę, że inaczej nie udałoby jej się
    odejść. Po prostu byś ją przekonał, że jak zwykle nie ma racji. Broniła się, jak umiała.

    odezwę się jeszcze później,
    pozdrawiam

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 21 października 2018 - 12:52
    ~alutka napisał:

    Jestem pod wrażeniem.
    (...)
    Dla mnie, jako osoby czytającej z zewnątrz coś posunęło się jednak do przodu, do tej pory widziałam
    tylko latający nóż po pokoju, teraz widzę również człowieka.


    Rozumiem, że masz na myśli tak mnie, jak i obraz mojej byłej.

    Przysłowiowy nóż tak naprawdę zaczął latać po pokoju dopiero po rozwodzie... i to jest dla mnie najsmutniejsze.

    Uzgodnienia przed, akcje wyprowadzkowe, sama rozprawa i takie tam, odbyły się naprawdę bezboleśnie. Zaakceptowałem jej decyzję i nie robiłem najmniejszych problemów, nawet pomagałem jej.

    Potem okazało się, że chyba byłem zwykłym frajerem, bo ona zamiast to docenić i się już uciszyć, zaczęła dopiero wściekły taniec.

    Zapewniam Cię, że do dnia rozwodu było bardzo 'cywilizowanie', choć nie bez żalu po mojej stronie. Gdyby jednak na tym poprzestało, dziś być może utrzymywalibyśmy nawet koleżeńskie relacje.

    Po jej zachowaniu później... no cóż... musiałem zerwać z nią jakiekolwiek stosunki. Nie miałem wyjścia. Ona mi po prostu na głowę chciała wejść...

    Nie zrozumiała tego od razu, że eks mąż, to już obcy facet i należy się do niego odnosić jak do obcego - pełnia kurtuazji, kultury, partnerskie podejście i takie tam.

    Tu była skrajna chamówa i maksimum roszczeń. Nie było to do zaakceptowania z mojej strony, niestety.

    ~alutka napisał:

    Uważam, że nie pasowaliście do siebie od początku, że to się po prostu nie mogło udać.


    Być może tak było.

    Pobieraliśmy się jednak w zupełnie innych realiach, niż to, co nastąpiło ok 20 lat później... Wtedy nie wiedziałem, że się nie uda.
    To trochę tak, jak założysz nowe buty. Niby pasują, ale jak zaczniesz iść na długą wędrówkę, to się przekonujesz, że mocno zaczynają uwierać. Im dalej zajdziesz, tym bardziej boli.

    ~alutka napisał:

    Pytasz, dlaczego po tylu latach jest nagle bunt na pokładzie?
    ano właśnie tylu lat potrzeba, żeby uświadomić sobie, czy jesteśmy dokładnie w tym miejscu, w którym
    być chcieliśmy.


    Wiem wiem... to tak samo jakby pytać dlaczego nie mówiłeś, że Cię te buty uwierają, kiedy je pierwszy raz mierzyłeś...? Ano nie uwierały mnie aż tak mocno, a w zasadzie wcale mnie wtedy nie uwierały, zaczęły dopiero po przejściu w nich pięćdziesięciu kilometrów :-)... potem było tylko gorzej.

    Zdaj sobie jednak sprawę, że ona nie komunikowała mi zbyt jasno, czego tak naprawdę chce. Ja obudziłem się nagle w nowej rzeczywistości. To było coś na zasadzie: cisza, pełna zgoda, harmonia, brak konkretnych sygnałów niezadowolenia ze stanu naszego małżeństwa, momentami nawet sygnały świadczące, że jest dobrze, aż tu nagle... ŁUP !!!.

    Cały szkopuł właśnie w tym...
    Do tego stwierdzenia, że ja - facet - powinienem się domyślić... Miałem wrażenie, że ona albo nie rozumie sama co do mnie mówi, albo celowo żąda rzeczy niemożliwych, by tylko mnie sprowokować i potem obwinić za rozpad.

    ~alutka napisał:

    sama wysiedziałam
    jajo, potem coś się z niego wykluło i mnie zadziobało.


    Wygląda na to, że i ja wysiedziałem sobie takie jajo. Dokąd było to jajo, siedziało cicho, a gdy się wykluło, pokazało co potrafi i... mnie właśnie zadziobało ;-).

    To był właśnie układ ojciec-córka. Dlatego pewnie nie mówiła mi czego chce, bo... może i sama nie wiedziała. Potem gdy uzyskała to, co chciałem w niej wzbudzić - jakąś samoświadomość - okazało się, że 'uczeń przerósł mistrza' hehe...

    Nigdy wcześniej by mi się nie przyśniło, że można takie wybiegi stosować. Z jednej strony finezyjne, z drugiej na to patrząc strasznie prymitywne.

    Ewidentne naśladownictwo mnie samego. Próbowała powielać mój styl, nawet atakowała mnie moimi własnymi słowami, wyrażeniami, zwrotami, odzywkami, tylko odpowiednio spreparowanymi, by mogły służyć za broń przeciwko mnie... Tragikomiczne to było... Ja zachowywałem się jak najgrzeczniej, by nie dać jej paliwa do dalszych posunięć, a i tak je znajdywała...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 21 października 2018 - 13:18
    ~alutka napisał:

    Czy wiesz jak to się kończy zazwyczaj? ano, uczeń, co się miał naumieć, to się naumiał i idzie dalej sam,


    No właśnie... uznał, że się już naumiał, a może przeszedł na drugi i wyższy stopień wtajemniczenia, ale już do kogoś innego, kogo wpuścił w ten układ i... sobie poszedł. Poszedł, to poszedł nic już teraz z tym nie zrobię. Pozostaje wylizać rany i iść do przodu ;-). Ot - zły sen...

    Ja nie odszedłem pierwszy, choć ona robiła wszystko, żebym to ja zrobił. Ale... wierz mi, że faceci inaczej postrzegają pojęcie uczciwości i tzw. poczucia obowiązku niż kobiety.

    Kobiecie dużo łatwiej jest odejść, bo ona mocuje swoje przywiązanie do związku tylko i wyłącznie tym, co siedzi w niej - własnym stanem emocji.

    Facet wiąże z odejściem mnóstwo rzeczy, które go w związku trzymają. Ot choćby nawet i to, że nie chce jej zostawić samej sobie, bo ma świadomość, że będzie jej ciężko - nawet finansowo - z dziećmi, z codziennymi obowiązkami.

    Uczciwy facet ot tak sobie nie walnie wszystkim i nie pójdzie, bo mu się żona przestała podobać. To nie jest w stylu uczciwego faceta.

    ~alutka napisał:

    Sam musiałeś doświadczyć wojny, żeby wreszcie to zakończyć. Ja, potrzebowałam
    romansu, może Twoja żona też potrzebowała wojny, żeby móc od Ciebie odejść, że inaczej by jej się to nie
    udało?


    Ja wojny nie potrzebowałem i nie chciałem jej rozkręcać. Ona ją rozpalała cyklicznie i na nowo. Wojna chyba była faktycznie jej potrzebna, ale bez niej na pewno udałoby się odejść, bo ja jej mówiłem to wprost.

    Jednak moje słowa do niej nie docierały. Miała tendencję do jakiejś dziwnej interpolacji. Wiedziała co ja myślę - choć wcale tak nie myślałem, mówiła mi co ja chciałem powiedzieć, choć wcale nie to było moją intencją, ona wiedziała co ja czuję, odwoływała się do jakichś zdarzeń, które były już dawno nie aktualne... no po prostu dogadać się nie szło.

    Mówiłem jej, że w takim razie się rozstańmy, ale grzecznie i bez darcia kotów... Przytakiwała tylko po to, by nazajutrz od nowa zaczynać swoje tango...

    ~alutka napisał:

    Sama pisze, że dopadła ją przeszłość. Co to może znaczyć wg Ciebie?
    dla mnie tylko jedno, że dla niej, jest tak jak kiedyś. Pułapka bez wyjścia,
    (...)
    Wychować można każdego, ale jest jeszcze coś takiego jak instynkt,
    i on jest dla nas samych takim kołem ratunkowym,
    z pewnością forma jej odejścia nie była sprawiedliwa dla Ciebie, ale myślę, że inaczej nie udałoby jej się
    odejść. Po prostu byś ją przekonał, że jak zwykle nie ma racji. Broniła się, jak umiała.


    Wiesz... gdyby pilnie obserwowała moje reakcje, zauważyłaby, że ja pogodziłem się z losem i przestałem ją do czegokolwiek przekonywać. Byłem gotowy na rozstanie - w pewnym momencie tej wojny - jednak ona ciągle nie przyjmowała tego do wiadomości. Uzgadnialiśmy coś i ja się z tego wywiązywałem po swojej stronie skrupulatnie, ona nie. Pozostawiła poczucie niesprawiedliwości i nieuczciwości po jej stronie.

    Przy i po samym rozstaniu naprawdę nie było się przed czym bronić. Ona stosowała daleko posunięte poglądactwo i brak realnej oceny faktów. Miałem nawet czasem wrażenie, że ma jakieś kłopoty z prawidłową percepcją otaczającej rzeczywistości.

    To jednak już przeszłość i wracam do niej tylko ze względu na to, że tamat drążysz - to teraz tylko zły sen ;-)/

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~alutka
    ~alutka
    Napisane 22 października 2018 - 15:53
    Skoro to już sen, i dobrze...
    nie będę Cię więcej już budzić :)

    znikam, i dzięki za wszystko

    dodać jednak muszę, że nie potrafisz jednak,
    nie zahaczyć o opis wojny, niejako się nią posiłkujesz,

    piszesz:
    "Rozumiem, że masz na myśli tak mnie, jak i obraz mojej byłej. "
    - nie, miałam na myśli , tylko i wyłącznie jej obraz,
    Twój poznałam, przez własny opis, jej nie widziałam w tym wszystkim w o ogóle, tylko latający nóż..
    teraz, też mi tylko coś mignęło..ale dzięki i za to..

    Sam musisz się z tym uporać do końca,

    pamiętasz jak pisałeś, że nie wytrzymałbyś ze mną jednego dnia?
    ja, pewnie wytrzymałabym z Tobą długo, nawet miała dzieci, bo jesteś facetem niegłupim,
    ale
    też bym odeszła.
    nie dlatego, że coś Ci mogę zarzucić, nie..
    dlatego, że za tlenem, pójdę wszędzie..
    tak już mam, skazana na życie:)

    ps. jeśli jesteś szczęśliwy z obecną partnerka, a ona nie wyobraża sobie życia bez Ciebie, to moje gratulacje.
    Udało Ci się pozbierać w 3/4. To dużo.
    do usłyszenia



    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 23 października 2018 - 04:23
    Ja również dziękuję, że zechciało Ci się podrążyć temat ze strony z której ja go nie drążyłem.

    Udało mi się znaleźć kilka odpowiedzi na pytania odnośnie mnie samego :-).

    Wojna... długo nie wyjdzie z moje podświadomości - była bardzo mocno niepotrzebna i dlatego to tak przeżywam, ale... niech tam ;-)... Ja za to jestem bogatszy o cenne doświadczenia.

    Historia świata z wojen jest złożona i mówi się, że to domena facetów - moja sprawa jest ewidentnym tego zaprzeczeniem...

    pozdrawiam Cię i mam nadzieję Alutka, że przy jakiejś okazji jeszcze podyskutujemy ;-)
    pozdrawiam też Aniołka i kilka innych sympatycznych dziewczyn ;-).
    R.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 24 października 2018 - 23:06
    Robercie, dziękuję za pozdrowienia, a przy okazji mam nadzieję, że projekt pt. "Najlepszy Tata na świecie" jest realizowany przez Ciebie aktualnie z pełnym zaangażowaniem :-) Pozdrawiam Cię :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

» odpowiedz » do góry
poprzednia
1 2 3 4
Strona 4 z 4
poprzednia Strona 4 z 4

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty