Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Andrzej Mleczko: Mów mi „mistrzu”

Oni nas inspirują

Oni nas inspirują Andrzej Mleczko: Mów mi „mistrzu”

O swoich licznych wypadkach, perfekcjonizmie i nieoczekiwanej współpracy z córką Tomkowi Kinowi opowiada rysownik Andrzej Mleczko.

Tagi: wywiad , Andrzej Mleczko

Oni nas inspirują Andrzej Mleczko: Mów mi „mistrzu”

Rany boskie, mistrzu, co się wydarzyło pod Kolbuszową?
Zaraz opowiem. Tymczasem wolałbym, żebyś łaskawie zwracał się do mnie: Mistrzu mój i nauczycielu. Brzmi to nieco lepiej.

Poczekaj, znajdę w tym jakiś sens. 
Tak zwraca się do mnie ostatnio jeden mój młodszy kolega. I bardzo mnie to dowartościowuje.

Ja chyba też nie będę miał z tym problemu. Jak wiesz, Twoją pierwszą księgę wziąłem do ręki jako siedmiolatek.
Już wtedy interesowały cię frywolne tematy?

Nie wiedziałem, że to, co mnie interesuje, to seks.
Jeśli uczyłeś się seksu z moich rysunków, mogę tylko współczuć Twoim partnerkom.

Kokietujesz. Wyostrzyłeś mi poczucie humoru.
Jak słyszę, że od młodości masz do czynienia z moimi rysunkami, raduję się. Naprawdę jest to miłe, bo, mówiąc delikatnie, jesteś młodziakiem. Natomiast kiedy do mojej galerii wpada czasem starsza pani, i patrząc mi czule w oczy, mówi: „Wychowałam się na Pana rysunkach, to przypomina mi o moim wieku”. Na szczęście Galerie odwiedza przeważnie młodzież.

Kiedyś ojciec zapytał co chcę na Dzień Dziecka i odpowiedziałem że pościel z Twoimi rysunkami. Dziękuję Ci za rysunki „Pij mleko” i „Lekcja biologii”.
Mam nadzieję że pamiętasz także inne. Nawiasem mówiąc rysunek na lekcji biologii był moim pierwszym sukcesem artystycznym. Przedmiotu uczył nas profesor Skowroński, postrach liceum w Kolbuszowej. Tępił wszystkich, którzy nie potrafili odróżnić kraba od langusty. Wkradłem się w jego łaski, rysując przepięknie przekrój pantofelka na tablicy.

Andrzej, złego diabli nie biorą?
Mówisz o moim wypadku?

Zdecydowanie.
Piętnaście lat temu po moim piątym wypadku, poważnym, kiedy ja byłem kierowcą, moja żona i córka powiedziały: „Ojcze i mężu odbieramy Ci prawo jazdy”. Tak też zrobiły. Niestety nie kwalifikuję się do tego, żeby jeździć samochodem. Tłumaczyłem sobie to nie brakiem predyspozycji, tylko tym, że jestem potwornie rozkojarzonym artystą i stąd te moje przypadki. Na szczęście nikogo nie zabiłem. Kiedyś nie wyobrażałem sobie wyjścia po papierosy bez samochodu. Jednak o dziwo, kiedy, w ramach szykan, zostałem pozbawiony auta przez rodzinę, nagle odetchnąłem z ulgą. Poczułem się człowiekiem wolnym i sporo na tym zaoszczędziłem. Niestety nawet to nie ustrzeże przed kłopotami, ponieważ, żeby dojechać do Kolbuszowej, wynająłem taksówkę. Kierowca spowodował wypadek. Dzięki temu mogłem zapoznać się ze szpitalem w Proszowicach, gdzie spędziłem tydzień.

Szczęśliwe zostałem rozpoznany i dostałem osobny pokój. Miałem dla siebie telewizorek, ładny widok za oknem i spokój oraz brak telefonu. Tak mi się to spodobało, że kiedy kończyłem gościnę w tym miejscu, zastanawiałem się, czy nie poprosić jeszcze o kilka dni obserwacji.

Wpadłeś na jakieś nowe pomysły? Jesteś przecież kontestatorem.
Fakt. Zawsze, jak coś wszystkim się nie podoba, to mnie bardzo i na odwrót. To albo skrzywienie zawodowe albo taka cecha charakteru. Tymczasem powtarzam: mnie bardzo rzadko konkretne zdarzenia czy spotkania twórczo zapładniają. Swoją pracę uważam za syntezę wielu wydarzeń. Jedna osoba, ślizgająca się na skórce od banana, rozbawi mnie, ale nie zainspiruje. Ale jeśli tysiąc osób się poślizgnie, warto się tym tematem zainteresować. Pewnie dlatego rzadko rysuję konkretne przypadki. Teraz wyjątkowo robię rysunek o napadzie kibiców na pochód Rosjan.

Czy to mało zabawne?
Nie, po prostu taką mam karmę. Poza tym, jak każdy megaloman uważam, że taki rysunek powinien żyć długo. A kiedy komentuję jednostkową sytuację, to ona szybko traci na świeżości. Raz w roku lubię wydać sobie kolejny album ze wszystkimi rysunkami. One ciągle są aktualne i zrozumiałe. Mój kolega Henryk Sawka, ponieważ komentuje rzeczywistość na bieżąco, jest w gorszej sytuacji. Kiedy chce wydać album, martwi się, że to, co narysował, za rok może się zdezaktualizować.

Taka rola publicysty.
Ale jeden publicysta lepiej się czuje w dzienniku, gdzie pisze o sprawach bieżących, a drugi w kwartalniku, gdzie z natury rzeczy porusza się tematy bardzie ogólne.

Jesteś artystą masowym.
Niech będzie. Pozwól jednak, że nie będę traktował tego serio. Bywa, że otrzymuję znakomite recenzje i peany na swoją cześć, a za chwilę dostaję pałą pokory po łbie, bo ktoś nawet nie słyszał o moim istnieniu.

Dlaczego tak bardzo długo polski czytelnik musiał czekać, aż stworzysz coś dla dzieci?
Odpowiedź jest prosta: mimo że od dawna chodziło mi to po głowie, z powodu nawału pracy nie było na to czasu.

Czy to musi być tak do bólu prozaiczne?
Musi. Gdy będziesz w moim wieku, zrozumiesz, że czas staje się jedną z najważniejszych rzeczy. Obsesją. Znalezienie czasu na cokolwiek jest często niemożliwe. Mam całą szufladę pomysłów, których z braku czasu nie jestem w stanie zrealizować.

Co ty robisz w wolnym czasie?
Każdy ma swoje obsesje-moja to doprowadzanie rysunku do perfekcji. Mógłbym skończyć rysunek w kwadrans, ale ja go poprawiam przez kilka godzin, robię x wersji jednej ilustracji. Zupełnie niepotrzebnie, pies z kulawą nogą nie zauważy, że coś zmieniłem… Przez to czas ucieka mi przez palce. Pewnie dlatego wolnego czasu nie mam wcale.

Nadszedł jednak moment, w którym przyszła do mnie córka i mówi: „Tata, napisałam serię bajek i mam już wydawcę. Zapytali, kto mógłby to zilustrować”. Przyznała, że pewnie się zdziwię, ale właśnie ja przyszedłem jej do głowy. Trzeba było usiąść w pracowni. Przez miesiąc narysowałem 40 ilustracji. Dawno nie miałem takiej tremy. Zawsze, jak robię coś nowego, obawiam się, jak będzie to przyjęte. Tak samo było, kiedy zaprojektowałem pierwszą scenografię w teatrze.

Ale pewnie wszystko się udało?
Dostałem nagrodę za debiut scenograficzny, Franek Starowieyski mi ją przyznał. Wiązało się to jednak z potwornym stresem. Problemem była też praca z ludźmi. Najlepiej tworzy mi się samemu.

A co do książki, to im bardziej zagłębiałem się dylematy smoczka Mariana, tym bardziej mi się to jednak podobało. Kiedy córka widziała, jak dostaję szału, nie będąc pewien, czy smoczek powinien mieć skrzydełka, czy dłuższy ogonek, obiecała mi, że więcej bajek nie napisze, ale teraz mam nadzieję, że nie dotrzyma słowa, bo myślę, że efekt był całkiem niezły. Sam kiedyś chciałem napisać bajkę w stylu Shreka, zanim się w ogóle pojawił. Miała mieć wdzięczny tytuł ”O królu pierdziochu i królewnie śmierdzinóżce”.

Linki artykułu
Kopiuj link:
Skopiowano do schowka

Wklej link na stronę:
Skopiowano do schowka

 

Komentarze (0) / skomentuj / zobacz wszystkie

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty