Strona używa cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na używanie cookies, zawsze możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce internetowej. Polityka Cookies Akceptuję

Forum

Dodaj temat

Związek

życie po rozwodzie

Rozpoczęte przez ~arion, 05 lut 2018
  • ~Diabełek
    ~Diabełek
    Napisane 13 lutego 2018 - 16:01
    ~Aniołek napisał:

    Zastanawia mnie zawsze dlaczego tak często nadinterpretujemy to co mieli na myśli inni, to co zrobili inni i dlaczego postąpili tak i nie inaczej...

    Bo tak często nie pozostaje nic innego, gdy inni nic nie mówią. Gdy braknie szczerości i otwartości... Gdy jedna głowa zmaga się z pytaniem "Jak?", druga wpada w wir wokół "Dlaczego?"...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 13 lutego 2018 - 16:36
    Gdy inni nic nie mówią może warto poczekać, zadać pytania i po prostu cierpliwie poczekać... milczenie też jest często odpowiedzią
    Oczywiście to wcale nie jest łatwe, gdy w głowie kłębi się tysiące myśli...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~arion
    ~arion
    Napisane 13 lutego 2018 - 17:53
    U mnie wszystkie odpowiedzi już padły, a mimo wszystko jak porzucony pies patrzę na drzwi, czekając na jej powrót,którego nie będzie.Pewnie lista moich błędów jest długa,wszystko przecież ma swoją przyczynę.Tyle,że już z tym nic nie da się zrobić.Powoli zbieram się w porządkowaniu tego co pozostało.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 14 lutego 2018 - 10:26
    Zatem wiesz na czym stoisz :-) a to, że czujesz się jak porzucony pies... masz prawo się tak czuć. Tylko nie wpatruj się w te drzwi za długo z nadzieją, że ona je otworzy... raczej zapomnij o drzwiach na jakiś czas. A gdy będziesz gotowy - zobaczysz - sam je otworzysz i wówczas może się również okazać, że za nimi od bardzo dawna czeka kobieta, na którą czekałeś całe życie :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 14 lutego 2018 - 22:43
    No właśnie..., kobieta, na którą czekałeś całe życie :-)... Czy to w ogóle możliwe...? Czy to wszystko nie jest kwestią loterii...? Przecież kogo spotykamy na swojej drodze, to zwykły traf, a czy nam się uda, zależy już od obu stron ;-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 14 lutego 2018 - 22:44
    Jak się postarają.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 14 lutego 2018 - 22:48
    Odpowiedź dla Roberta... i wszystkich, którzy mają siłę walczyć (bo nie wszyscy mają siłę)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 14 lutego 2018 - 23:11
    Rzeczywiście pragmatyczne podejście... miłość jest praktyczna? W jakim sensie? Jedyny, który widzę to taki, że może być CELEM. Wszyscy chcemy kochać i czuć się kochani i cudownie jest, jeśli nam się udaje i jeśli kochamy po równo :-) Najczęściej jednak jest tak, że nie kochamy po równo. Każdy z nas kocha inaczej... co nie oznacza, że nie kocha najmocniej jak potrafi... a że czasami ta miłość znika? Budzisz się pewnego dnia i mimo, że chcesz kochać już nie potrafisz... z różnych powodów, np. uświadamiasz sobie, że żyjesz nie swoim życiem, że mimo że chciałeś tak a nie inaczej to coś sprawiło, że chcesz inaczej.... Robercie nie zawsze jest tak, że dwoje ludzi uśmiecha się do siebie, potem rozmawia, potem są coraz bliżej...są parą itd. czasami miłość spada jak grom z jasnego nieba... powala... wszystko masz poukładane i nie potrafisz już żyć inaczej.
    Dlatego np. rozumiem przypadek Spidermana, który zakochał się w Mężatce.
    Miłość jest bezinteresowna i tutaj zaskoczyły mnie wszystkie wnioski, które tak pięknie przedstawił Diabełek. Miłość między dwojgiem ludzi nie jest układem. Napisałeś gdzieś na forum, że znalazłeś kogoś... przecież nie będziesz sam siedział, czy jakoś tak. A ja uważam, że po rozstaniu najeży zadać sobie w spokoju wiele pytań, należy dać sobie czas, by odpowiedzieć sobie na pytanie KIM JESTEŚMY i DOKĄD zmierzamy, co nas buduje, co daje nam radość... człowiek stadny niekoniecznie musi zaraz sobie kogoś poszukać i budować... Po to, aby powstało coś konstruktywnego na dalsze lata musimy przygotować projekt... projekt tego co chcemy wybudować.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 14 lutego 2018 - 23:17
    Toksyczne relacje kończymy... to już ustaliliśmy :-) ale skoro były partner jest mega toksyczny to może warto pomyśleć o wyłącznej opiece nad naszymi dziećmi? Szczególnie w przypadku jednostki borderline, na którą choruje Matka?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 14 lutego 2018 - 23:24
    Dużo miłości od i do drugiego CZŁOWIEKA!!! :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 15 lutego 2018 - 17:24
    ~Aniołek napisał:
    Rzeczywiście pragmatyczne podejście... miłość jest praktyczna? W jakim sensie? Jedyny, który widzę to taki, że może być CELEM.


    Hmmm...
    Trochę mnie zastanawia co piszesz. Jasne, że miłość jako uczucie, stan, czy sposób na życie w ogóle, jest nam wszystkim potrzebna do prawidłowego funkcjonowania, ale... chyba to trochę zależy gdzie sobie to 'coś' lokalizujemy w swojej własnej hierarchii wartości. Gdyby to sprowadzić do Maslova i jego piramidy, to uplasowałoby się na różnych miejscach/wysokościach w zależności od indywidualnego przypadku. Może u niektórych miłość zapewniałaby wszystkie poziomy od góry do dołu. :-) Faktem niezaprzeczalnym jednak jest, że jest ona jakimś sposobem na zaspakajanie potrzeb.

    ~Aniołek napisał:
    Wszyscy chcemy kochać i czuć się kochani i cudownie jest, jeśli nam się udaje i jeśli kochamy po równo :-) Najczęściej jednak jest tak, że nie kochamy po równo. Każdy z nas kocha inaczej... co nie oznacza, że nie kocha najmocniej jak potrafi...


    Czy to tak naprawdę jest...? Skoro zakładamy, że miłość zaspakaja pewne potrzeby naszego partnera, to też i swoje chcemy mieć tąż drogą zaspokojone. Nie ważne, czy będą to te same potrzeby, co u niego/niej - najczęściej sam profil potrzeb będzie się różnił - ale jakieś są tą drogą zaspokojone po jednej stronie, a inne, a częściowo te same, po drugiej. Nie kochamy po równo, nie da się tego porównać, ale kochamy uczciwie i to już da się porównać. Jeżeli jedna ze stron zgłasza zapotrzebowanie na dany obszar, a druga jakoś się do tego ustosunkowuje, można powiedzieć, że problem może zostać rozwiązany i związek będzie dalej trwał. Jeżeli natomiast jedna strona ma jakieś potrzeby i komunikuje je swojemu partnerowi, a ten to totalnie ignoruje i skupia się tylko na sobie wymuszając spełnianie swoich własnych potrzeb, to jest prosta droga do rozpadu. Nierównowaga będzie dobra na chwilę, na dłużej nie.

    ~Aniołek napisał:

    Robercie nie zawsze jest tak, że dwoje ludzi uśmiecha się do siebie, potem rozmawia, potem są coraz bliżej...są parą itd. czasami miłość spada jak grom z jasnego nieba...


    Wszystko kwestia intensywności impulsu, jaki nami zawładnął... ;-). Podałem tylko przykład najbardziej klasyczny i do tego najogólniej sprowadza się schemat. Bywa też i piorunująco, ale mechanizm pozostaje zawsze ten sam.

    ~Aniołek napisał:

    Miłość jest bezinteresowna i tutaj zaskoczyły mnie wszystkie wnioski, które tak pięknie przedstawił Diabełek. Miłość między dwojgiem ludzi nie jest układem.


    Owszem..., ale gdy przepływ tzw. dóbr się nie bilansuje, to taka miłość zaczyna być tragiczna - albo się nic nie zacznie, albo gdy jest to już stary związek, będzie rozpad o ile nic z tym nie zrobimy. Taka jest prawda i nic na to nie poradzimy.

    ~Aniołek napisał:

    Napisałeś gdzieś na forum, że znalazłeś kogoś... przecież nie będziesz sam siedział, (...). A ja uważam, że po rozstaniu najeży zadać sobie w spokoju wiele pytań, należy dać sobie czas, by odpowiedzieć sobie na pytanie KIM JESTEŚMY i DOKĄD zmierzamy, (...) Po to, aby powstało coś konstruktywnego na dalsze lata musimy przygotować projekt... projekt tego co chcemy wybudować.


    Trochę racji w tym jest, że fajnie by było zaznać trochę tzw. spokoju i pewne rzeczy sobie przemyśleć..., jednak nie wszyscy daliby radę. Ja pewnie nie. Jak znam siebie wpadłbym w depresję, alkoholizm i może jeszcze parę przykrych rzeczy. Wolałem od razu wskoczyć do tzw. 'następnego łóżka'. Projekt pojawi się na miarę potrzeb - wiem coś o tym, niejedno już zbudowałem.

    Co do dzieci i skupieniu się na nich... nie wykluczam, sprawa jest rozwojowa, a moja nowa partnerka się przed takim scenariuszem nie broni - warunki lokalowe by się też znalazły. Kwestia mamuśki, która nie dopuszcza do siebie myśli, że jest z nią coś nie tak i niełatwo będzie zmusić ją do oddania dzieci i zmuszenia do łożenia na ich rzecz do 'rąk ojca', bo w takim razie role się odwracają, co nie dla wszystkich wydaje się oczywiste. :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Diabełek
    ~Diabełek
    Napisane 15 lutego 2018 - 18:44
    ~Aniołek napisał:
    Rzeczywiście pragmatyczne podejście... miłość jest praktyczna? W jakim sensie? Jedyny, który widzę to taki, że może być CELEM. Wszyscy chcemy kochać i czuć się kochani i cudownie jest, jeśli nam się udaje i jeśli kochamy po równo :-) Najczęściej jednak jest tak, że nie kochamy po równo. Każdy z nas kocha inaczej... co nie oznacza, że nie kocha najmocniej jak potrafi... a że czasami ta miłość znika? Budzisz się pewnego dnia i mimo, że chcesz kochać już nie potrafisz... z różnych powodów, np. uświadamiasz sobie, że żyjesz nie swoim życiem, że mimo że chciałeś tak a nie inaczej to coś sprawiło, że chcesz inaczej.... Robercie nie zawsze jest tak, że dwoje ludzi uśmiecha się do siebie, potem rozmawia, potem są coraz bliżej...są parą itd. czasami miłość spada jak grom z jasnego nieba... powala... wszystko masz poukładane i nie potrafisz już żyć inaczej.
    Dlatego np. rozumiem przypadek Spidermana, który zakochał się w Mężatce.


    Aniołku słoneczny,

    Diabełki - gdy szukają drogi w siebie – drepczą. Za odpowiedzią na najważniejsze pytania. Przez piekło, przez czyściec, między ludźmi i pośród pustkowia. I gdy tak kilometry stukają pod kopytami, ich monotonny rytm roznosi się echem gdzieś między rogiem prawym a lewym. Aż przychodzi moment (u jednych szybciej, u innych wolniej, a u innych jeszcze, co smutne, wcale), gdy echo staje się już tylko tłem, niczym tykot zegarka na ręce. Na pierwszy plan wybija się szept wiatru, szelest liści, szum wody, zgrzyt otwieranych okiennic, trzask zamykanych drzwi samochodu, perlisty śmiech kobiety, zapach jasminu, aromat świeżych bułek i kawy... Słowem: życie. Wlewa się w diabelskie wnętrze przez oczy, uszy, nos, usta.. Wlało by się jeszcze i przez duszę, gdyby diabły duszę miały. Ale i bez tego – diabeł tonie. W zachwycie. Życiem. I odkrywa nagle olśniony pewną prawdę:
    Horyzont to tylko abstrakcyjna, istniejąca wyłącznie w mojej głowie linia oddzielająca niebo od ziemi, bym wiedział gdzie góra, gdzie dół. Nieuchwytna. I zmierzając wciąż ku horyzontowi za odpowiedzią, nie znajdę jej. Bo patrzę w złą stronę. Gonię miraż. Tymczasem odpowiedź jest przecież cały czas tu, wokół mnie i we mnie. Ona nie jest tym nieuchwytnym CELEM. Ona jest moją DROGĄ. Ona nie jest PUNKTEM, który można osiągnąć, przed którym coś było i za którym coś jest. Ona jest ciągłą, trwającą tak długo, jak długo trwa moja droga, LINIĄ.

    Gdy osiągam jakikolwiek cel, to możliwości są dwie: zachwyt lub rozczarowanie. Tylko, co potem? Czas jest continuum, czas nie zatrzymuje się z nami przy celu. Czas płynie. I nawet jeśli ja stoję, to upływ czasu jest moją drogą, kręcącą się wokół niego, aż nabrzmieje. Ile może zmieścić się w jednym punkcie? Kiedy on wybuchnie?

    Ludzie zakładają, że wtedy trzeba iść do kolejnego punktu, kolejnego celu. A co z tym, który już osiągnęliśmy? Zabrać ze sobą? Zostawić? Ludzie wierzą, że żeby żyć, trzeba iść od punktu, do punktu. Od celu, do celu. Ilość osiągniętych punktów sumuje się na koniec życia i określa, co było ono warte. Więc zbierać należy tylko dobre punkty, żeby wynik był jak najlepszy.

    A mnie, diabła, to dziwi. Bo gdy oglądam się za siebie, nie widzę punktów, tylko linię. Pewien człowiek kiedyś powiedział (piękniej niż to pamiętam), że droga to nie jest to, co przed człowiekiem. Przed człowiekiem jest tylko pusta karta. Droga to jest to, co widzi człowiek, gdy obróci sie za siebie i spojrzy wstecz. Jego ślady.

    Więc co z miłością jako celem?

    Czy może być celem coś, co spada jak grom z jasnego nieba? Może... Być odskocznią... Dla zaspokojenia ciekawości, co to tam spadło...
    Czy może być celem coś, co może pojawić się i zniknąć? Możliwe, że nie zdążymy dotrzeć zanim zniknie; możliwe, że gdy obrócimy się za siebie zniknie z naszej przebytej drogi i pozostanie tylko nasz ślad, który odbił kiedyś ku... niczemu...?
    Czy uczucie może być więc celem?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Diabełek
    ~Diabełek
    Napisane 15 lutego 2018 - 18:45
    (c.d.)

    Czy człowiek może być celem? W jakim charakterze? Martwego, nieruchomego punktu? Ja zostawiam za sobą ślady i każdy inny człowiek zostawia za sobą ślady. Każdy z nas jest drogą. Jak mogę być celem?

    I ja, Aniołku, rozumiem przypadek Spidermana czy Belli, którzy się zakochali... Ale mam wrażenie, że uznali za cel coś, co przyszło nagle i znikąd i przy tym chcieliby pozostać. Co jest tym celem? Uczucie? Drugi człowiek? Dlaczego coś przemijającego miałoby trwać wiecznie? Dlaczego drugi człowiek miałby zamienić swą drogę w nabrzmiewający czasem nieruchomy punkt?

    Nie... Idąc logiką osiąganych celi, zapominamy o sobie i swej drodze, a osiągnięte cele możemy tylko z czasem za sobą pozostawiać, dążąc do następnego. Dziwiąc się, że nie są na wieczność nasze lub że się rozpłynęły...

    Iść przez życie usiłując zbierać to, czego ze soba zabrać się nie da, czy iść przez życie przeżywając je?

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 15 lutego 2018 - 22:15
    Robercie pozwól, że zacznę od Ciebie :-)
    Aniołek powinien znać się na miłości zatem spróbuję napisać tak od serca... Miłość może być celem i dla jednych jest, dla innych nie, miłość jedni mogą rozumieć jako zaspakajanie potrzeb (np. miłość fizyczna) inni uważają, że powinno być po równo, wtedy jest dobrze... jedni potrafią iść sami przez życie inni popadają w alkoholizm... Dla mnie miłość nie jest celem... i może to dziwne, ale ja nigdy w życiu nie szukałam miłości... to zawsze ona zaskakiwała mnie :-)
    Robercie, spośród wielu wpisów na tym forum, które czytam z ogromnym zainteresowaniem od 10 dni, tylko kilka (na pewno Jaro, Kobieta, Po40, Diabełek i Ty Robercie1971) skłania do głębokiej refleksji. Dziękuję Tobie za czas, który poświęcasz by odpowiedzieć na to co piszę. I nawet jeśli w wielu kwestiach inaczej patrzę na miłość, na życie to jednak Twoje słowa są dla mnie ważne, bo pozwalają mi zrozumieć ludzi :-)

    Moment rozwodu jest naprawdę trudnym momentem myślę, że wszyscy się z tym zgodzicie. ZACZYNA SIĘ WĄTPIĆ w drugiego człowieka. Wielu traktuje ten moment jak osobistą porażkę... niestety czytając Robercie wszystkie Twoje wczorajsze wypowiedzi dochodzę do wniosku, że i dla Ciebie być może ten rozwód był taką porażką.. może nadal jak napisał Diabełek tłumisz miłość do swojej byłej żony...Staram się nikogo nie oceniać, bo nie mam zielonego pojęcia o wielu rzeczach, które bardzo często mają wpływ na taką a nie inną decyzję... uważam jednak, że moim obowiązkiem jest napisać Tobie dzisiaj, że jeśli rzeczywiście przemknęło Ci przez myśl "fajnie byłoby pomieszkać samemu" spróbuj zapytać siebie dlaczego tak tylko pomyślałeś, a jednak zacząłeś budować według pewnego znanego Ci schematu. Robercie czasami pojawiamy się w życiu innych ludzi (także tylko poprzez taki kontakt internetowy) po coś... Uwierz mi :-) dobra... a za chwilkę odniosę się do tego co napisał Diabełek...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 15 lutego 2018 - 23:23
    Diabełku napisałeś: cyt."Słowem: życie. Wlewa się w diabelskie wnętrze przez oczy, uszy, nos, usta.. Wlało by się jeszcze i przez duszę, gdyby diabły duszę miały. Ale i bez tego – diabeł tonie. W zachwycie. Życiem.(...)
    Ludzie zakładają, że wtedy trzeba iść do kolejnego punktu, kolejnego celu. A co z tym, który już osiągnęliśmy? Zabrać ze sobą? Zostawić? Ludzie wierzą, że żeby żyć, trzeba iść od punktu, do punktu. Od celu, do celu. (...)
    A mnie, diabła, to dziwi."

    Mnie natomiast dziwi, że Ciebie to dziwi, chociaż piszesz przepięknie, mądrze, głęboko analizując rzeczywistość :-) Przecież wiesz, że niektórzy ludzie tacy po prostu są (może tak zostali nauczeni, wychowani?) i tylko wtedy są szczęśliwi, gdy stawiają sobie cele... nie potrafią inaczej.NAPRAWDĘ NIE POTRAFIĄ. Nie są może tak twórczy? Może taki mają charakter po prostu? Dlaczego jedni widzą szklankę do połowy pełną a inni do połowy pustą? Może to wynika z doświadczeń? A może z ich braku? Może powielają schematy bo tak jest wygodniej? My ludzie jesteśmy różni i ta nasza różnorodność pozwala nam uczyć się od siebie nawzajem. Nikt nie wie wszystkiego... Nie ma człowieka bez obaw... jesteśmy aktywni, jesteśmy pasywni...jesteśmy inni. I dlatego kochamy inaczej.
    Nie potrafię wytłumaczyć Robertowi czym dla mnie jest miłość.
    Natomiast mogę stwierdzić, że Ty Diabełku potrafisz kochać. To dziwne? No może dziwne, ale potrafisz.

    Piszesz dalej:
    Cyt.: "Więc co z miłością jako celem?
    Czy może być celem coś, co spada jak grom z jasnego nieba? Może..."

    Dla niektórych może być celem taka miłość. Niektórzy ludzie tak ją definiują. Dla jednych odczuwanie tzw. motyli w brzuchu świadczy o miłości, dla innych to tylko zakochanie, dla jeszcze innych chemia... Tak mamy my ludzie.
    Jestem przekonana, że na pewno warto pytać siebie co jest dla mnie ważne, co akceptuję a czego nie, co jest normą dla mnie i mojego partnera...nie patrząc na innych i myślę, że to jest w życiu najtrudniejsze... ŻYĆ swoim własnym życiem bez względu na do co inni...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 15 lutego 2018 - 23:33
    Diabełku Tobie również dziękuję za wszystkie posty :-)
    Są dla mnie bardzo ważne :-)
    Ps. Zaspakajając ciekawość co tam spadło. Dzisiaj nic, ale wczoraj nagle śnieg zaczął padać, gdy jeździłam na nartach :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 15 lutego 2018 - 23:35
    I jeszcze do Ariona: Czy kiedykolwiek próbowałeś jazdy na nartach lub na desce??? :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 16 lutego 2018 - 07:02
    ~Aniołek napisał:
    Robercie pozwól, że zacznę od Ciebie :-)
    Robercie, spośród wielu wpisów na tym forum, (...) skłania do głębokiej refleksji. Dziękuję Tobie za czas, który poświęcasz by odpowiedzieć na to co piszę. I nawet jeśli w wielu kwestiach inaczej patrzę na miłość, na życie to jednak Twoje słowa są dla mnie ważne, bo pozwalają mi zrozumieć ludzi :-)


    Bardzo miło jest te słowa czytać. Faktem jest, że ja też nie dla anonimowego altruizmu się tu udzielam :-). Po prostu nagromadziło się we mnie mnóstwo emocji, które gdyby nie znalazły ujścia, mogłoby być ze mną naprawdę źle. Napewno rozwód był ogromną porażką i mówiłem to mojej eks, co ona - wnioskując po postawie jaką przyjmowała - uznała chyba za swój sukces. Ta kobieta się wyraźnie pogubiła, bo nie widzę, by teraz była szczęśliwa, zaczęła borykać się z problemami, które dotychczas były dla mniej czystą abstrakcją. Przed wieloma chciałem ją uchronić i mówiłem wprost, że jak się rozejdziemy, to cały ciężar spadnie na nią, a ja tego dla niej nie chciałem. Mówiłem, że nawet jeżeli nie chcesz mnie jako męża, to żyjmy jako znajomi pod jednym dachem i twórzmy tę namiastkę rodziny, by dzieci dorosły w jakiej takiej atmosferze..., tylko na litość wykazuj choć minimum szacunku dla swojego partnera i stań na wysokości zadania jako współlokator - dom był naprawdę spory i te spotykanie się na 'dzień dobry' na dole, jeszcze bym zdzierżył, a te parę lat byśmy przetrwali, dokąd dzieci nie uzyskają chociaż tej pełnoletniości. Deklaracje słowne u niej to była jedna sprawa, a działania, inna..., diametralnie inna.. To musiało się rozpaść. Nie uważam, że nie popełniłem tu błędu, bo pewnie jakiś popełniłem i pewnie niejeden, ale gdy każde uzgodnienie, albo nie może dojść do skutku, albo jest zwyczajnie zrywane i partner robi 'swoje' niszcząc wszystko, co budujesz, doprowadzi do furii każdego. Gdy dotarło do mnie, że to naprawdę koniec uznałem, że rozejrzę się wokół, bo takie zawieszenie w próżni niczego dobrego nie wnosi. Nie dałem sobie czasu na tzw. samotność. Zrobiłem to celowo i z premedytacją. Zapoznałem sobie dziewczynę w stosownym dla mnie wieku, która w życiu już coś przeżyła, doświadczyła, której życia nie oszczędzało - nie żyła pod parasolem, jak moja eks - tylko zmagała się z codziennością. Okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Ona w przeciwieństwie do 'starej' - bo tak na własny użytek nazywam moją eks - potrafi docenić, co mężczyzna jej daje i widzi zaangażowanie, które on wnosi, a to dla faceta jest niesłychanie ważne. Chcesz zdobyć faceta - na dłużej - to go doceniaj i to wyrażaj, okazuj, akcentuj ;-), to dla niego paliwo do działania, energia do życia. Bez paliwa żaden pojazd nie pojedzie..., facet też :-). To jest odpowiedź na Twoje pytanie czy czasem nie powinienem sobie zrobić przerwy... Chyba jednak nie. Ja nie wyleciałem do dorosłego życia spod tzw. skrzydełek mamusi. Z domu wyprowadziłem się w wieku 19 lat, a w związek małżeński wstąpiłem dopiero w wieku 26 lat. Byłem przy tym całkowicie samowystarczalny. Nie było jakoś bogato i lekko, ale dałem radę, a te lata nauczyły mnie życia w sensie praktycznym. Potem zaczynając praktycznie od zera, z czasem dorobiliśmy się tego i owego na co pracowaliśmy oboje, zbudowałem dom, w całkowicie nowym miejscu, gdzie udało mi się od zera zbudować całkiem dobrą pozycję społeczną i zawodową..., gdybyśmy tam teraz mieszkali, to problemy, które ona teraz ma i uderzają w nią ze zdwojoną siłą, by po prostu nie istniały. Wszystko zniszczyła, bo ubzdurała sobie, że ona da sobie radę beze mnie - ja jej przeszkadzałem w czymś tam... Bez wnikania w detale, odpowiedź nasuwa się sama - nie dałem sobie czasu, bo ten czas miałem już kiedyś wcześniej, a do życia potrzebowałem paliwa - kochającej kobiety, która będzie motywowała do dalszego działania swoją obecnością przy boku i docenianiem oraz zauważaniem tego, co jej daję. To jest paliwo... i to wysokoenergetyczne :-)...

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Robert1971
    ~Robert1971
    Napisane 16 lutego 2018 - 07:11
    Tak właśnie pojmuję potrzebę bycia kochanym. Dajesz, wnosisz coś, otaczasz kogoś tym, co masz i możesz zaoferować - nie w sensie materialnym, żeby była jasność. A druga strona Ciebie akceptuje, budujecie wspólny dom - w sensie społecznym. Wiecie czego potrzebujecie nawzajem i naprzeciw tym potrzebom wychodzicie. Czy osoba samotna może mieć coś takiego zapewnione...? Seks... czym jest seks z przypadkowymi osobami? Ciepło rodzinne... kto ma singlowi takie ciepło zapewnić? Poczucie wspólnoty i przynależności... hehe zawsze można zapisać się do jakiejś sekty - oni są dobrzy w tworzeniu iluzji. Kiedy jesteś sam/sama, usiłujesz właśnie taką iluzję wokół siebie tworzyć. Mnie świat iluzji jakoś nie interesuje, wolę faktyczną, twardą rzeczywistość.

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

  • ~Aniołek
    ~Aniołek
    Napisane 16 lutego 2018 - 12:25
    Robercie napisałeś:
    "Napewno rozwód był ogromną porażką i mówiłem to mojej eks, co ona - wnioskując po postawie jaką przyjmowała - uznała chyba za swój sukces. (...) Przed wieloma chciałem ją uchronić..."

    Dla jednych rozwód to porażka, dla innych doswiadczenie życiowe, które jest im potrzebne by lepiej zrozumieć siebie, świat, innych ludzi... by wyciągnąć wnioski, by poznać siebie. Tak naprawdę często nie wiemy jak zachowamy się w trudnych sytuacjach. Czy rozwód to sukces? Dla niektórych pewnie tak. Czy dla Twojej ex żony także? Nie sądzę... ale jeśli tak łatwiej jest Tobie to sobie wytłumaczyć...

    Moim zdaniem kochasz tą swoją "starą" jeszcze i jesteś na nią po ludzku wściekły, że nie chciała z Tobą iść dalej, że burzyła to co budowałeś. Kochasz ją inaczej, chociaż robisz co możesz aby to z siebie wyrzucić (nie da się Robercie) i może nadal czujesz się za nią odpowiedzialny...
    Czasami będąc odpowiedzialnymi ludżmi... czujemy się może zupełnie niepotrzebnie odpowiedzialni za wszystkich i wszystko i wydaje nam się, że skoro my wiemy jak "powinno wyglądać wspólne życie" to mamy prawo narzucając swoją koncepcję na życie oczekiwać od drugiego pewnych określonych zachowań.
    I jesteśmy rozczarowani, że druga strona myśli inaczej, że czuje się po jakimś czasie w związku jak w klatce...

    Napisałeś również:
    "Gdy dotarło do mnie, że to naprawdę koniec uznałem, że rozejrzę się wokół, bo takie zawieszenie w próżni niczego dobrego nie wnosi. Nie dałem sobie czasu na tzw. samotność. Zrobiłem to celowo i z premedytacją. (...)Okazało się, że trafiłem w dziesiątkę.(...)"

    Widać tego potrzebowałeś, ale dopiero z perspektywy czasu będziesz mógł powiedzieć, czy trafiłeś w dziesiątkę.
    Patrząc wstecz... A może tylko za szybko otworzyłeś drzwi?
    I może to właśnie jest Twoja iluzja? Pozdrawiam Cię :-)

    Udostępnij  |  Dodaj wpis |  Cytuj |  Link bezpośredni |  Zgłoś naruszenie

» odpowiedz » do góry

Gorące tematy

facebook
raporty
Raporty