Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Zrozumieć świat dziecka cz. III

Zrozum nastolatka

Zrozum nastolatka Zrozumieć świat dziecka cz. III

O świecie młodych ludzi i tym, jak dorosły może się w nim znaleźć, by z powodzeniem wychowywać swoje dziecko na szczęśliwego człowieka pisze w kolejnej części Listu do Rodzica Jarosław Pytlak, Dyrektor Szkoły STO 24 w Warszawie.

Tagi: ojciec , dziecko , ojcostwo , rodzina , syn , córka , nastolatek , badanie , kondycja , optymizm , działanie

Zrozum nastolatka Zrozumieć świat dziecka cz. III

Drogi R.! W nawiązaniu do poprzedniej części listu proponuję ci trzy kroki: zaakceptowanie nieuchronnego, aby uniknąć niepotrzebnych frustracji, ustalenie, co jest najważniejsze w wychowaniu i zastanowienie się, jak to osiągnąć.

Nieuchronne wydaje mi się ogromne tempo życia, z którego wynika ciągły brak czasu, powszechna swoboda w dostępie i wymianie informacji, brak możliwości określenia jakiejś obiektywnie „najlepszej” przyszłości dziecka, oraz rosnące poczucie autonomii młodego pokolenia.

Myślę, że wiele osób jest zmęczonych narastającym pośpiechem. Osobiście mam wrażenie błędnego koła – staram się zdążyć ze wszystkim, co mogę zrobić w życiu, wykorzystać do maksimum otwierające się możliwości. Niestety, im więcej robię, tym silniejsze mam poczucie, że jeszcze więcej jest do zrobienia.

Dobrą ilustracją problemu jest ten list. Piszę do ciebie nie dlatego, że ktoś mi to wpisał w zakres obowiązków, ale z potrzeby podzielenia się myślami, której zaspokojenie stało się dzisiaj możliwe nawet dla takiego amatora jak ja. Mogę ten list zredagować za pomocą komputera, rozesłać pocztą elektroniczną lub powielić – mam na swoje usługi całą współczesną technologię. Równocześnie pracuję (muszę, ale, na szczęście, lubię swoją pracę), przygotowuję i prowadzę zbiórki harcerskie (nie muszę, ale lubię), chodzę na zajęcia sportowe (nie muszę, ale uwielbiam; poza tym ruch jest podobno ważny dla zdrowia), sporadycznie utrzymuję kontakty z dalszą rodziną (jak mógłbym z tego zrezygnować) i z przyjaciółmi (dobrze, że są…). Komputer, telefon i samochód pozwalają mi zmieścić coraz więcej zajęć w jednostce czasu, więc jeśli pojawi się jakiś nowy pomysł, pewnie ulegnę pokusie działania. Tymczasem piszę, a po głowie już chodzą mi kolejne tematy. I natrętne pytanie – które ogniwo w tym łańcuchu przerwać, żeby zwolnić tempo życia?

Niestety, nie potrafię dokonać wyboru, tym bardziej, że równolegle ścigają się z czasem moi najbliżsi. Akceptuję więc to, co przyjmuję za nieuchronne. Przestałem żałować, że nie potrafię siedzieć bezczynnie, lekturę przemycam kradnąc godziny nocy, a niedoczas stał się normalnym stanem mojego życia. Cieszę się, że mam tyle możliwości i mogę z nich korzystać. Ale również przestałem krytykować moją córkę, widząc ją czasami wpatrzoną w telewizor. Nawet trochę jej zazdroszczę, że potrafi jeszcze wyhamować.

Ciekaw jestem, jak ten problem wygląda w twoim życiu? Czy też, podobnie jak ja, pędzisz i nie bardzo chcesz, albo umiesz się zatrzymać? Czy twoje dziecko posiada zanikającą w społeczeństwie umiejętność nic-nie-robienia? A może sam bardzo starasz się, by jego czas był szczelnie wypełniony zajęciami? Jeśli tak, to odpuść trochę – życie samo wywiera na nie wystarczającą presję.

Nieuchronność swobody dostępu i wymiany informacji wydaje mi się oczywista, a przekonałem się o tym dobitnie we własnym domu. Jakiś czas temu zagroziłem córce, że w odwecie za narastający za jej sprawą bałagan na moim biurku założę hasło na komputerze podłączonym do internetu. Pociecha zareagowała sugestią, że w takim razie będzie mnie codziennie prosiła o pomoc w ściąganiu informacji niezbędnych do nauki. Po zważeniu „za” (porządek na biurku) i „przeciw” (braki w wykształceniu dziecka, trudna rola pośrednika) zaniechałem walki z nieuchronnym i podjąłem żmudne negocjacje w kwestii zasad korzystania z mojego mebla.

Nowym zjawiskiem, chyba jeszcze nieuświadomionym przez większość dorosłych, jest brak możliwości precyzyjnego ustalenia „najlepszej” przyszłości dziecka. Powróćmy na chwilę do porównań historycznych. Pan feudalny żyjący w średniowiecznym zamku miał pełne prawo przypuszczać, że jego pierworodny odziedziczy tytuł i władzę, po nim stanie się to z kolei udziałem jego pierworodnego i tak dalej. W myśl tego programu życiowego wystarczyło nauczyć się zarządzać majątkiem i wdrożyć do rycerskiego rzemiosła, aby spokojnie zająć swoje miejsce w społeczeństwie. A dzisiaj? Pozycja społeczna bywa dziedziczona jeszcze tylko w kilku korporacjach zawodowych, a i to nie zawsze. Mnogość zawodów jest tak wielka, że same kierunki studiów liczone są w tysiącach, a z każdym rokiem przybywają nowe. Wahania koniunktury i bezrobocie zmuszają do częstej zmiany zajęcia, a system kształcenia i dokształcania wspiera to zjawisko. Co najważniejsze, tempo zmian we wszystkich dziedzinach życia jest tak ogromne, że mamy jedynie mgliste pojęcie o tym, jak będzie wyglądał świat za następnego pokolenia. Człowiek, który mówi, że wie, kim będzie jego dziecko, gdy dorośnie, albo jest nadmiernie pewny siebie, albo grzeszy brakiem wyobraźni.

Jeżeli zgodzimy się, że nikt nie wie na pewno, jak będzie funkcjonował świat za lat dwadzieścia, musimy również pogodzić się z tym, że jedynym sposobem przygotowania dziecka na spotkanie przyszłych wyzwań jest wyposażenie go w umiejętność samodzielnego reagowania na zmieniające się warunki. Do tego niezbędne jest wykształcenie wewnętrznej autonomii, na którą składa się gotowość samodzielnego stawiania sobie celów, zdolność wartościowania osób i wydarzeń oraz poczucie własnej wartości. Kształcenie tych cech może być bardzo frustrujące dla osoby przywiązanej do tradycyjnych relacji dorośli – dzieci. Jeśli jednak spętamy umysł dziecka wyobrażeniami, jakie mają o życiu i przyszłości rodzice i nauczyciele, będziemy wychowywać je dla świata współczesnego, a nie tego, który nadejdzie!

To wszystko wydaje mi się nieuchronne. Do czego więc powinniśmy dążyć? O co warto starać się w wychowaniu?

Myślę, że nade wszystko warto rozwijać i pielęgnować pozytywne emocje dziecka. Człowiek pogodny i życzliwy dla otoczenia ma większą szansę na osiągnięcie stanu, który określi mianem szczęścia. Te same cechy, wbrew potocznemu mniemaniu, dadzą mu również przewagę na rynku pracy – większość pracodawców poszukuje ludzi „komunikatywnych i umiejących pracować w zespole”, co nie jest raczej cechą zamkniętych w sobie, nastawionych na sukces ponuraków. Pogoda ducha może być dobrym lekarstwem na stres, przepustką do udanej miłości, szczepionką na niepowodzenia i… pociechą dla rodziców na starość. Po prostu, jak napisała Krystyna Siesicka, „świat lubi ludzi, którzy lubią świat”.

Warto dbać o tak zwane dobre wychowanie, dawniej zwane „kindersztubą”. Zwroty grzecznościowe, dostosowanie języka do adresata, poszanowanie norm zwyczajowych i prawnych obowiązujących w społeczeństwie – to wszystko może zaginąć w codziennym pośpiechu, a przecież istniejąc zapewnia nam poczucie łączności z dawnymi, dobrymi czasy, ułatwia funkcjonowanie w życiu i znakomicie współgra z rozwijaniem pozytywnych emocji.

Wreszcie rzecz równie ważna, a nie tak oczywista, jak poprzednie – rozwijanie u dziecka samodzielności, umiejętności dokonywania wyboru, poczucia odpowiedzialności za swój los. Znaczenie tych cech w świecie, który zmienia się nie do poznania w ciągu mniej niż jednego pokolenia, jest trudne do przecenienia. Tylko one dają nadzieję na sukces, gdy wiedza staje się przestarzała zanim jeszcze trafi do szkolnego podręcznika.

Zwróć uwagę, że wśród tego, o co warto zabiegać nie wymieniłem starannego wykształcenia, choć wydaje się ono dzisiaj niezbędne, a już znajomość języka obcego absolutnie nieodzowna. To jest bardzo ważne, ale wcale, moim zdaniem, nie przesądza ostatecznie o przyszłym powodzeniu życiowym.

Przy wszystkich swoich wadach współczesny świat niesie możliwości edukacyjne, o jakich my mogliśmy tylko pomarzyć. Właściwie każdy ma dzisiaj szansę kształcić się tak długo, jak długo starczy mu zapału. Język obcy, a dokładniej angielski, gości w świadomości dzieci od najmłodszych lat i to nawet bez specjalnych lekcji, po prostu za pośrednictwem komputera, internetu i ścieżek dźwiękowych piosenek i filmów. Tę zmianę dostrzegam szczególnie ostro przez pryzmat osobistego doświadczenia. Jako młody człowiek w ciągu długich dwunastu lat nauki angielskiego mogłem porozmawiać w tym języku w zasadzie tylko z nauczycielem. Owe dwanaście lat przyniosło mi niezłą znajomość języka, okupioną jednak ogromnym znużeniem nauką. Tymczasem podobny poziom znajomości francuskiego osiągnąłem w wieku dojrzałym, właściwie bez żadnych lekcji, dzięki regularnym wyjazdom, a ostatecznie dzięki pobytowi we francuskim szpitalu.

Jestem przekonany, że zdecydowana większość młodych ludzi w przyszłości dobrowolnie lub pod presją okoliczności nawet kilkakrotnie zmieni swój program życiowy. Z tego powodu, doceniając znaczenie starannego wykształcenia, w tym nauki języków obcych, uważam, że priorytetem wychowania powinno być rozwijanie cech osobowości, które ułatwiają harmonijne funkcjonowanie we współczesnym świecie. Kwintesencją mojego poglądu na tę sprawę niech będzie komentarz psychologa, który znalazłem, bodaj w „Newsweek’u”, w artykule poświęconym dzieciom hodowanym…, chciałem napisać „wychowywanym” do sukcesu – „w dorosłym wieku można nauczyć się języka obcego, ale na naukę emocji jest już wtedy za późno”.

Drogi R.!

Wiem, że ostatnie zdania mogą być dla ciebie niepokojące. W końcu nauczyciel nie powinien pisać, że wykształcenie dziecka nie wydaje mu się problemem najważniejszym. Aby lepiej się rozumieć powinniśmy rozważyć, czym w ogóle jest dzisiaj wykształcenie, bowiem to pojęcie ostatnio także mocno zmieniło swoje znaczenie. Na ten temat napiszę więcej w jednym z następnych listów. Tymczasem przyjmij moje zapewnienie, że jako nauczyciel nie zaniedbam tego, czego dziecko powinno dowiedzieć się i nauczyć w szkole, jednak przede wszystkim będę kształcił pozytywne emocje, uczył samodzielności, prawości i dobrego wychowania.

Taki program wychowawczy nie grozi konfliktem pokoleń. Dzieci i młodzież wciąż posiadają ogromną potrzebę więzi emocjonalnej z dorosłymi, do pewnego wieku przynajmniej identyfikują się z najbliższymi jako wzorcami osobowymi – to wieka dla nas szansa, ale i odpowiedzialność – lubią, gdy życie toczy się w zgodzie z kilkoma fundamentalnymi zasadami, ale również wymagają szacunku, liczenia się z ich zdaniem i stworzenia pola dla samodzielności.

Proponuję, abyśmy teraz zastanowili się, jak to wszystko osiągnąć, nie sięgając przy tym po doktorat z pedagogiki.

O tym przeczytasz w kolejnej części Listu do Rodzica.

Pozdrawiam serdecznie
Jarosław Pytlak
Dyrektor Szkoły STO 24 w Warszawie

Artykuł ukazał się w serwisie www.mamrodzine.pl



 Przejdź na FORUM >> 

 

 

Zobacz dalszy ciąg Listu do Rodzica
Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Advertisement

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty